Выбрать главу

Malec odsunął się o krok — bał się jej.

— A ty tu czego się szwendasz? — zdziwiła się Ludmiła. — Natychmiast pędź na ćwiczenia!

Arseniusz nie mógł ukryć rozczarowanego westchnienia, ale posłusznie pomaszerował do drzwi. Najpierw chciałem go zatrzymać, ale natychmiast przypomniałem sobie, że mam pytanie, którego nie mogłem zadać przy malcu.

— Dlaczego on ma błony? — zapytałem.

— Arseniusz? — No, przynajmniej zna ich imiona. — Takie zamówienie.

— Przepraszam. Nie zrozumiałem. Jakie zamówienie?

— Hodujemy w naszej stadninie pupili różnego rodzaju — powiedziała Ludmiła. Staliśmy już nieopodal wejścia do willi, a obok nas przebiegały maluchy, które już zjadły śniadanie. Niektórzy pędzili do przyrządów gimnastycznych, stojących na obszernej łące, inni malcy maszerowali do betonowych domów. — Zazwyczaj nie wymaga się od nas niczego szczególnego — powinniśmy gwarantować, że maluch jest zdrowy, pozbawiony genetycznych wad, że wie, jak się należy zachowywać w domu sponsora, że nie będzie tam brudził czy szkodził. Tak więc, kiedy przyjeżdża zamawiający, to bierze sobie dzieciaka z grupy podstawowej.

— A błony?

— To spec-zamówienie. Rodziny, która zamówiła pupilka pracuje w morskiej stacji nad morzem Czarnym. Mąż i żona. Przede wszystkim zajmują się podwodnymi badaniami. Wygodniej jest im mieć pupilka mogącego oddychać dwojako. Zauważył pan, mam nadzieję, że ma na plecach skrzela?

— Biedny chłopiec — powiedziałem.

— Nic podobnego. To bardzo perspektywiczny kierunek badań. Pod kierunkiem sponsora pana Sijniko pracujemy aktualnie nad programem „Potrzebne dzieci”. Pan, być może, tego nie wie, ale w związku z problemami o charakterze finansowym zapotrzebowanie na zwykłych pupili spadło. Powinniśmy skusić zamawiającego czymś szczególnym. Powinniśmy wyjść naprzeciw gustom — klient decyduje o wszystkim!

To, co mówiła Ludmiła było nieprzyjemne, ponieważ wyglądało to, jakby w jej wnętrzu leżała strona sprawozdania, z której sczytywała akapit za akapitem. W szkole gladiatorów Prupis opowiadał mi, że wcześniej ludzkie dzieci uczyły się w szkołach. Wtedy wszyscy umieli czytać. Niewiarygodne, trudne do uwierzenia, ale nie miałem podstaw, by nie wierzyć Prupisowi. Idąc dalej — skoro były szkoły, musieli być prymusi. Tacy, jak Ludmiła.

— Umie pani czytać? — zapytałem.

— Co?

— Czy umie pani czytać litery i słowa?

Ludmiła nagle zaczerwieniła się, więc domyśliłem się, że umie czytać, ale wstydzie się do tego przyznać.

— Mam dobrą pamięć — wykrztusiła w końcu po chwili milczenia.

Zacząłem uważniej przyglądać się malcom. Ludmiła przechwyciła moje sondujące spojrzenie i powiedziała uśmiechając, ale uśmiech objął tylko usta:

— Specdzieci mamy tu niewiele, w większości są w laboratoriach. Pod obserwacją. Ale są zabawne… Ksiusza, Ksiuszeńko. Podejdź do nas!

Malutka dziewczynka, chyba trzylatka, podbiegła do nas.

Dopiero teraz dotarło do mnie, że zamiast włosów na głowie dziecko ma miękką sierść, której warstwa przechodzi na plecy.

— Proszę ją pogłaskać — zaproponowała Ludmiła.

— Pogłaskać?

— To przyjemność, którą trudno zapomnieć — powiedziała Ludmiła. — Muszę przyznać, że gdybym miała taką możliwość, sama wzięłabym sobie takiego pupilka.

Nie chciało mi się głaskać puszystej dziewczynki, choć mała nie odczuwała żadnego skrępowania z powodu swojego wynaturzenia, zresztą nie uważała siebie za wynaturzoną.

— Teraz, kiedy sponsorzy wiedzą, że możemy ukształtować pupilka według indywidualnego zamówienia, dostajemy takie zabawne zapotrzebowania, uśmieje się pan! Ale, rzecz jasna, kosztuje to masę pieniędzy, i tylko najzamożniejsi sponsorzy mogą sobie pozwolić na to pozwolić.

Ludmiła skierowała się do grupy dzieci, bawiących się trawie i powiedziała podchodząc do nich:

— A oto nasze ostatnie osiągnięcie. Jesteśmy z panem Sijniko niemal przekonani, że ten model podbije rynek.

Kiedy podeszliśmy do huśtawek i malec, huśtający się na nich odwrócił się do nas, ledwo powstrzymałem się od okrzyku zdziwienia. Rzeczywiście, eksperymentatorzy wymyślili niezwykłą istotę: było to zwykłe ziemskie dziecko, jednakże jego głowa i ręce należały do malutkiego sponsora, jakby do sponsorowej lalki.

Nie mogłem oderwać wzroku od małego potworka — patrzył na mnie zielony żabi pysk z malutkimi niedźwiedzimi oczkami, ale pierś istoty była różowa, a pulchne nóżki niczym nie różniły się od nóżek innych dzieci.

— Dużo ich… stworzyliście?

— Tajemnica firmy. — Cienkie wargi Ludmiły rozciągnęły się w uśmiechu. — Może pan zapytać pana Sijniko. Zapewne udzieli wyczerpującej odpowiedzi.

Potwór podszedł do nas i sepleniąc poprzez żabie usta powiedział:

— Cukierek jest?

— Nie — opowiedziałem.

— Jest strasznie rozpieszczony — powiedziała Ludmiła. — Gdy przyjeżdża do nas jakaś grupa albo kontrola, wszyscy sponsorzy biegną popatrzeć na nasze kreolątka. Dosłownie zapychają je cukierkami… I wie pan — nawet zdarzył się taki incydent: dwa zwyczajne pupilki rzuciły się na kreolczyka — ledwie go uratowaliśmy.

— A napastnicy? Odstrzeliliście ich?

— Ach, jak okrutnie pan mówi! — zdenerwowała się Ludmiła. — Wysiekliśmy ich tylko jak należy.

Staliśmy na trawniku, przez cały czas rozglądałem się na wszystkie strony, mając nadzieję, że odgadnę, w jakie kształty oblekły się genetyczne i plastyczne ćwiczenia, wykonywane od kierunkiem mojego protektora Sijniko. Jakby w odpowiedzi na moje niezadane pytania Ludmiła zapytała:

— Chce pan zajrzeć do sali projektów?

Nie miałem pretekstu do odmowy.

Zeszliśmy z trawnika i po długiej ścieżce dotarliśmy do betonowego sześcianu.

Wrośnięty w ziemię szary kloc laboratorium był wewnątrz o wiele przestronniejszy niż wydawał się z zewnątrz. Wysoki korytarz, w którym mógł się zmieścić sponsor, dzielił laboratorium na dwie połowy. Z lewej, jak zauważyłem, znajdowały się eksperymentalne inkubatory — podstawowe znajdowały się w innym budynku — z prawej — właściwe laboratorium, w którym na zamówienie i życzenie sponsorów, albo i z inicjatywy samych uczonych konstruowano rokujące nadzieje warianty pupili. Znajdowali się tu stale dwaj sponsorzy — sam pan Sijniko, który był ogólnym szefem stadniny, i nieznana mi sponsorka o imieniu Fujke, która jakimś cudem akurat w tym czasie zachorowała i trafiła do lazaretu. Sponsorka zajmował się zaopatrzeniem stadniny, sprawami finansowymi i kontaktami z klientami, ponieważ dla sponsorów z wojskowej ekologicznej bazy kontakt z ludźmi był niemal niewyobrażalny, a przynajmniej, nieprzyjemny.

Całą resztą zajmowali się ludzie przy pomocy urządzeń, które opracowali, przywieźli ze sobą i zamontowali sponsorzy. Ludzie wszak nie powinni niczego wymyślać.

Przyzwyczaiwszy się do myśli, że nie jestem w stadninie przelotnym gościem, a wykonuję tu jakieś utajnione zadanie, Ludmiła zmieniła swój stosunek do mnie i zrobiła się szczera. Pomyślałem nawet, że nie ma z kim tu pogadać, że, pomimo surowego oblicza, jest osobą wrażliwą i samotną, targaną wątpliwościami. Przecież nie wolno jej było pod żadnym pozorem opuszczać terytorium stadniny, i, najprawdopodobniej, była to więźniem do końca swoich dni. Nigdy nie stanie przed nią otworem brama stadniny i nigdy nie zobaczy innych miast i innych ludzi.

— Kiedy pana zobaczyłam — przyznała — pomyślałam, że jest pan reproduktorem. Czasem przywożą do nas reproduktorów w celu poprawienia zasobów nasienia.