Resztę nocy spędziłem skulony na materacu.
O ósmej stadnina budziła się ze snu — usłyszałem z zewnątrz dziecinne głosy, płacz, ktoś przebiegł po korytarzu. Podszedłem do drzwi i spróbowałem je otworzyć. Były zamknięte. Nikt nie zamierzał mnie wypuścić. Zacząłem podskakiwać, żeby się ogrzać, potem zrobiłem sto pompek. W trakcie tych ćwiczeń weszła do pokoju Ludmiła.
— Chodźmy — powiedziała zamiast się przywitać. — Pokażę ci. Gdzie będziesz jadł.
— Przy psiej budzie, jak sądzę.
Ludmiła wzruszyła ramionami. Zrozumiałem, że uważa mnie za niestabilne psychicznie zwierzę i nie rozumie, dlaczego trafiłem tutaj, a nie do rakarni.
Pokonawszy kolejny raz wstyd z powodu własnej nagości, podążyłem za Ludmiłą.
Przemierzyliśmy ponownie podwórze i znaleźliśmy się u stóp szerokich schodów, które prowadziły do willi z kolumnami nad wejściem. Weszliśmy po schodach i przez szeroki drzwi wkroczyliśmy do hallu, z którego dwie pary schodów prowadziły na piętro, ale nie tam poszliśmy. Skręciliśmy w prawo, do drzwi, zza których donosiły się harmider wywoływany przez wiele głosów i brzęczenie naczyń.
Weszliśmy tam. Znaleźliśmy się w stołówce — obszernym pomieszczeniu, obitym ciemnymi drewnianymi płytami, oświetlonym porannym słońcem, wpadającym przez liczne wysokie okna. Stało tam ze trzy dziesiątki stołów i stolików, przy których siedzieli mieszkańcy stadniny.
Pod oknami siedziały maluchy. Kilka kobiet, podobnie jak Ludmiła, w białych fartuchach krzątało się między stolikami i w razie konieczności pomagało malcom radzić sobie z łyżkami i chlebem. W miarę oddalania się od okien stoły i krzesła stawały się wyższe — nieopodal drzwi siedziały już pupilki w wieku ośmiu-dziesięciu lat, wyraźne przerosla. Jak się potem okazało byli to niezapotrzebowani pupilki. Jeśli jeszcze przez jakiś czas nie będzie na nich wniosków, skierują ich do jakiejś pracy.
Ale większość stolików zajmowały pupilki w wieku od trzech do pięciu lat; właśnie takie zazwyczaj szły do rodzin.
Nie zdążyłem dobrze obejrzeć tego rozgadanego tłumu, ponieważ Ludmiła pociągnęła mnie do kąta, obok okienka wydawki, do dorosłego stołu, przy którym siedział ponury wąsaty brunet, pewnie jakiś miejscowy pracownik. Ludmiła kazała mi siąść, a sama przyniosła zza barierki dwie miski z kaszą, a ponury facet wskazał na pokrojony chleb w misce na środku stołu, jakby wątpił, czy wiem jakie jest właściwe przeznaczenie chleba.
W milczeniu wziąłem łyżkę i zabrałem się do kaszy. Kasza były niedosolona. Zapytałem Ludmiłę:
— Gdzie jest sól?
Ludmiła zerknęła na ponurego typa w fartuchu. Ten powiedział:
— Sól w kaszy już jest.
— Właśnie — dodała Ludmiła. — Mi smakuje.
— Nie pytałem o wasze zdanie — rzuciłem.
Wstałem i poszedłem za barierkę. Znajdowała się tam kuchnia. Przy wydawce stała kobieta w niegdyś białym, teraz zatłuszczonym fartuchu.
— Proszę o sól — powiedziałem.
— A tyś co za jeden?
— Kontroler — powiedziałem.
— O Boże! — jęknęły kobieta. — A mnie nikt nie ostrzegł!
— Proszę, wreszcie, o sól! — rozzłościłem się.
Gruba kuchara przyniosła talerze z solą i podała mi.
Wróciłem do stołu z solą, co wywołało pełne niedowierzania spojrzenia moich sąsiadów, którzy, widocznie, sądzili, że zacznę czerpać sól łyżką. Oboje przestali jeść i wpili się we mnie spojrzeniami.
Posoliłem kaszą i zacząłem jeść ją tak szybko, że w mgnieniu oka znikła z miski.
— Co jeszcze będzie? — zapytałem.
— Herbata — powiedziała Ludmiła posłusznie. Trochę jakby ubyło w niej pogardy.
Jakby słysząc to słowo zza barierki pojawiła się zasmalcowana kuchara, która przyniosła dla mnie duży kubek z herbatą. Sąsiedzi musieli po herbatę udać się sami.
— Pan to w jakim celu? — zapytał ponury wąsacz, siorbiąc herbatę, która wcale nie była herbatą, a napojem, o nazwie przejętej od herbaty.
— Przejazdem — powiedziałem bezczelnie. — Najpierw wszystko obejrzę, a potem pojadę dalej.
— Może pan liczyć na moją pomoc — zakomunikował ponury wąsacz i przedstawił się: — Awtandił Cereteli.
Chcąc widocznie wywrzeć na mnie pozytywne wrażenie kontynuował:
— Kieruję laboratorium.
— A je jestem genetykiem-wychowcą — wtrąciła się Ludmiła. — Przygotowuję dzieciaczki do przyszłego życia.
— Rozumiem — powiedziałem. Jeszcze kilka godzin temu niczego nie pamiętałem ze swojego pobytu w stadninie, w której spędziłem pierwsze dwa lata życia. Teraz pamięć zaczęła stopniowo do mnie wracać. Nie czekając aż moi sąsiedzi skończą śniadanie i Ludmiła powie mi, dokąd mam się udać, wstałem od stołu i poszedłem na piętro domu — wydało mi się, że musi tam znajdować się długi pokój z dwoma rzędami dziecinnych łóżeczek, a ostatnie w dalszym szeregu — moje.
Schody, korytarz i sama sypialnia były puste — wszyscy jeszcze jedli śniadanie.
Pod nogami miałem wytarty tysiącami stóp chodnik; pchnąłem wysokie drzwi. Zaskrzypiały znajomo. Oto i pokój — natychmiast poznałem go i skierowałem się do swojego łóżeczka.
Stałem nad nim i nie mogłem go poznać — właściwie niczego nie mogłem poznać. Moje łóżeczko rozpadło się i stało tam już inne, ale mogłem sobie wyobrazić, że leżę tam i patrzę, jak przesuwają się cienie listowia potężnego drzewa, rosnącego za wysokim oknem…
— Dzień dobry — rozległ się dziecinny głos.
Obok mojej nogi stał malec mniej więcej trzy-czteroletni, kędzierzawa, ryże stworzenie o wesołym psotnym spojrzeniu.
Malec wyciągnął do mnie rękę.
Uścisnąłem ją. Moje palce wyczuły coś dziwnego, przyjrzałem się jego dłoni: palce chłopczyka były złączone błoną, na bosych stopach — to samo. Zresztą palce stóp były o wiele dłuższe niż moje.
— Ja tu śpię — zakomunikował malec.
— A ja tu spałem kiedyś — powiedziałem. — Tyle, że to była bardzo dawno.
— Wystraszyłem się — oświadczył malec. — Powiedzieli mi, że przyjechał niedobry wujek, który sprawdza, jak są pościelone łóżeczka. A moje nie jest dobrze pościelone.
— Nie bój się — powiedziałem. — Masz świetnie zaścielone łóżeczko.
Ale maluch nie słuchał mnie — starannie wygładzał fałdki na swoim kocu.
Kiedy pochylił się nad łóżkiem zobaczyłem na jego plecach dwa głębokie szczeliny, w których pulsowała ciemna tkanka.
Chciałem zapytać malucha, co to jest, ale bałem się, że go przestraszę.
— A teraz? — zapytał mały.
— Teraz to już w ogóle jest wspaniale.
— Ale jest pan niedobrym wujkiem?
— Jestem dobrym wujkiem — powiedziałem. — Jeśli chcesz będę twoim przyjacielem.
— Chcę — powiedział. Znowu wyciągnął do mnie dłoń i przedstawił się: — Arseniusz! Można po prostu mówić Senia.
Poszedłem na dół, Senia za mną. Wyprzedził mnie na schodach, w biegu szczeliny na plecach rozszerzyły się.
Ludmiła czekała na mnie na dole.
— Nie wiedziałam dokąd pan poszedł — powiedziała.
— Chciałem zapoznać się z domem — odpowiedziałem.
— To unikatowe przedsięwzięcie — powiedziała Ludmiła, wpatrując się uważnie we mnie jasnymi oczami, jakby chciała przeniknąć do mojego serca i poznać moje myśli. — Dostarczamy pupili na teren całej Rosji. Mamy setki podań.