Wszedłem do zagajnika, drzewa tu rosnące były stare, stały w pewnym oddaleniu od siebie, jak kolumny w ogromnej sali. Ziemia pod drzewami usiana była rudymi i burymi liśćmi.
Nagle zobaczyłem dziwną pająkowatą postać — kiedy podszedłem bliżej poznałem Leonorę. Słysząc moje kroki wyprostowała się wystraszona, do małej nagiej piersi przyciskała garstkę żołędzi.
— Głodna jesteś? — zapytałem jak mogłem przyjaźnie.
— Bardzo — przyznała dziewczyna. — Ale nie wolno, nie pozwalają.
— Nie powiem nikomu — obiecałem. — Jedz. A ja pogadam z kucharkami.
Dziewczyna nagle zawstydziła się, może nie uwierzyła mi, w każdym razie pośpiesznie opuściła zagajnik, zaciskając żołędzie w piąstkach.
Przemierzyłem lasek i znalazłem się przy wysokim drucianym płocie. Oczywiście, mógłbym przy pomocy swojego noża przeciąć druty, ale nie miałem pewności czy nie płynie nimi prąd. Trzeba będzie się tego dowiedzieć.
Pan Sijniko zawołał mnie na spacer, kiedy słońce opadło za drzewa.
— Tylko nie próbuj uciekać — powiedział. — Nie uda ci się. Przez płot płynie prąd. Doszliśmy do willi.
— Chcesz zobaczyć nowe pokolenia malców? — zapytał Sijniko.
— Już widziałem.
— Kto ci pozwolił?
— Uznali mnie za waszego tajnego agenta i wszystko pokazali.
— Idioci! Trzeba usunąć wszystkich ludzi i na ich miejsce postawić sponsorów!
— Dlaczego nie?
— Dlatego że nie wystarcza sił i środków, dlatego że żaden sponsor nie poniży się do wycierania pupki ludzkiemu niemowlęciu. Wie, ile jest w nim jest mikrobów i całego tego świństwa.
— Pani Jajbłuszko troszczyła się o mnie, nawet kiedy byłem chory!
— Byłeś jej własnością, jej własnym pupilkiem. Zamiast dziecka. Niezbyt dobrze rozmnażamy się na Ziemi. Pupilki zastępują nam dzieci.
— Podbiliście naszą planetę, wysysacie z niej soki i jeszcze likwidujecie ich mieszkańców!
— Bzdura! Nic podobnego. Zapytaj dowolnego człowieka, czy jest niezadowolony ze swojego życia, czy cierpi? Dowiesz się, że ludzie są szczęśliwi.
— Dlatego, że niewiele wiedzą?
— Dlatego, że wiedzą tyle ile powinni. Mówimy im, że żyje się im lepiej niż wcześniej, i lepiej niż kiedykolwiek. Powtarzamy to od rana do wieczora. Mówimy jak źle żyli ludzie wcześniej, póki nie znaleźliśmy się tutaj i nie nauczyliśmy was wszystkiego. A oni wierzą. Jeśli teraz pojawisz się i zaczniesz krzyczeć do nich, że żyją źle, że są uciskani i nawet eksterminowani, to rozszarpią właśnie ciebie. Nikt nie potrzebuje prawdy. Wszyscy potrzebują jedzenia.
— A co z Markizą i Henrykiem? — zapytałem. — Też są ślepi?
— Im jest wygodnie, że Ziemia należy do nas. Świetnie się urządzili. To chwasty. Chwasty należy co jakiś czas pielić.
— Pozwalacie im nosić ubrania?
— Oczywiście. Na wiele im pozwalamy. Żeby im się wydawało, że coś znaczą. Oddaliśmy im śmierdzące podziemia i nieprzebyte lasy, kopalnie i cieplarnie, oddaliśmy im fabryki słodyczy i huty. Pozwalamy im wykorzystywać współplemieńców, ludzi, a oni zdzierają z nich trzy skóry. Jednocześnie drżą przed nami. Czyż nie jest to wygodny dla wszystkich model?
— Markiza była zła na pana.
— Nic podobnego. Twoja Markiza wystraszyła się. Zrozumiała, że pewnego pięknego dnia ją również można będzie zlikwidować. Ale jednocześnie była rada — zginęli niektórzy z jej konkurentów. Mam przy tym możliwość pocieszenia jej.
— Jak?
— Dawno temu obiecałem jej, że wyślę ją do Galaktycznego Centrum, gdzie poprawią jej ciało. W zamian będzie nam jeszcze wierniej służyła.
Wróciliśmy do betonowych budynków. Podbiegł Arseniusz i zaczął ocierać się o nogę sponsora — zaszczepiono w nim już miłość do sponsorów. Do wszystkich sponsorów. Widocznie we mnie szczepionka się nie przyjęła.
Sijniko potarmosił włosy Arseniusza.
— Nie odróżniam ich — powiedział. — Ale przyszłość Ziemi należy do nich. Ludzie nie powinni rozmnażać się jak popadnie. Każde dziecko powinno być zaprogramowane, żeby było przydatne dla nas. Dlatego ja osobiście jestem przeciwny działaniom gwałtownym. Po co zabijać? Za kilka dziesięcioleci Ziemia będzie idealną, harmonijną planetą. A gwarancją będą nasze stadniny.
Sijniko zadziwiająco dobrze mówił po rosyjsku, używając smakowitych słówek i zwrotów, bez akcentu, właściwego wszystkim sponsorom.
Wszedłem na schody i skierowałem się do willi.
— Co się dzieje? Dokąd idziesz? — krzyknął Sijniko.
— Mam dwa słowa do kucharek — odpowiedziałem.
Sponsor znalazł się w głupim położeniu — przecież nie mógł wejść do domu. Tak działo się ze wszystkimi sponsorami — im się wydaje że rządzą, ale nie mogą wejść ani do domu, ani do kopalni, ani — często — do fabryki słodyczy. Póki ludzie nie zostali wytrzebieni i nie wszystko na Ziemi zostało przerobione na modłę czterometrowych żab, ludzie będą żyli swoim życiem. Żegnaj, mój panie!
Poszedłem do kuchni i kazałem kucharkom, które jeszcze zmywały naczynia, żeby Leonorze dawano od dziś podwójną porcję jedzenia. Kucharki zaczęły coś pleść o kanciarzu — szefie zaopatrzenia, o wskazówkach pana sponsora, ale nie wdawałem się z nimi w dyskusje, rzuciłem tylko, że jutro sprawdzę wykonanie polecenia.
Ku mojemu zdziwieniu Sijniko czekał na mnie przy schodach.
— Kto to jest Leonora? — burknął.
Trzymał w ręku komunikator. Jasne — słyszał wszystko, co mówiłem. Komunikatory słyszą przez ściany. Znowu zbytnio uwierzyłem we własną przemyślność.
— Najpierw hodujecie mutanty, a potem zapominacie je karmić.
— Którego mutanta masz na myśli?
— Tę dwumetrową dziewoję. Nie rozumiem, do czego wam się przyda?
— Do czego? Odpowiem ci. Sprawa polega na tym, że jesteśmy, jak zdążyłeś zauważyć, bardzo emocjonalni. Musimy w jakiś sposób wyładowywać swoją energię. Wszelkie zawody, zwłaszcza z elementami walki, są dla nas bardzo interesujące. Zapobiegliwi ludzie oprócz walk gladiatorów pracują, i to z sukcesami, nad odrodzeniem, zapasów, boksu i koszykówki. A ponieważ kandydatek jest mało, postanowiłem, że mógłbym wyhodować własną drużynę koszykarską. Tam — wskazał piętro budynku — w inkubatorach leży dwudziestka takich gigantów. Nie może być tak, że ciągle zyski będą spływały od kieszeni ludzi. Czas brać wszystko w swoje ręce. Za dziesięć lat moje koszykarki podbiją świat i przyniosą mi miliony.
— Ile lat ma Leonora? — zapytałem.
— Dwadzieścia. Jest najstarsza — powiedział sponsor. — Dobrze, że pilnujesz, żeby kucharze nie kradli. Wy, ludzie, macie straszne skłonności do złodziejstwa. Nie ma dla was niczego świętego. Ciągle po coś wyciągacie łapy…
Sponsor zacisnął wargi, był przepełniony wstrętem.
To była ostatnia taka szczera rozmowa pana Sijniko ze mną.
Sponsor był zajęty w mieście, przylatywał późno. Od świtu wizytował laboratoria i pracownie projektowe. Pewnego dnia przyleciała śmigłowcem para sponsorów, wybrała i zabrała ze sobą hybrydę. Jeszcze przed tą wizytą wróciła pani Fujke; ignorowała mnie zawzięcie — no i dobrze, w każdym razie mogłem też nie zwracać na nią uwagi.
W czasie, jaki spędziłem w stadninie dla pupilków, odpocząłem, najadłem się za wszystkie czasy — kucharki bały się mnie, a ja nie wyprowadzałem ich z błędu.
Sijniko miał niezłą bibliotekę. Pozwolił mi przeglądać ilustracje w książkach z jego gabinetu. Wiedziałem, że przy całej swojej mądrości, Sijniko choruje na tę samą przypadłość co i reszta sponsorów — nie mógł dopuścić do siebie myśli, że pupilek może umieć czytać, przy tym nie tylko po rosyjsku, ale również w języku sponsorów.