Выбрать главу

Dziewczyna kiwnęła głową, choć nie miała pojęcia, jak powinna odstawić go do domu, ani co powiedzieć jego wujostwu.

– Poczekaj, dam ci jeszcze coś przeciwbólowego. – Waldemar wyjął z szafki pudełko z tabletkami i podał mu dwie. – A my powinniśmy się rozliczyć – zwrócił się do Magdy. – Oczyściłem mu rany, zszyłem, zakleiłem plastrami, dałem własną wodę…

– Oj nie, panie Waldemarze. – Dziewczyna pokręciła głową. – Nie tym razem.

– Niby dlaczego nie?! – oburzył się. – Usługa lekarska jak każda inna, tylko bez kłopotliwych pytań!

– Czyżby zapomniał pan już, jak rok temu Feliks zabił zmorę, która męczyła pana prawie co noc? Pomijając kwestię zaopatrywania pana w krew świętego Jana, wodę wielkanocną i suszone zioła.

Waldemar skrzywił się lekko.

– Miałem nadzieję, że nie powiedział ci o tej zmorze – mruknął zawiedziony.

– Przykro mi. – Uśmiechnęła się nieznacznie.

– Ten Feliks ma szczęście, że cię ma. – Lekarz również się uśmiechnął. – Ja nie wiem, jak on żył przed twoimi narodzinami.

– Z trudem. Mateusz?

Odwróciła się do przyjaciela, ale ten leżał na wersalce pogrążony w głębokim śnie.

– Mateusz? – Potrząsnęła jego ramieniem. – Co pan mu podał?!

– Tabletki nasenne. – Waldemar wzruszył ramionami. – Taki byczek, to dałem mu od razu dwie. I tak długo wytrzymał. Myślałem, że szybciej go poskłada.

– Ale dlaczego? – jęknęła Magda. – Jak ja mam zapakować go teraz do samochodu?

– Wcale. – Waldemar podszedł do stołu i odszukał na nim niedojedzony kawałek pizzy, który wsunął do ust i zaczął przeżuwać. – Nie wiem, co wy dzisiaj razem robiliście, ani po co ciągnęłaś go na polowanie, ale widziałaś, jak ten chłopak wygląda? Jest poobijany, jakby cały ten myśliwy wlókł go po ziemi przez dobrych kilka kilometrów.

Magda ponownie spojrzała na Mateusza pogrążonego we śnie.

– No trochę go sponiewierało… Ale to nie moja wina! Nie mogłam się spodziewać diabelskiej jachty! I sam chciał jechać. A poza tym te rany nie są aż takie poważne – dodała, próbując się usprawiedliwić.

– Wy to w ogóle nie macie sumienia – stwierdził Waldemar i wyszedł do kuchni.

– Słucham?! – Magda podreptała za nim. – I to mówi pan?!

– Kawy? – Lekarz wstawił czajnik na kuchenkę. – Wcześniej nic o nim nie słyszałem, więc mogę chyba założyć, że znacie się dopiero od niedawna, tak?

Magda niechętnie skinęła głową.

– A więc też dopiero wciągnęliście go do tego swojego świata… – kontynuował Waldemar, sypiąc kawę do kubków.

– To nie my, to był przypadek – odparła Magda, nagle zdając sobie sprawę, że stało się to zaledwie przed dwoma dniami. – Ratowałam jego kuzyna przed bezkostem.

– Jeszcze lepiej – mruknął mężczyzna. – Dziwię się, że ten chłopak chce jeszcze z tobą rozmawiać. Bo ja na przykład, gdybym na samym początku znajomości z wami wiedział, co mnie czeka, w życiu nie wpuściłbym was do mojego domu.

– Niech pan nie przesadza. – Magda z rezygnacją opadła na krzesło. – To nie nasza wina, że pana pacjenta dręczył upiór. A Feliks pomógł.

– Szkoda tylko, że nie tamtemu chłopakowi. Ale ty byłaś wtedy za młoda, żeby w tym uczestniczyć.

– I uważa, że nadal jestem.

– I ma rację. Pamiętaj, że nie jesteś nieśmiertelna. Ani ty, ani twój przyjaciel. – Waldemar zerknął na ścianę, za którą spał Mateusz. – Ostatnie, czego dziś jeszcze potrzebował, to jazda samochodem do domu, gdzie, nie daj Boże, jego rodzice zaczęliby się wypytywać, co się stało.

– On nie ma rodziców – mruknęła Magda, a potem przy gorącej i mocnej kawie opowiedziała lekarzowi historię Mateusza, czując przy tym lekkie wyrzuty sumienia, że zdradza cudzą tajemnicę.

– No, to wiele wyjaśnia – uznał Waldemar, gdy jej wysłuchał.

– Słucham?

– Chłopak czuje się winny, więc karze teraz samego siebie. I jest gotów ryzykować życie w starciu ze stworami, których nawet nie rozumie, bo uważa, że powinien był zginąć razem z dziadkami.

Magda nic nie odpowiedziała, tylko zapatrzyła się w kubek z zimną już resztką kawy. Stary lekarz potrafił jednak dobrze odgadnąć, co kieruje ludźmi. Od kilku dni ona sama zastanawiała się, dlaczego właściwie Mateusz chce jeszcze ją znać. Nie dziwiło jej to, kiedy jeszcze myślał, że jest normalną dziewczyną. Ale teraz? Nie dość, że nie zerwał z nią kontaktu, to jeszcze z własnej woli chciał jej pomóc w walce z martwcem. Teraz już wiedziała, dlaczego.

– Ale trzeba mu przyznać, że twardy z niego zawodnik. – Waldemar wyrwał ją z zamyślenia.

– Czyli uważa pan, że powinnam zerwać z nim kontakt i pozostawić go w świecie bez nawich? – zapytała po chwili Magda.

– Dziecko, ty mnie w ogóle nie słuchasz – westchnął Waldemar. – Jedyne, co chciałem ci powiedzieć, to to, że ten chłopak potrzebuje porządnego snu w miejscu, gdzie nikt nie będzie zadawał mu zbędnych pytań. A co będziecie robić potem, razem ścigać upiory, zmory, czy inne cholerstwa, to już wasza sprawa. Nie jestem psychologiem. Możliwe, że wypędzanie duchów mu pomoże, ale daj mu choć trochę odsapnąć.

– Ma pan rację – przyznała Magda, kończąc kawę.

– Jak zwykle.

– Nie sądzę – odparła, wstając z krzesła.

– A ty dokąd?

– Muszę powiadomić jego wujostwo, dlaczego nie wrócił na noc do domu.

– A to jest akurat proste. Jest w końcu z dziewczyną, co nie? – Waldemar puścił do niej oko, na co Magda się zaczerwieniła.

Mateusz nadal twardo spał na wersalce. Wyjęcie telefonu z kieszeni jego bluzy nie stanowiło więc żadnego problemu.

Magda odblokowała go i ujrzała na wyświetlaczu dwa nieodebrane połączenia od jego cioci oraz smsa od wujka: „I jak? O której wracasz?” Do tego dodał buźkę puszczającą oko.

– Nie wierzę – powiedziała cicho.

Co im napisać? – zastanawiała się, a po chwili uznała, że Waldemar miał rację. Wymówka, że jest z dziewczyną, będzie najlepsza. I nawet nie było to kłamstwem, tylko pominięciem prawdy, że razem przepędzali martwca, a potem napadł na nich dziki myśliwy.

„Jestem z Magdą” – napisała. – „Pomogłem jej w przeprowadzce, a teraz rozmawiamy. Nie wiem, o której będę.”

– Jestem okropnym kłamcą – mruknęła, naciskając „wyślij”. – I nie wiem, jak ja spojrzę jego cioci w oczy.

Ponownie zerknęła na Mateusza pogrążonego we śnie.

– Przepraszam, że cię w to wciągnęłam – szepnęła.

Wzięła z fotela lekko zatęchły koc i przykryła nim chłopaka.

– Dobrych snów – powiedziała i pocałowała go w czoło.

W podłym nastroju wróciła do kuchni.

– Gdzie mogę spać? – zapytała.

– Na górze, pierwsze drzwi po prawej – odparł Waldemar.

– Dziękuję – odpowiedziała.

– Magda? – powiedział lekarz, zatrzymując ją w drzwiach.

– Tak? – Spojrzała na niego przez ramię.

– Ja się na tym nie znam, ale z tego, co kiedyś usłyszałem od Feliksa… Skoro chłopak zobaczył bezkosta, prędzej czy później i tak zacząłby zauważać te rzeczy. To nie twoja wina. Ma szczęście, że wchodzi w ten świat, mając ciebie u boku. A ta łydka to nic, przewróciłby się na szkło i miałby gorszą ranę.

– Dzięki, doktorze. – Uśmiechnęła się smutno. – Dobranoc.

Wspięła się na piętro i odszukała łazienkę. Odkręciła wodę w kranie i wsunęła dłonie pod ciepły strumień. Dopiero teraz zauważyła, że na palcach ma resztki czarnej mazi, którą były usmarowane drzewa w lesie.

– Co to było? – zastanowiła się, szorując dłonie mydłem.

Gdy doprowadziła się do porządku, poszła do pokoju i w ubraniach położyła na łóżku, przykrywając się starym kocem.

Gdzie podział się dziki myśliwy? – zastanawiała się, przysypiając. A jeśli ta maź to były resztki po nim? Co mogło tak go załatwić?

¢

Feliks przysiadł na krawężniku i czekał. Cała ulica cuchnęła zmorą. W takie noce, gdy potwór wychodził z ukrycia w poszukiwaniu krwi, człowieka ogarniały ciarki, zwierzęta się niepokoiły: psy chowały się w budach, bydło milkło w oborach, a koty zaprzestawały szwendania się po cudzych ogródkach. Nawet najbardziej nieczuła na nawich osoba wiedziała, że coś jest nie tak.