Выбрать главу

— Dlaczego pani tak pomyślała?

— Dlatego, że jest pan… że jest pan nagi.

Teraz, uznawszy, że jestem równym jej, albo nawet przewyższającym ją w randze mężczyzną, zaczęła odczuwać znajdując się moim towarzystwie wstyd — reproduktorzy czy pupilki nie byli w jej oczach mężczyznami.

— Niestety — powiedziałem — musiałem zostawić ubranie w domu pana Sijniko. Inaczej zacząłbym zwracać na siebie uwagę.

— Oczywiście — zgodziła się z ulgą Ludmiła.

Posiadanie przeze mnie ubrania, nawet jeśli było gdzieś obok, pozwalało jej pogodzić się z moją obecnością…

W dużym jasnym pokoju na lewo od korytarza zastaliśmy Awtandiła Cereteli z jeszcze jednym lekarzem.

Na ścianach laboratorium projektowego wisiały dwu- i trzywymiarowe wizerunki niemowląt — pożądane wyniki eksperymentów. Drogę do nich opracowywały stojące w laboratorium komputery, następnie genetyczni inżynierowie, umieszczeni w sąsiednich pokojach po drugiej stronie korytarza, tworzyli na zamówienie ciała.

Obrazki przyszłych wyrafinowanych pupili robiły wrażenie, ale były pozbawione życia, i dlatego o wiele mniej przerażały, niż mniej zniekształcone, ale żywe maluchy.

Awtandił z zadowoleniem wyjaśniał mi specyfikę zarodków i ich przeznaczenie. Okazało się, że tworzono tu nie tylko pupili, ale w tajemnicy — ludzi przyszłości, potrzebnych w tej czy innej dziedzinie gospodarki. Dlatego na ilustracjach zobaczyłem skrzydlate niemowlęta, pokryte białym puchem; można je, jak wyjaśnił Awtandił, wykorzystać na dwa sposoby: i jako pupili — niektórzy sponsorzy chcieli mieć skrzydlatych pupili, oraz jako zwiadowców-ratowników, mogących przedostać się szybko tam, gdzie miałby trudności człowiek, nie mówiąc już o sponsorze.

Następnie Awtandił z dumą zaprowadził mnie do pokoju po drugiej stronie korytarza, gdzie w wannach z płynną pożywką, już niemal gotowe od urodzin, kształtowały się ludzie-robaki. Nie sądzę, by nadały się do funkcji pupili, ale w pracach kopalnianych będą nie do zastąpienia.

Po godzinie ożywionych opowieści moich nowych znajomych poczułem, że do gardła podpełzają mi wymioty. To, co biologom wydawało się strasznie ciekawe i godne pochwały, wzbudzało we mnie wzrastający wstręt.

Przez te miesiące, które spędziłem na wolności, od chwili ucieczki z domu Jajbłuszko, przekonywałem się coraz bardziej, że jestem niewolnikiem we własnym domu. Że wszyscy dokoła są niewolnikami, których można sprzedać. Kupić i zabić, i — jak się dzisiaj dowiedziałem — pozbawić dzieciństwa i ludzkiego oblicza, dlatego że tak chcą zielone żaby z błyszczącymi niedźwiedzimi oczkami. I nie dość, że ja nie wiem, dlaczego króluje taka niesprawiedliwość, ale nie może odpowiedzieć na to pytanie nikt, ponieważ ludzi, pozbawionych wiedzy, pozbawiono również pamięci o swojej przeszłości.

Ale, słuchając natchnionych przemówień Awtandiła o tym, że przystąpili do tworzenia oddychającego amoniakiem człowieka, zrozumiałem, że muszę dowiedzieć się jak najwięcej od pana Sijniko. Co prawda, musi on chcieć rozmawiać, ale podejrzewałem, że mnie opowie więcej niż jakiemukolwiek innemu człowiekowi, ponieważ wyróżniam się z grona zwykłych ludzi. Zabiłem sponsora! I znałem sponsorów język.

Powiedziałem, że muszę się przespacerować i wyszedłem z laboratorium. Nikt mnie nie zatrzymywał. Wyszedłem na trawnik i zacząłem wolno przechadzać się po ścieżkach, obserwując liczne dzieciaki, które w większości były zwykłymi dziećmi. Inna sprawa, że — jak mnie poinformowała Ludmiła — w ostatnim okresie zaczęto wszczepiać im środek paraliżujący: jeśli taki pupilek nagle się wścieknie i rzuci się na właściciela, ten będzie mógł go natychmiast obezwładnić.

Na szczęście, kiedy ja opuszczałem stadninę, ten pomysł jeszcze nie wykluł się w głowie jakiegoś Awtandiła czy Ludmiły.

Arseniusz zobaczył mnie z daleka i, porzuciwszy zabawę w piaskownicy, podbiegł do mnie.

— Wujku! — krzyczał. — Wujku! Wiesz co?! Wiesz co? Kiedy podbiegł do mnie powiedziałem:

— Nazywam się Lancelot. Rycerz Lancelot.

— Lot — powiedział malec. Widocznie sprawiało mu trudności zapamiętanie całego takiego długiego imienia.

— No, co chcesz mi powiedzieć?

— Słyszałem, wujku Locie, jak kucharki w kuchni rozmawiały, że jesteś rewizorem. Że możesz kogo chcesz zlikwidować albo posłać do rakarni. Czy to prawda?

Zdecydowałem, że te plotki mogą być dla mnie przydatne.

— No wiesz, kucharki, rzecz jasna, przesadzają…

Arseniusz nagle zaszlochał.

— Co ci się stało? — Przykucnąłem obok niego. Maluch zasłonił oczy wyposażonymi w błony dłońmi, jak dwoma wachlarzami.

— Wyślesz mnie do rakarni? — zapytał szlochając.

— Co za bzdury wygadujesz!

— Powiedzieli mi, że jestem przeroslem!

— Ty? A ile ty masz lat?

— Dziewięć — powiedział Arseniusz.

— Nie może być!

Przede mną płakał trzylatek.

— Takiego mnie wmyślili — powiedział mały. — Wmyślili mnie, żebym się nie zmieniał. Ale pani Liwijko powiedziała, że nie potrzebuje wiecznego niemowlaka.

Ona chciała, żebym rósł i nurkował… jak prawdziwy!

Jeszcze długo opowiadał, starając się, żeby dotarło do mnie, że to nie on jest winien, że on jest dobry, że sam też chciałby urosnąć, ale nic z tego nie wychodzi, nawet jeśli się stara dużo jeść. I teraz, kiedy stało się jasne, że nikt go nie chce, Senia wymyślił sobie, że jak nie dziś, to jutro go sprzątną. Jak usuwali inne wyrodki, które nikomu do niczego się nie przydały.

Pogłaskałem go po miękkich włosach i postarałem się uspokoić, zapewnić, że nie mam co do niego żadnych złych planów i że będę się z nim przyjaźnił.

Uspokojony malec pobiegł do kolegów, a ja skierowałem się do swojej budy. Wiedziałem, że idę się ubrać i że ubranie stanie się dla mnie symbolem niezawisłości. Jeśli sponsor zechce mnie zabić — ma prawo to zrobić. Ale umrę w ubraniu. Jakkolwiek śmiesznym i naiwnym może się to wydać, pocieszyło mnie to postanowienie.

Ale nie udało mi się ubrać. Przed moimi drzwiami czekały na mnie dwie kucharki. Jedną z nich już spotkałem — gruba zasmalcowana kobieta, drugiej, chudej i szkapiastej, nie znałem.

— Chcemy panu powiedzieć — dramatycznym szeptem zakomunikowała zasmalcowana kuchara — że wkład mięsny realizuje szef produkcji. Tak więc, jeśli na stołach jest go za mało, to on za to odpowiada.

— Jakie znowu mięso?

Przeszkadzając sobie nawzajem zaczęły pokrętnie i tchórzliwie zrzucać winę za kradzieże na swojego przełożonego, mając nadzieję, że z moją pomocą zatriumfuje sprawiedliwość. Straciłem jeszcze z dziesięć minut zanim udało mi się spławię wizytantki, zachowując przy tym w nich przekonanie o mojej tajemniczej znaczności.

Kiedy kuchary zniknęły ze swoimi próżnymi skargami, pojąłem, że nie wiem, jak się wchodzi do domu pana Sijniko. Dla pupilka, rzecz jasna, nie ma zamkniętych drzwi i kluczy. Wchodzi i wychodzi kiedy chce. Jeśli panu się to nie podoba może wysiec pupilka. Ale pupilek, w odróżnieniu od człowieka, nigdy niczego nie ukradnie — chociażby dlatego, że jest nagi.

Drzwi do domu sponsora były zamknięte. Nie pozostało mi nic innego, jak czekać aż wróci. Ze starego przyzwyczajenia zwinąłem się w kłębek na wycieraczce i zapadłem w drzemkę. Nikogo to w stadninie nie zdziwiło — pupilki zawsze śpią, gdzie chcą i kiedy chcą. Tak więc, zasypiając, pojąłem jak to miło wrócić do skóry domowego zwierzęcia — nie dźwięczy syrena, nie dzwoni dzwon, nikt nie woła cię na zbiórkę, do zawodów, walki na miecze czy do wyładunku pełzaczy.