Выбрать главу

Słowo honoru — nie jestem okrutny i nawet nie szarpałem w dzieciństwie kotów za ogon, przeżyłem wiele lat w świecie, którym rządzą sponsorzy, nie podejrzewając nawet, że wcale nie są naszymi dobroczyńcami, a grabieżcami i zabójcami! Ale nawet kiedy poznałem prawdę nie powstała we mnie żądza mordowania. W końcu — jak można zabić oświeconego i rozumnego pana Sijniko, który, ryzykując wiele, ukrywa mnie w stadninie!

Zrobiło mi się zimno. Poszedłem do siebie do boksu. Moi chorzy, którzy czuli się już lepiej i w dzień wyłazili pogrzać się w promieniach słoneczka, siedzieli przykrywając się jednym kocem i coś śpiewali. Na mój widok spłoszyli się i zamilkli. Wiedziałem, że śpiewy są zabronione, ale powiedziałem:

— Śpiewajcie, nie zwracajcie na mnie uwagi.

Ale już im się odechciało śpiewów. Powiedziałem, że zrobiło mi się zimno, i usiadłem obok nich. Dziwne radosne uczucie, które opanowało mnie na ulicy, nie opuściło mnie i tutaj. Z rozrzewnieniem patrzyłem na swój lazaret. Oto Arseniusz, chłopiec-amfibia, brązowooki, zawsze wesoły, przywiązał się do mnie, jak do starszego brata, i widziałem jak szczerzył zęby, kiedy za coś obsztorcowywała mnie pani Fujke. Obok niego, złożona we troje albo i we czworo, siedzi Leonora — niewiarogodnie wysoka dziewucha, cechą właściwą której jest zawstydzenie. Wstydzi się swojego wzrostu, swojej chudości, swoich oczu, swoich rąk, wstydzi się samego życia na tym świecie. Czasem maluchy drażnią się z nią, a ona cierpi. Całe jej życie jest karą, i myślę, że nie pociągnie tu długo, jeśli nie wyślą jej do jakiejś drużyny koszykarskiej, gdzie dokoła będzie miała takie same tyki. Trzecie istota — najmilsza i najmniej skancerowana z całej trzódki — Marusia-ptaszek. Przygotowywano ją na specjalne zamówienie jakiejś znacznej rodziny, w której wcześniej żyła papuga. Dlatego głowę Marusi pokrywają nie włosy, a białe pióra, a całe ciało pokryte jest puchem. Marusia ma również skrzydełka, ale malutkie i latać na nich się nie da.

— Kiedy będzie lato? — zapytała Marusia.

— Za miesiąc — odpowiedziałem.

— Żeby już się skończył ten przeklęty miesiąc — powiedziała Marusia.

Chociaż ma dopiero cztery lata Marusia ma opinię mądrali i czasem wyrzuca z siebie wieloznaczne i nie zawsze zrozumiałe dla otoczenia sentencje.

Już w ubiegłym tygodniu, kiedy cała trójka leżała u mnie złożona temperaturą, kaszląc i kichając, obiecałem im, że gdy tylko nadejdzie lato, namówię sponsora Sijniko, żeby puścił nas do lasu. Powędrujemy daleko i będziemy zbierali kwiaty i jagody; teraz więc moi podopieczni czekali lata jak święta. Patrzyłem na nich z radością i nie zauważałem ich okaleczeń. Jednocześnie wiedziałem, że są skazani na życie w charakterze zabawek istot, nie mających ani prawa, ani sumienia, żeby kaleczyć ludzi. A najgorsze, że kaleczą i zabijają nie ze złości, nie z powodu wrodzonego sadyzmu, a dlatego, że tak trzeba, tak jest wygodnie. Mniej więcej tak, jak ludzie hodowali różne rasy psów… Niedawno rozmawiałem z Ludmiłą, z którą stopniowo zbliżyliśmy się i zaczęliśmy ufać sobie nawzajem, więc zapytałem ją, czy współczesna biotechnika jest w stanie przywrócić maluchom normalny stan. Ludmiła rozpostarła ramiona i odpowiedziała, że szans na to jest mało. Aby zakodować w komórce określone zmiany wystarczą ziemskie laboratoria, ale zmienić wygląd i wewnętrzną budowę istot, już stworzonych i żyjących… do tego trzeba technologii, o której nie możemy nawet marzyć. „A sponsorzy?” — zapytałem. „Wątpię — powiedziała Ludmiła. — Sponsorzy wykorzystują cudze osiągnięcia — i to nie tylko ziemskie”.

To nic, powiedziałem do siebie, wypędzimy tych sponsorów i wtedy, braciszkowie, naprawimy was.

Właśnie tę chwilę jestem w stanie odtworzyć w pamięci: ciszę w boksie, oddechy dzieci, i własny stan. Wtedy zrozumiałem, że mam już w życiu cel — przepędzić z Ziemi sponsorów. Ponieważ jeśli my tego nie zrobimy, oni stopniowo wytrzebią wszystkich ludzi, albo — jeśli nawet nie wybiją do nogi — zrobią z nas pupili i niewolników.

Nie maiłem pojęcia, jak tego dokonam. Ale byłem przekonany, że los do tego celu wybrał właśnie mnie. Miałem pewność, wynikającą z niedomówień i aluzji sponsorów, że na Ziemi wybuchały już powstania i spiski przeciwko sponsorom. Ale upadały one z dwu powodów: albo sponsorzy na czas dusili powstanie, ale znajdował się zdrajca. To drugie zdarzało się o wiele częściej — w ciągu stu lat panowania braci w rozumie ludzie nauczyli sprzedawać się i istnieć w błogostanie, jak świnie w rzeźni — prowadzą je na rzeź, a one śpieszą się jeszcze nażreć albo policzyć się z innymi. Jesteśmy szczęśliwymi świniami w szczęśliwej rzeźni!

Drzwi odrobinę się uchyliły i usłyszałem głos:

— Tim.

— Kto tam? — poderwałem się.

— Wyjdź na chwilę.

Dzieciaki niespokojnie kręciły głowami, szeptały do siebie.

Wyszedłem na korytarz.

W gęstym mroku, z którym walczyła jedna jedyna żarówka, stała Ludmiła.

Pociągnęła mnie za rękę, w głąb korytarza, pod zakratowane okno.

— Tim, strasznie się boję — szepnęła.

— Mów.

— Sponsor Sijniko przyszedł do nas. Rozmawiał z Awtandiłem i profesorem. Mnie przepędzili z laboratorium. Nie spodobało mi się to, więc zaczęłam podsłuchiwać. Nie usłyszałam wszystkiego, ale rozmawiali o tobie.

— I co? — Starałem się wyglądać normalnie — że niby niech sobie gadają.

— Sponsor chce cię zabić.

— Jak?

— Otrują cię, otrują cię tak, że będzie to wyglądało na przypadek, dlatego że nasz sponsor jest humanistą. Będzie miał czyste ręce.

— Dziękuję ci — powiedziałem. — Ale chyba trochę przesadzasz. Po co miałby sponsor mnie zabijać?

— Wygląda, że mu przeszkadzasz. Muszę ci powiedzieć, że zdarzył się już tu taki przypadek. Nie wiem dlaczego, ale sponsorowi nie spodobał się doktor Hertz. Przestał być pokorny, chciał się zwolnić z laboratorium. A potem doktora znaleziono martwego. I powiedzieli, że się najadł trujących grzybów.

— Nie będę jadł grzybów — obiecałem biorąc Ludmiłę za rękę. — Obiecuję ci.

— Mogą wymyślić co innego.

— Będę ostrożny.

— Nie masz pojęcia, jacy oni są chytrzy!

Ludmiła była zdenerwowana. Wydawało się jej, że nie rozumiem grożącego mi niebezpieczeństwa. Była w błędzie — rozumiałem.

— Idź — powiedziałem. — Idź, póki nie zauważyli twojej nieobecności. Pogadamy jutro.

— Ale oni mogą do ciebie przyjść już dzisiaj w nocy.

— Niech przychodzą.

Odprowadziłem Ludmiłę do drzwi — pomknęła wzdłuż ściany. Miałem nadzieję, że nikt jej nie zauważy.

Miałem sporo do przemyślenia.

Stałem w zimnym pustym korytarzu.

Co oni mogą wymyślić? Czy naprawdę sponsor postanowił się mnie pozbyć? Kiedy? Pewnie jutro rano. Ale wszystko może się zdarzyć…

Wyjrzałem na zewnątrz i zerknąłem na gwiazdy. Było około dziesiątej. Stadnina już spała, ucichli przyszli pupilkowie; reflektory, tnące z góry ciemność, tylko podkreślały pustkę i ciszę.

Nie było na co czekać. Trzeba było działać.

Wróciłem do swojego boksu. Moi malcy, oczywiście, nie spali — cała trójka zaniepokojona i oczekująca mojego powrotu.

— Nic strasznego się nie stało — uśmiechnąłem się do nich. — Nie denerwujcie się. Ciocia Ludmiła powiedziała mi, że wychowawcy są źli, że tak długo mieszkacie u mnie. Chcą was za to ukarać.

— Nie chcę do pawilonu! — zawołał Arseniusz.