Выбрать главу

Mężczyzna wciąż się wahał, ale dziewczyna po prostu zrobiła krok w jego stronę tak, że musiał cofnąć się w głąb przedpokoju.

– No dobrze już – mruknął. – Po co te nerwy? Chodźcie do salonu.

W domu śmierdziało stęchlizną, niepranymi ubraniami i przypalonym obiadem. Ciemny korytarz o brudnych ścianach oświetlała tylko jedna goła żarówka. Magdzie coś chrupnęło pod butem, ale jakoś nie miała ochoty sprawdzać, co to było.

Weszli do salonu, który prezentował się tylko odrobinę lepiej niż przedpokój. Tapety, podobnie jak brązowa meblościanka i tandetny żyrandol, pamiętały jeszcze czasy komuny, a spod dywanu wystawało zielonkawe linoleum.

Magda posadziła Mateusza na starej wersalce i odwróciła się do Waldemara, który stanął w drzwiach.

– Żniwiarz? – zapytał, zapalając papierosa.

– Nie, człowiek. Zaatakował go dziki myśliwy.

– Myślałem, że on nie atakuje ludzi.

– Ja też – mruknęła dziewczyna. – Zajmie się pan nim?

Waldemar powoli skinął głową, a potem podszedł do Mateusza.

– Jak tam się trzymasz, chłopcze? – zapytał, odwiązując chustkę z jego nogi.

– A jak wyglądam? – zapytał ponuro Mateusz.

– Żarty się go trzymają. – Waldemar z uśmiechem odwrócił się do Magdy. – Czyli nie jest źle. Podaj mi nożyczki, dziecko.

Magda bezradnie rozejrzała się po pokoju.

– Na stole – westchnął Waldemar.

Dziewczyna podeszła do stołu i zaczęła przesuwać śmieci, stare gazety, jakieś szmaty i brudne talerze, aż w końcu jej palce zacisnęły się na nożyczkach.

– Mam nadzieję, że to nie były markowe spodnie – powiedział gospodarz i rozciął porwaną i zakrwawioną nogawkę, nim Mateusz zdążył zaprotestować. – No ładnie, mnie to wygląda na psie zęby. Nieźle cię załatwiły te przeklęte dranie. Mam nadzieję, że nie miały wścieklizny, co? – zerknął na Magdę.

– Przecież to były diabelskie psy. Wątpię, żeby miały wściekliznę, ale coś innego…

– Może trupi jad? – zasugerował Waldemar. Wciąż trzymając papierosa w ustach, z akademickim zainteresowaniem przyglądał się ranie na łydce Mateusza, który nagle poszarzał na twarzy. – Nie martw się, gdyby to był naprawdę trupi jad, już byś nie żył – zapewnił mężczyzna, klepiąc go w udo. – Tak przynajmniej mi się wydaje.

Magda skinęła głową.

– To ja pójdę umyć ręce czy coś – stwierdził Waldemar i wyszedł z pokoju.

– Co to za facet?! – syknął Mateusz, podnosząc się nieco na wersalce, tak jakby chciał stąd uciec. – Mogliśmy już jechać na to pogotowie, coś byśmy im ściemnili!

– Spokojnie, Waldemar to prawdziwy lekarz. Ma papiery i wszystko…

Lecz Mateusz wcale nie wyglądał na uspokojonego. Magda mogłaby przysiąc, że nawet odrobinę zzieleniał na twarzy.

– To znaczy miał papiery, zanim go zwolnili – dodała ciszej dziewczyna.

– Zwolnili?! Za co?

– Za bycie nieuprzejmym wobec pacjentów.

Waldemar wrócił i na stoliku obok wersalki zaczął rozkładać różne przedmioty. Kiedy skończył, wyprostował się i z zadowoleniem kiwnął głową, a potem nalał wódkę do kieliszka, który opróżnił jednym haustem.

– No i picie – dodała bezgłośnie Magda, po czym uśmiechnęła się przepraszająco.

Mateusz ze świstem wypuścił z płuc powietrze.

Waldemar ponownie napełnił kieliszek i wyciągnął go w stronę Magdy.

– Jestem kierowcą. – Pokręciła głową.

– No i? Co to szkodzi? – Mężczyzna wzruszył ramionami, po czym wcisnął kieliszek Mateuszowi. – Ty nie kierujesz, więc nie protestuj. Masz szczęście, że ostatnio zamówiłem nici chirurgiczne, bo inaczej musiałbym użyć wędkarskiej żyłki. Daję słowo, ten Internet to jedyna dobra rzecz w tych czasach. – Zaczął rozrywać opakowanie z nićmi.

– Może założy pan rękawiczki? – zasugerowała Magda.

Waldemar spojrzał na nią krytycznie.

– Dziecko, czy ja wtrącam się i mówię wam, jak mordować upiory? – zapytał niemal uprzejmie. – Nie? A więc siadaj na fotelu i trzymaj tę śliczną buźkę zamkniętą.

– Trupi jad – powiedziała Magda, siadając.

Lekarz zawahał się, ale po chwili założył jednorazowe rękawiczki.

– Niech ci będzie. Przynajmniej się niczym nie zarażę.

Mateusz jęknął cicho i nieznacznie odsunął się od lekarza.

– A ty mi nie uciekaj. – Waldemar złapał go za nogę. – Nie ma sensu, żebym dawał ci znieczulenie. To tylko kilka szwów, przeżyjesz.

Magda już otworzyła usta, żeby zaprotestować, ale lekarz uniósł ostrzegawczo wskazujący palec.

– Co ci mówiłem? – odezwał się, nawet na nią nie patrząc. – Masz siedzieć cicho. Te znieczulenia kosztują, a poza tym nie są wcale takie bezbolesne. Duży chłopak jesteś. I widzę, że masz na sumieniu niejedno. – Wskazał brodą blizny po oparzeniach na przedramieniu Mateusza.

Chłopak gwałtownie zsunął rękawy bluzy, zasłaniając ślady oparzeń.

– No i czego się krygujesz? Każdy jako dzieciak bawił się ogniem.

Magda przymknęła oczy, mając nadzieję, że Waldemar nie będzie ciągnął tematu.

– Mam znajomego, który mając trzy lata, wylał na siebie wrzątek – ciągnął Waldemar, pryskając jakimś sprejem na ranę Mateusza. – Cały oblazł ze skóry, na ramionach i klatce piersiowej. Teraz wciska dziewczynom, że jako dorosły facet ratował dziecko z pożaru.

Magda złapała się za czoło, zastanawiając się, jak przekazać lekarzowi, że to delikatny temat, ale na nic nie wpadła, a Waldemar ciągnął kolejne opowieści o poparzeniach, przygotowując nić połączoną z wykrzywioną igłą oraz dwa imadła chirurgiczne.

– Ale najgorszy to jest plastik – kontynuował lekarz. – Taki mocno rozgrzany potrafi wtopić się w ludzką skórę…

Magda dyskretnie przysunęła fotel do wersalki na tyle, aby mogła przypilnować, by lekarz nie zrobił krzywdy jej chłopakowi.

Mateusz zaś z mocno zaciśniętą szczęką, głuchy na opowieści lekarza, wpatrywał się w zaszywaną ranę.

– No, wystarczy! – ocenił Waldemar, wyjmując z ust resztki papierosa. – A te dwie mniejsze zakleję ci stripami.

– Czym? – zapytał nieco nieprzytomnie chłopak.

– Paskami do zamykania ran. Są tańsze, a też dobrze trzymają.

Uwinął się z nimi w minutę, a po skończonej pracy zdjął rękawiczki, które rzucił w kąt pokoju i ponownie napełnił wódką dwa kieliszki, jeden podając swojemu pacjentowi.

– Żeby się dobrze goiło! – Uniósł kieliszek w górę, a potem go opróżnił. – A, zapomniałbym. Masz krew świętego Jana? – zwrócił się do Magdy.

– Co? – zapytał Mateusz, ale został zignorowany.

– Nie mam. – Magda pokręciła głową.

– I że niby mam z własnych zapasów…?

– Jak będę miała chwilę, to przywiozę panu nową – obiecała znużona Magda.

– Niech ci będzie, ale tylko dlatego, że cię lubię. W przeciwieństwie do twojego pieprzniętego wujka. – Waldemar wyjął z szafki szklaną butelkę pełną przeźroczystego płynu.

– Teraz przedstawiam go jako mojego kuzyna – poprawiła odruchowo Magda.

– Co go załatwiło?

– Upiór i trupi jad – odparła z odrobiną mściwej satysfakcji.

Waldemar z obrzydzeniem wytarł ręce o spodenki, a potem napełnił jeden kieliszek płynem z butelki.

– Nie chcę już wódki – mruknął Mateusz.

– To nie wódka. Tego, chłopcze, nie uczą w żadnej szkole medycznej. A powinni – dodał, kiwając głową. – Kiedy kończyłem medycynę, nikt mi nie mówił, że bywają rany gorsze od tych, które zdarzają się na ostrym dyżurze. Pij.

Mateusz wychylił kieliszek.

– To tylko woda – powiedział zdziwiony.

– Woda wielkanocna wymieszana z krwią świętego Jana – poprawił lekarz. – Choć jest brudna, z bakteriami i zarazkami, może wyleczyć rany zadane przez te przeklęte upiory. Szkoda, że nikt mi o tym nie powiedział, jak zaczynałem praktykę. Może bym uratował tamto dziecko…

– Przecież Feliks już panu tłumaczył, że na trupi jad nie ma lekarstwa – powiedziała Magda.

– A powinno być – mruknął Waldemar, po czym bezceremonialnie wylał trochę wody z butelki na rany Mateusza.

Chłopak syknął nieco zaskoczony i opuścił obie stopy na podłogę.

– My chyba powinniśmy już jechać, co? – Spojrzał błagalnie na Magdę.