Spałem, ale tak, jak się należy — jednym uchem nasłuchując, żeby ktoś na mnie nie nadepnął. Dlatego, gdy coś wielkiego zakryło światło słoneczne, pomyślałem sobie, że to wrócił sponsor, i zerwałem się. Ale nie był to sponsor. To był Arseniusz, ale tym razem nie sam — trzymał za rękę dziwną istotę, nagą dziewczynkę o niemal dwumetrowym wzroście, krótko ostrzyżoną, i — gdyby nie przesadne wymiary i straszliwa chudość — dość pociągającą.
— Rozbudziliśmy cię — powiedział Arseniusz, konstatując fakt, ale bez wyrzutów sumienia. — Wstawaj. Przyprowadziłem Leonorę.
Olbrzymka skłoniła głowę w ukłonie — widocznie Sienia nagadał jej o mojej ważnej pozycji.
— Bardzo mi miło — powiedziałem nieco rozdrażniony, bo nie lubię jak się mnie budzi. — Co się stało?
— Lancelot — powiedział Sienia — trzeba pomóc Leonorze. Inaczej wkrótce umrze.
— Umrę — przytaknęła się Leonora. — Pewnie niedługo.
— Grożą rakarnią? — zapytałem.
Domyśliłem się, że jest wynikiem nieudanego eksperymentu państwa projektantów. Teraz, kiedy wyrosła i okazała się nikomu niepotrzebna…
— Dlaczego rakarnia? — zdziwił się Arseniusz. — Jeszcze się przyda. Tylko, że karmią ją według zwykłej normy, a Leonora rośnie. I jest przez cały czas głodna.
Oddałem jej wczoraj połowę swojej porcji kaszy.
— No to poproś o dokładkę — zaproponowałem.
Dziewczyna zaczerwieniła się. Nie wstawałem — kiedy rozmawia się z olbrzymem leżąc może się wydawać, że sam też jesteś duży, ale kiedy się stoi — złudzenie pryska.
— Nie dają. Wszystko biorą dla siebie — poskarżyła się. — I powiedzieli, że jak się poskarżę pani Ludmile albo panu sponsorowi, to w ogóle przestaną mi dawać jedzenie.
— Przecież są tu wychowawcy, lekarze…
— Oni też kradną — zakomunikował Arseniusz. — Tutaj wszyscy kradną. Tyle że nam, małym, to nie szkodzi, ale nie wszyscy są tacy. A Leonora to już zupełnie jest biedna. Musisz ich postraszyć, żeby dawali jej jeść.
— Pogadam z nimi — obiecałem.
Leonora odeszła pierwsza. Miała takie szczupłe plecy, że łopatki niemal przebijały skórę.
Wyszedłem na łąkę i zerknąłem na słońce. Piąta godzina.
— Hej? — zawołałem do Arseniusz. — O której obiad?
— Usłyszysz gong.
Usiadłem na łące. Dokoła mnie było pusto, w stadninie królowała cisza i rajski spokój. Tylko nad głową rozlegały się krzyki lecących na południe żurawi, czasem zaszeleściły kołysane wiatrem szczyty starych dębów i odległe dziecięce śmiechy.
Pomyślałem sobie, że niczego nie wiem o otaczającym mnie świecie. Póki byłem pupilkiem nie niepokoiło mnie to — obok była pani Jajbłuszko, która wiedziała wszystko i za mnie, i za siebie. Kiedy uciekłem moje losy tak się pogmatwały, że nie miałem nawet czasu nad nimi się zastanowić — byle tylko wyżyć. Dopiero w szkole gladiatorów, chociaż i tam nie byłem bardzo zajęty, zacząłem trochę myśleć o tym, co się dokoła dzieje. Co prawda kiedy docierałem do pryczy od razu zasypiałem, a i moi rozmówcy nie byli specjalnie mądrymi ludźmi i mało wiedzieli o tym, co się dzieje za murami pokoju, szkoły czy stadionu. Wszyscy odbierali istniejący porządek rzeczy jako ten obowiązujący, i nikt nie zamierzał go zmieniać. „A na czym polega ten porządek?” — zastanawiałem się.
Nasz świat kierowany jest przez mądrych i wszechmocnych sponsorów. Przybyli tu, pewnie bardzo dawno temu, żeby uratować Ziemię od ekologicznej katastrofy.
Sponsorzy musieli oczyszczać nasze powietrze i wodę, odtwarzać pierwotny wygląd naszej planety. Dopiero kiedy to olbrzymie zadanie zostanie wykonane, sponsorzy odlecą z powrotem, dlatego że im też nie jest łatwo tak daleko od domu.
To wyjaśnienie całkowicie zadowalało mnie, póki byłem pupilkiem. Widocznie wierzyła też w to dobra pani Jajbłuszko.
Nie pasowały do tego obrazu takie rzeczy jak włóczędzy, dzikie pupilki, parszywce ze śmietnika, ale pani Jajbłuszko wyjaśniała mi, że są to nieszczęśliwe istoty, nie mające dachu nad głową i stałego wyżywienia, że ich stale się odławia i odwozi na resocjalizację. Ale przecież Ziemia jest tak wielka, a sponsorów tak niewiele — nie wyrabiają się.
W mieście, które mnie oszołomiło, w Moskwie, widziałem mnóstwo innych ludzi, Prawie wszyscy łamali najważniejsze prawo życia — nie ubierać się!
Przy okazji, a dlaczego nie wolno chodzić w ubraniu? Nie zadawałem sobie wcześniej takiego pytania — wiadomo: higiena. Ale teraz zapytałem siebie, i odpowiedź okazała się prosta, chociaż nieoczekiwana: żeby nie można było niczego zataić przed sponsorem. Żeby nie można było nosić przy sobie broni.
A dlaczego w mieście można było się ubierać? Na to odpowiedziała mi Markiza: dlatego, że w rzeczywistości sponsorzy nie mogą obejść się bez ludzi. Pozwalają nawet ludziom na to, co jest kategorycznie zabronione. O ile to im, sponsorom, jest na rękę.
Okazało się, że żywność dla sponsorów w fabryce słodyczy przygotowują ludzie, że serwują rozrywkę również ludzie i nawet dbają o ustanowiony porządek milicjanci-ludzie.
Bez ludzi nie da się obejść. A bez sponsorów?”
„Bez nich na pewno się obejdziemy” — powiedziałem sobie, ale ta moja pewność, niestety, niczego nie zmieniała. Dlatego że, bez względu na wszystko, panowali tu sponsorzy. A ja byłem świadkiem, jak nie mrugnąwszy nawet okiem zabili kilkaset, może nawet kilka tysięcy, najprawdopodobniej potrzebnych nawet sobie i pożytecznych osób.
„Czy nienawidzę sponsorów?” — zapytałem siebie.
„Nienawidzę sponsorów” — odpowiedziałem sobie. Zabili Dobrynię, Batu-chana i Prupisa. Robią z ludzi zwierzęta. Słusznie postąpiłem zabijając sponsora.
Ta myśl mi się spodobała. Chciałem wypowiedzieć ją na głos, ale obok przechodził Awtandił, niosący jakieś naczynie z ludzkim zarodkiem wewnątrz. Przemilczałem więc. Nawiedziła mnie inna dziwna myśclass="underline" czy spotkałem człowieka, który chciałby, żeby sponsorzy zniknęli, wyginęli, odeszli na zawsze? Zrozumiałem nagle, że nie spotkałem takiego człowieka. Ludzie nie mają pojęcia o innym życiu, jak życie pod egidą sponsorów, po prostu nie chcą innego życia. Wszyscy są zaspokojeni i zadowoleni. Pupilki — za to, że są karmione i pieszczone, gladiatorzy są dumni ze swojej siły i umiejętności i aż się palą, żeby zademonstrować to sponsorom. Markiza, władczyni podziemi, również do ostatniej chwili była wręcz zadowolona z życia… Czyżbym został sam? A może sponsorzy nie łżą? Może naprawdę uratowali Ziemię od zagłady? Może ludzie gotowi byli wyginąć ostatecznie? A czy, w końcu, ratownikom nie wybacza się wiele? Przecież żyją wśród nas, z dla od domu, wykonują nudną pracę, potrzebują rozrywek…
Ale w tym momencie przypomniałem sobie oczka stwora: człowieczka z głową żaby… i znowu przestałem wierzyć sponsorom.
Przebywając w takim dziwnym stanie zobaczyłem, jak na polanie ląduje śmigłowiec pana Sijniko; pilot ciężko wygramolił się z maszyny i zmęczonym krokiem zmierzał w kierunku domu.
Poczułem ochotę pomachania ogonem, Ale stałem wyprostowany, nieco pochyliwszy głowę, w postawie gladiatora, stojącego w szeregu przed walką.
Sijniko jakby dopiero teraz zauważył mnie. Dopiero wchodząc przez drzwi, odwrócił się do mnie i zapytał:
— Jadłeś już obiad?
— Nie było jeszcze sygnału na obiad — odpowiedziałem.
Sijniko poprawił umocowany do ramienia komunikator i powiedział:
— Mówi sponsor Sijniko. Przynieście obiad do mnie do pokoju. Dla mnie i pupilka Lancelota.
Nie czekając na odpowiedź wyłączył komunikator.