Выбрать главу

— Tu będziesz mieszkał — powiedział sponsor. — Nikomu ni mów, że jesteś gladiatorem.

— A kim jestem?

— Jeśli będą wypytywać — jesteś pupilkiem, który na prośbę państwa został przywieziony do sprawdzenia. Należy cię leczyć, ale najpierw będziesz badany. Ja będę osobiście się tobą zajmował.

— A pan kim jest?

— Oprócz wielu innych rzecz — dowodzę tym kompleksem — stadniną pupili. To bardzo interesujące miejsce. Wcześniej uważałem, że właśnie tu będzie stworzona rasa przyszłych mieszkańców Ziemi, ale teraz zaczynam w to wątpić.

— Ludzie nie chcą? — zapytałem.

— Ludzi, młodzieńcze, to my nie pytamy.

Odnotowałem, że sponsor pan Sijniko posługuje się o wiele bogatszym językiem rosyjskim, bardziej obrazowym, niż nieznani mi sponsorzy. I w ogóle — podobał mi się. Pewnie dlatego, że w tej chwili całkowicie od niego zależałem. Mógł mnie zabić, mógł wysłać do rakarni i, zapewne, nikt by nie mógł mnie obronić. Przecież jeśli Markiza zapyta, on może powiedzieć, że zmarłem z powodu przeziębienia. Jak można udowodnić, że zostałem zabity? Znowu odżył we mnie pupilek, i miał taką ochotę przytulić się policzkiem do szorstkiej, pokrytej łuskami nogi sponsora, i niechby mnie podrapał za uszami!

Przyłapałem się na takiej myśli i postarałem się ją zdusić — wydawało mmi się, że wystarczy przypomnieć sobie, jak patrzył na mnie wściekły sponsor na stadionie. Którego zabiłem.

Zabiłem i dlatego nigdy nie będę już pupilkiem.

Sponsor Sijniko jakby czytał w moich myślach.

— Pupilkiem już nie będziesz — powiedział. — Dlatego, że jesteś zabójcą. I umrzesz jak zabójca.

Nie zrozumiałem co miał na myśli, ale milczałem, bo bałem się, że otworzy drzwi i nie wywalił mnie z helikoptera. CO to dla niego?

Ze śmigłowca mnie nie wyrzucił, ale kiedy lądowaliśmy tak mocno przycisnął mnie nogą do drzwi, że myślałem, że mnie rozdusi. Nie wiem. Czy to było niechcący, czy z rozmysłem.

Śmigłowiec wylądował na betonowym placyku między szarymi budynkami.

— Wysiadaj — polecił Sijniko — i od razu idź do budynku z prawej. Drzwi są otwarte. Nie zatrzymuj się.

Wykonałem polecenie. Gdy tylko drzwi otworzyły się. Wyskoczyłem z helikoptera i szybko poszedłem do otwartych drzwi w szarym sześcianie sponsorowego mieszkania.

Wszedłem do wnętrza. Wiedziałem, jak są rozplanowane pomieszczenia w takim sponsorskim domu — wszystkie te domy są do siebie podobne.

Muszę przyznać, że w pewnych szczegółach dom sponsora Sijniko różnił się od domu sponsorów Jajbłuszko. W naszym domu był tylko duży ekran tiwi i dywany, które tkała pani. I najprzeróżniejsze drobiazgi — pamiątki z wyjazdów czy poprzednich stanowisk, drobiazgi, które sponsorzy urzędnicy wożą ze sobą z miasta, do miasta. Natomiast w domu Sijniko dominowały książki: małe — ludzkie i olbrzymie, czasem nie do uniesienia — sponsorowe. Zresztą, nie były to książki w naszym rozumieniu — to były książki harmonijki. Wiedziałem z poprzedniego życia, że takich książek sponsorzy już teraz nie produkują — wystarczają im kasety.

Sijniko odgadł o czym myślę.

— Lubię takie starocie — powiedział. — Specjalnie przywożą mi stare książki z domu.

Zamyślony wziął jedną z książek, rozciągnął ją w długie pasmo. Była to vid-wolumen — obrazki poruszały się: fale uderzały w brzeg, porośnięty podobnymi do dzbanów drzewami. Wszystko to przemknęło i znikło. Sijniko złożył wolumen i zatrzasnął okładkę.

— Zostawiłbym cię, żebyś mieszkał w moim domu — oświadczył. — Interesujesz mnie. Ale mogą powstać płotki i podejrzenia, nikt nie jest ubezpieczony od nich.

Szczególnie tutaj.

Czekałem.

— Odprowadzę cię do pomieszczenia, gdzie będziesz sam. Jako szczególnie cenna istota. Ale jeśli zdradzisz siebie i staniesz się dla mnie niebezpieczny, będę zmuszony cię zlikwidować.

Sponsor podszedł do komunikatora. Na ekranie pojawiła się twarz kobiety. Miała na głowie białą czapeczkę.

— Ludmiło — powiedział sponsor. — Przyjdź do mnie, zabierz tego młodzieńca.

— Młodzieńca?

— Potem ci wyjaśnię. — Sponsor rozłączył się i zwrócił do mnie: — Rozbieraj się, rycerzu Lancelocie.

— Nie rozumiem.

— Zdejmuj ubranie. Wróciłeś do sytuacji poprzedniej i znowu jesteś pupilkiem. A pupilki, jak ci wiadomo, nie noszą ubrań.

— To niemożliwe!

— Nie masz wyboru. Zaraz przyjdzie pracownica stadniny, a ja nie chcę, żeby zobaczyła gladiatora Lancelota w stadninie pupili.

Sijniko zdjął czarne okulary. Jego czarne oczka, jak mi się wydawało, szydziły ze mnie.

Rozebrałem się. Ale czułem się kretyńsko — okazało się, że tak przywykłem do ubrania, że bez niego czułem się bezbronny. Poza tym szkoda mi było mojego nożyka.

Weszła młoda kobieta w białym fartuchu.

— To niesprawiedliwe! — wyrwało mi się.

Sponsor nawet nie popatrzył na mnie.

— Proszę umieścić obiekt w ósmym boksie i nie dodawać mu nikogo. Sam będę się nim zajmował.

Dziewczyna miała męską twarz z wystającymi kośćmi policzkowymi, bardzo jasne oczy i cienkie wargi. Włosy miała uczesane z przedziałkiem i ściągnięte do tyłu. Pomyślałem, że pewnie nie wie, co to uśmiech.

— Czy on gryzie? — zapytała Ludmiła.

Zadane poważnym tonem pytanie rozweseliło sponsora.

— Będziesz gryzł. Tim? — zapytał, a jego głos drżał z tłumionego śmiechu. Małe niedźwiedzie oczka błysnęły.

— Jestem gwałcicielem — oświadczyłem dziewczynie.

Zauważyłem, że sponsor, jakby dopiero teraz przypomniawszy sobie, co powinien był zrobić wcześniej, chowa moje ubranie za swoimi plecami.

— Nawet nie marz o tym — zakomunikował dziewczyna. — Jestem uzbrojona.

— A poczucie humoru masz?

Dziewczyna popatrzyła na mnie jak na wariata. Poczucie humoru, obecne nawet u sponsorów, w niej nie było odnotowane.

Ludmiła poprowadziła mnie przez szerokie wyasfaltowane podwórko, na którym w porządku, tak lubianym przez sponsorów, były porozstawiane huśtawki, drabinki i inne przyrządy, przeznaczone dla wzmocnienia ciał przyszłych pupili. Szedłem obok niej, starając się odrobinę zostawać z tyłu, dlatego że krępowała mnie własna nagość, której Ludmiła w ogóle nie zauważała. Moja przewodniczka od czasu do czasu szybko się oglądała, sprawdzając czy nie zamierzam na nią napaść. Szczerzyłem wtedy zęby, a w jej oczach błyskał lęk.

Z widoczną ulgą wprowadziła mnie do betonowego budynku, otworzyła drzwi do pokoju i nie spuszczając ze mnie uważnego spojrzenia, zapaliła pod sufitem mętną żarówkę. Na podłodze leżał cienki materac.

— Tu będziesz mieszkał — powiedziała.

— A gdzie pościel? — zapytałem, chociaż świetnie wiedziałem, że pupilki, do których znowu należałem, nie dostawali pościeli.

— Obejdziesz się smakiem — powiedziała Ludmiła cofając się.

— Przywykłem przed snem czytać.

— Wchodź do środka! Nie mam czasu! — Jej ręka sięgnęła do pasa. Wiedziałem, że jej pistolet nie zabija, ale paraliżuje. Nie pragnąłem tego. Podporządkowałem się więc. Drzwi za mną zamknęły się z głośnym trzaskiem, szczęknął zamek. Widocznie tak mówiło się tu dobranoc.

Noc spędziłem niespokojnie. Materac był twardy i czułem przez jego warstwę betonowy chłód podłogi. Wąskie okno było uchylone, a przed świtem zrobiło się tak zimno, że usiłowałem się owinąć materacem, ale nic z tego nie wyszło.