— Jeśli pupilek to Tim — powiedziałem. — A Lancelot — jeśli rycerz, gladiator.
— A ja wcale nie zamierzam pytać się ciebie, jak mam cię nazywać — burknął Sijniko.
Poszedłem za nim go gabinetu. Od razu w oczy rzuciło mi się moje ubranie, walające się w kącie.
— Ciężki dzień — oświadczył sponsor. — Wszystko przez ciebie.
— Przeze mnie?
— Z powodu wczorajszego incydentu. Dopiero co się skończyła duża obława w metrze. Szukali ciebie.
— Znaleźli?
— Na razie nie — powiedział sponsor. — Ale na pewno znajdą.
Podszedł do okna i popatrzył na łączkę, po której biegały maluchy.
— Markizę z Henrykiem zdążyłem uprzedzić — powiedział w końcu sponsor. — Zdążyli uciec. Ale wielu zginęło.
— A Irka? — wyrwało mi się.
— Jaka znowu Irka? — zdziwił się sponsor. Nie znał żadnej Irki, a jakby nawet znał — co mu za różnica?
— Podcinamy gałąź, na której siedzimy — oświadczył sponsor. Zrozumiałem, że mówi do mnie tylko dlatego, że nie ma innych rozmówców w pobliżu. Mógłby równie dobrze rozmawiać z krzesłem.
Do pokoju bez pukania weszła kucharka i przyniosła miskę z polewką dla mnie i dupy garnek dla sponsora.
Ten zwolnił kucharkę, wyjął z niszy w ścianie łyżkę — do dziś nie potrafiłem nauczyć się posługiwania taką, a sponsorzy — tylko takimi jedzą.
Sijniko nie zaproponował mi łyżki — jak zwykle, wszyscy sponsorzy zapominali o tym, ale nie prosiłem. W końcu — umiałem przecież chłeptać z miski.
— A jeśli trafi się inspekcja? Dlaczego zakładacie, że inspekcja będzie przyjazna dla nas? Federacja od dawna ma ząb na nasze metody.
Mówił to wcinając swoją zupę, o wiele smaczniejszą, niż polewka, jaką karmią tu ludzi, ale to. Co mówią było zupełnie niezrozumiałe. Nie wiedziałem, co to jest inspekcja i dlaczego może być nieprzyjazną.
— Egoizm, a tam bardziej egoizm grupowy — pouczał mnie sponsor — może w fatalny sposób wpłynąć na rozwój całej cywilizacji. Nie wolno tylko brać i nic nie dawać w zamian. Nie jednokrotnie usiłowałem sygnalizować ten problem na radach regionalnych. Fakt, że Rejkino znajduje się w opłakanej sytuacji i konieczne jest wysiedlenie… nie jest jeszcze argumentem dla likwidacji całej obcej rasy. Zgadzasz się?
Pytanie zaskoczyło mnie. Ale postanowiłem zgodzić się ze sponsorem i przy okazji zadać pytanie, żeby udowodnić, że uważnie i dobrze słuchałem pana sponsora.
— A co to jest Rejkino?
— Rejkino — to mój dom — powiedział sponsor. — To planeta, która usiłuje pozbyć się swoich synów.
— Rozumiem — powiedziałem.
— Na szczęście nic nie rozumiesz i dlatego na razie jeszcze żyjesz.
— Proszę mi powiedzieć — postanowiłem udowodnić, że nie jestem głupi — co było na Ziemi, zanim tu przybyliście?
— Pewnie wciskali ci, że jesteśmy braćmi w rozumie?
— Wylądowaliście na talerzach i pomogliście nam oczyścić rzeki i powietrze. W innym przypadku wszystko byśmy zniszczyli.
— A kto was tam wie — powiedział w roztargnieniu sponsor. — Może byście i wyżyli. Jesteście strasznie żywotni.
— To znaczy, że nie jesteśmy braćmi w rozumie?
— Bracia, bracia — mruknął sponsor. — Ale to niczego nie ułatwia. Kiedy spotykają się dwa gatunki żywych istot, które muszą dzielić niszę ekologiczną, jeden z tych gatunków jest skazany na wytrzebienie. Nie dlatego, że jest gorszy, tylko dlatego że jest słabszy. Przymilny bełkot o pomocy i trosce — to, wybacz mi, puste gadanie dla gawiedzi, takiej jak ty.
— Czy to znaczy, że nie przylecieliście tu, żeby nas ratować?
— Oficjalnie, dla Federacji, pomagamy wam. Ale wątpię, czy oszukaliśmy kogokolwiek. Kto ma oczy może zobaczyć, że mieszkamy tu tylko dlatego, że nasza planeta jest przeludniona i musimy zdobyć gdzieś przestrzeń życiową. Sami doprowadziliśmy nasz dom do ubóstwa, i potrzebujemy teraz waszych surowców i innych towarów, nie po to, by dzielić się nimi z wami, a żeby je wywieźć. A im mocniej tu się osadzamy, tym mniej nam jesteście potrzebni.
— To dlaczego nie wybiliście nas zaraz po lądowaniu?
— Mądre pytanie. — Sponsor odsunął garnek z polewką i rozwalił się w swoim fotelu. — Żeby poważnie zacząć likwidować was, musielibyśmy zupełnie nie kryć się z tym i na dodatek wytrwale polować na was, jak na karaluchy. Jesteście przecież strasznie żywotni. Nie mieliśmy na to ani sił, ani środków. O wiele mądrzejsze było pozwolić wam wymrzeć w sposób naturalny.
— I pan tak spokojnie o tym mówi? — Rozzłościła mnie ta bezwzględna tusza.
— A dlaczego miałbym się tym przejmować? Kiedy budujecie w lesie dom, czy was interesuje los ptaków, które mieszkały na gałęziach wyciętych drzew, czy też żuczków, które żywiły się ich liśćmi.
— Czy można porównywać te rzeczy? My jesteśmy rozumni!
— A gdzie zaczyna się rozum? My mamy większe od waszego doświadczenie w kontaktach z istotami różnych światów. I twierdzę: granica między rozumem i nierozumem jeszcze nie została określona. A wy, ludzie, raczej nie jesteście rozumni. Taki sądzimy. — Całą swoją postawą sygnalizował znak uśmiechu.
— A jeśli się z tym nie zgodzę?
— Kto cię, pupilku, będzie pytał?
— Zabiłem jednego z waszych!
— Ach, ty gadzie! — Ciężka łapa opadła mi na głowę i sponsor, omal nie oderwawszy mi jej, podniósł mnie za włosy. Z bólu trysnęły mi z oczu łzy. Ale sponsor nie zastanawiał się czy mnie to boli. — Jesteś wstrętny i wydajesz się być niebezpieczny — kontynuował. — Tylko ciekawość badacza zmusza mnie do przedłużania twojego nikczemnego życia.
Odrzucił mnie, a ja zwaliłem się na podłogę, uderzając głową o nóżkę krzesła.
— Muszę po tobie myć ręce — powiedział ze szczerym obrzydzeniem. — Śmierdzisz jak wszyscy ludzie!
— Odchodzę stąd — odpowiedziałem podnosząc się.
— Nigdzie nie pójdziesz — warknął sponsor. — Naradzimy się z bioinżynierami i zdecydujemy, co z tobą zrobić, żebyś się tu przydał. Idź do siebie, nudzisz mnie.
Podrapałem się po głowie — korzenie włosów jeszcze bolały, schyliłem się, żeby zebrać z podłogi moje ubranie.
— A to co znowu? — zapytał sponsor.
— Chcę chodzić w ubraniu — powiedziałem.
— Kto ci pozwolił?
— Zawsze chodzę w ubraniu. Tutaj jest mi niezręcznie chodzić nago. Gdybym był dzieckiem, to był jakoś się z tym pogodził. Ale jestem dorosłym mężczyzną.
— Jaki tam z ciebie dorosły!
Sijniko uniósł swoją słoniową nogę i trącił mnie. Wypadłem z pokoju otworzywszy plecami drzwi.
Ale nie wypuściłem odzieży z ręki.
Drzwi do gabinetu Sijniko zamknęły się.
Odetchnąłem, naciągnąłem spodnie z grubej skóry, w których stawałem do walki z „Białymi Murzynami”. Koszula był podarta. Oderwałem jej rękawy i włożyłem ją. Najprzyjemniejsza niespodzianka czekała mnie, gdy przejechałem ręką po bocznym szwie — wąska ukryta pochwa zawierała cienkie ostrze. Które dostałem od Gurgena. W każdym razie, jeśli będą chcieli coś ze mną zrobić, będę mógł się bronić i zranić boleśnie nawet największego sponsora.
Ubrałem się i czując jak człowiek, wyszedłem na trawnik. Dzień był chłodny, ale my, pupilki, przywykliśmy do chłodu. Wiał wiatr, niosący ze sobą piwniczną wilgoć. Z dębów opadały żółte liście.
Po schodach z willi zbiegali malcy. Dopiero co skończył się obiad. Nie poszedłem do głównego wejścia. Postanowiłem sprawdzić, czy łatwo będzie stąd uciec.