Było po północy, kiedy w ciemną uliczkę skręciło kilku rozbawionych imprezowiczów. Nagle zamilkli i przyspieszyli kroku, jakby podświadomie chcieli znaleźć się jak najdalej od tego miejsca. Choć Feliks był sam, zeszli na drugą stronę ulicy, żeby nie przechodzić tuż obok niego.
Wtem żniwiarz zobaczył jasny kształt w oddali. Imprezowicze mijali go w pośpiechu, w ogóle go nie widząc.
– Czekałem na ciebie – powiedział Feliks, nożem przecinając sobie skórę na ramieniu.
¢
– Jeszcze raz, co robiliśmy wczoraj? – zapytała kierująca samochodem Magda.
– Wypędziliśmy… Jak ty go nazywasz? A, martwca – odparł Mateusz. – Potem napadł na nas dziki myśliwy z diabelską jachtą i poniósł mnie na północ…
– To nie jest zabawne – warknęła. – Co powiesz swojemu wujkowi?
– Pomagałem ci w przeprowadzce – odparł wyuczonym tonem. – Potem pojechaliśmy za miasto na taką wysoką górę, skąd było widać mój dom. Widok był niesamowity. Ale tobie wypadł telefon, więc skoczyłem naprzód, żeby go ratować, osunąłem się w dół i trafiłem na szkło. W ogóle co za ludzie mieszkają w Wiatrołomie i w takich romantycznych miejscach robią wysypiska śmieci… No i pocięło mi łydkę, więc zawiozłaś mnie na pogotowie. A że nie chciałem martwić cioci, to postanowiłem zostać u ciebie na noc i dopiero dziś na spokojnie wszystko im wyjaśnić.
Magda z aprobatą skinęła głową i skręciła w lewo.
– Sama bym w to uwierzyła – uznała.
– A ten lekarz nie wścieknie się, że nie zapłaciliśmy mu za usługę? – zapytał Mateusz.
– Jak już mówiłam, to dobry człowiek, choć dość szorstki w obyciu. A poza tym zostawiłam mu na stole pięćdziesiąt złotych. Jak będzie robił porządki w tym swoim chlewie, to je znajdzie. Gdzie cię zostawić? Pod domem?
Mateusz zastanawiał się przez moment.
– Pod domem – oceniła Magda. – Przecież ledwie chodzisz.
– Bo to było ostre szkło. I miało wiele zębów – zażartował Mateusz, za co zgromiła go spojrzeniem. – Oj nie denerwuj się. Nic mi nie będzie, jutro już będę normalnie chodził. Powiesz mi, co znaczy: „przed roznoszeniem mleka”?
– Słucham?
– Wujek przecież kazał mi wczoraj wracać przed roznoszeniem mleka.
– Ach, to. Myślałam, że wszyscy tak mówią.
– Nie sądzę.
– Kiedyś roznosili w Wiatrołomie mleko między piątą a szóstą rano.
– Aha, więc jestem trochę spóźniony. – Mateusz zerknął na zegarek.
– Nie martw się, ja też – odparła Magda. – Ale mam wrażenie, że ani twoje wujostwo, ani moi rodzice nie będą nam robić z tego powodu wyrzutów.
Zaparkowała samochód przed garażem Mateusza.
– Dziękuję ci za pomoc – powiedziała, kiedy wysiedli. – I przepraszam za to. – Zerknęła na przeciętą nogawkę jego spodni, spod której wystawał bandaż.
– Nie ma problemu, a tym się nie przejmuj. – Objął ją ramionami i przyłożył policzek do jej głowy. – Naprawdę cieszę się, że cię spotkałem – powiedział, po czym pocałował ją w czoło.
– Ja też – szepnęła Magda, czując jak jej tętno przyspiesza, a na policzkach wykwitają rumieńce. – Wypocznij dobrze i uważaj na te rany – dodała, nie mogąc się powstrzymać.
– Dobrze – odparł Mateusz, uśmiechając się pod nosem. Magda jeszcze raz, choć na sekundę przywarła do niego, a potem szybko odeszła, mając nadzieję, że nie spotka przypadkiem jego wujostwa.
Odetchnęła dopiero, gdy znalazła się ulicę dalej i wtedy niemal zderzyła się z Aleksem.
– Co ty tu robisz?! – naskoczyła na niego.
– Wracam ze szkoły, wcześniej skończyliśmy lekcje – odparł nieco zaskoczony chłopak. – A ty?
– Odwiozłam Mateusza do domu – powiedziała cicho.
Aleks uśmiechnął się pod nosem.
– Co się tak cieszysz? – warknęła.
– Nie, nic, tylko dziś przy śniadaniu tata mówił, że Mateusz to… to taki obrotny chłopak.
Magda przymknęła oczy, mając nadzieję, że zaraz zapadnie się pod ziemię.
– Ale ja wiem, co wy robiliście – powiedział rezolutnie chłopiec.
– Tak?
– Walczyliście z upiorami. Takimi jak tamten na torowisku.
– Aha. Może zatrzymaj to dla siebie i nie mów nic rodzicom, dobrze?
Aleks pokiwał głową.
– Widziałeś jakichś nawich ostatnio? – zagadnęła, przypominając sobie słowa Mateusza, że chłopiec wciąż ma koszmary.
– Znaczy upiory, duchy i inne stwory? – zapytał, rozglądając się nerwowo. – Nie wiem. Kiedy jest ciemno mam wrażenie, że wszędzie czają się takie potwory, jak ten na torowisku. Mateusz mówi, że tylko mi się wydaje, że nie ma ich na świecie aż tylu, żebym wciąż je widział.
Magda uśmiechnęła się.
– Nie przejmuj się. To normalne, że wszędzie się ich doszukujesz.
– Czy to prawda, że będę widział je już do końca życia?
Dziewczyna pokiwała głową.
– Ale nie martw się, to nie jest takie straszne – zapewniła. – A w razie czego wiesz, gdzie szukać pomocy – powiedziała i puściła do niego oko. – Wpadnij kiedyś do mnie, dam ci zioła odstraszające nawich. Wiesz, gdzie Feliks i ja mieszkamy?
– Każdy wie. – Uśmiechnął się słabo chłopiec.
– To do zobaczenia.
– Cześć. – Nastolatek poprawił wypchany plecak i minął ją.
Skubany! Szybko doszedł do siebie – pomyślała Magda. Co prawda skończyło się to dla niego koszmarami, ale przynajmniej nie wylądował w psychiatryku.
Niektórzy ludzie, w szczególności ci młodzi, w zaskakującym tempie potrafią przejść do porządku dziennego nad takimi rzeczami, jak istnienie nawich.
– Albo to u nich po prostu rodzinne – mruknęła do siebie.
Minęły zaledwie trzy dni od wydarzeń na torowisku, a dwa od tego, gdy Mateusz był świadkiem śmierci Nadii, nie mówiąc już o poprzednim wieczorze. Trochę ją dziwiło, z jakim spokojem przyjął to wszystko.
– Najwyraźniej muszę mu się bardzo podobać – powiedziała na głos, starając się nie myśleć o teorii Waldemara na temat Mateusza. Mimowolnie się uśmiechnęła. Dzień od razu wydał się ładniejszy i bardziej słoneczny.
– Jeśli nie ucieknie przed moją rodzinką na jutrzejszym grillu, to znaczy, że jest tym jedynym – rzuciła pół żartem, pół serio.
Do księgarni dotarła spóźniona o kilka godzin, ale wystarczyło, że wspomniała tylko o Mateuszu, a mama przestała jej suszyć głowę.
Potem zadzwoniła do Feliksa, ale ten wciąż kręcił się po Brzeźnicy i nie bardzo chciał z nią rozmawiać.
Akurat tego dnia była dostawa i Magda znów musiała dźwigać ciężkie kartony z książkami. Wolała zrobić to sama, bo od dłuższego czasu mama narzekała na kręgosłup.
Kiedy tylko poustawiały książki na półkach, mama wcisnęła Magdzie w rękę listę zakupów – tym razem prawdziwą – oraz kluczyki do samochodu i wysłała do sklepu.
Magda, wcale się nie spiesząc, zrobiła zakupy, zatrzymała się na pizzę i dopiero wtedy wróciła do księgarni.
– Gdzieś ty była tyle czasu? – naskoczyła na nią mama.
– Gdybyś nie planowała grilla dla całej armii, to może poszłoby mi szybciej – odgryzła się.
– Nie bądź taka cwana, wiem, że byłaś na obiedzie.
– Nic się przed tobą nie ukryje, co? – Dziewczyna pokręciła głową. – Możesz już iść do domu i zająć się tą toną jedzenia, ja zamknę księgarnię.
Do wieczora przyszło jeszcze tylko kilka osób, które wyłącznie się rozglądały, nic nie kupując. No i jeden licealista, który szukał „zielonej książki od biologii”.
– Szybko się obudziłeś – mruknęła Magda, pokazując mu kolejne „zielone książki od biologii”.
– Nauczycielka powiedziała, że jeżeli nie będę miał podręcznika, to mnie nie przepuści do następnej klasy – pożalił się. – To ta. Chyba.
– Powodzenia – powiedziała Magda, wydając mu resztę i paragon.
A kiedy tylko zadzwonił za nim dzwonek przy drzwiach, zabrała się do ścierania kurzy i zamiatania podłogi, żeby zamknąć równo o osiemnastej. Zamierzała odwiedzić Mateusza i sprawdzić, jak się czuje.