– Daj sobie już z tym spokój na dziś – powiedziała. – Przecież ledwo stoisz na nogach. Na mnie już pora. – Wstała z krzesła i narzuciła na ramiona kurtkę.
– Poczekaj, odwiozę cię. – Mateusz wcisnął krzyżyki wokół ostatniej płytki i pozbierał się z klęczek. – Dla mnie to tylko chwila, a nie będę się martwił, że idziesz sama po ciemku przez miasto – dodał, widząc, że dziewczyna zamierza zaprotestować. – A noga wcale mi nie przeszkadza.
Na dworze panowała duchota. Niebo w oddali rozbłysło.
– Wsiadaj, zanim zacznie lać. – Mateusz otworzył drzwi do samochodu.
Gdy zajechali pod dom Feliksa, o szybę zaczęły rozbijać się coraz większe krople.
– Patrzcie, kto wrócił z moim samochodem – rzuciła ironicznie Magda. – I jeszcze krzywo zaparkował. Jak zarysował lakier, to go uduszę – zagroziła, wysiadając z auta. – Dzięki za podwózkę. Do zobaczenia jutro na grillu. – Pochyliła się w otwartych drzwiach i pocałowała go w policzek. – Nie spóźnij się.
– Będę na czas, obiecuję. Do zobaczenia.
Magda zamknęła drzwi. Chwilę potem błysnęło i po niebie potoczył się grzmot.
– Całkiem blisko – oceniła, biegnąc do domu. – Cześć! – krzyknęła, wieszając w korytarzu mokrą kurtkę.
Odpowiedziała jej cisza. Ruszyła więc w stronę salonu, skąd wylewało się światło świec. Feliks uwielbiał świece, twierdził, że przy sztucznym świetle nigdy nie może się skupić. A burzę zawsze wykorzystywał jako wymówkę do pogaszenia wszystkich sprzętów elektrycznych w całym domu.
Tak jak podejrzewała, zastała żniwiarza w jego ulubionym fotelu, zapatrzonego w ciemność za oknem. Na stoliku obok stało kilka świec i ciemnozielona butelka.
– Co w niej jest? – zapytała dziewczyna, siadając na kanapie.
Za oknem błysnęło, a w pokoju na ułamek sekundy zrobiło się jasno niczym w dzień.
Feliks spojrzał na dziewczynę. Magda nie nauczyła się jeszcze czytać emocji z jego obecnej twarzy, ale nie można było nie zauważyć zmęczenia, które na niej gościło.
– Zmora – powiedział.
Magda przyjrzała się bliżej butelce. W środku leniwie krążył mały obłok szarego dymu, a gdy przyłożyła do niej ucho, usłyszała ciche kwilenie.
– Dlaczego jeszcze się jej nie pozbyłeś? – zapytała, ale Feliks tylko wzruszył ramionami. – Mogłeś po drodze nawet wrzucić ją do jakiegoś jeziora.
– Przecież wiesz, że ogień jest lepszy.
– Rozpalę w piecu. – Magda bardzo ostrożnie wzięła butelkę w obie ręce i zeszła do piwnicy.
Nawet na dole słyszała ulewę i grzmoty. Z kartonu wyjęła drzazgę smolną i szybko rozpaliła ogień, ale musiała jeszcze chwilę poczekać, aż w piecu zrobi się naprawdę gorąco, a żar będzie wystarczający, aby pozbyć się zmory raz na zawsze.
Ponownie zerknęła na butelkę ustawioną na ziemi. Dym w środku burzył się coraz gwałtowniej, jakby przewidywał, co go czeka.
Oczywiście, tak jak wcześniej mówiła Magda, według ludowych wierzeń można było przywiązać do butelki kamień i wrzucić ją do wody, ale to nie działało definitywnie na zmorę, która pewnego dnia mogłaby stamtąd uciec. A po wielu latach przebywania w zamknięciu byłaby naprawdę głodna i spragniona krwi.
– Wiesz, że ludzie kiedyś wieszali martwą srokę nad drzwiami stajni, żeby zmora nie ukradła im konia? – Feliks zszedł do piwnicy i usiadł na schodach.
– Zmora na koniu?
– Też tego nie widzę. Chociaż pewnie chodzi o te ich długie, pokraczne kończyny. Ciężko z takimi szybko się poruszać. A wiara ta z całą pewnością była na rękę wszystkim koniokradom.
– W to akurat mogę uwierzyć – prychnęła Magda. – Ludzie zawsze uwielbiali zrzucać całą winę na demony i upiory. Chociażby taki browarniczek. Kiedy w sztok pijany facet wracał do domu nad ranem, o wiele łatwiej było powiedzieć do żony czekającej z wałkiem w garści: „kochanie, to nie moja wina, to wszystko browarniczek, to on kazał mi pić”.
Feliks pokiwał głową w zamyśleniu.
– Myślisz, że wystarczy? – zapytała Magda, otwierając drzwiczki od pieca.
Żniwiarz spojrzał na ogień buchający ze środka i skinął głową.
Dziewczyna ostrożnie wzięła do rąk butelkę i wrzuciła ją do pieca. Odruchowo wytarła z obrzydzeniem ręce o spodnie. Nie znosiła zmor, tego, jak żerowały na ludziach, wysysając im krew. Gdy była dzieckiem, coś obudziło ją w środku nocy. Ze strachem podeszła do okna i zobaczyła na ulicy bladego potwora idącego koślawo na zbyt długich nogach. Tak się przeraziła, że z krzykiem uciekła do rodziców i nie zmrużyła oka do rana.
Z pieca dało się słyszeć coraz szybsze i głośniejsze klekotanie. Magda na wszelki wypadek odsunęła się o kilka kroków. Wtem rozległ się straszliwy wrzask, a butelka z hukiem pękła na drobne kawałki.
Przez chwilę Magda wpatrywała się w piec, jakby obawiając się, że zmora wylezie ze środka, choć wiedziała, że stwór już nie żyje.
– Teraz możesz mi powiedzieć, czego się dowiedziałeś. – Odwróciła się do Feliksa.
Żniwiarz przez chwilę walczył sam ze sobą, nie będąc pewnym, czy powinien dzielić się wszystkimi odkryciami z Magdą.
– Coś się dzieje – powiedział powoli.
– To żeś dowalił. – Dziewczyna wywróciła oczyma, ale widząc jego minę, szybko spoważniała. – To znaczy? Co masz na myśli?
– Znalazłem miejsce, gdzie Nadia się zatrzymała. Ktoś na nią napadł. Możliwe, że jednego zabiła, ale później ktoś posprzątał kawał popsutego mięsa zamiast ciała. A jedna emerytka widziała, jak dwóch rosłych mężczyzn pakuje ją do samochodu.
– Rosłych mężczyzn? Przecież…
– Powinna była sobie z nimi poradzić – dokończył za nią.
– Może była chora? Albo ranna?
– Może.
Nagle Magdę zaczęła boleć głowa. I to mocno.
Potarła palcami skronie.
– Nie rozumiem – westchnęła.
– Jeszcze nigdy się z czymś takim nie spotkałem – przyznał Feliks.
– Nadia mówiła, że ktoś ich… was, jeżeli miała na myśli żniwiarzy, morduje.
– Nie można zamordować żniwiarza – zdenerwował się Feliks, zrywając się ze schodów.
Ruszył na górę, a Magda podążyła za nim.
– Mylisz się. Nie można zamordować duszy żniwiarza, ale jego ciało owszem. A jeśli gdzieś znalazła się jakaś sekta lub organizacja, która zaobserwowała waszą aktywność i wbiła sobie do głów, że trzeba was unicestwić? Może wcale nie wiedzą, że po śmierci znajdujecie nowe ciało?
Feliks w zamyśleniu nie odrywał wzroku od ciemnego okna, po którym ściekały krople wody. Co jakiś czas rozlegał się grzmot.
– Ale jak się dowiedzieli? – zapytał.
– O to akurat nie trudno. Pomyśl! Wszędzie są kamery, tak wiele można znaleźć w Internecie. Nie jesteście przyzwyczajeni do takiego ukrywania się, jakiego wymagają nasze czasy. Większość z was żyje jeszcze poprzednim stuleciem! – wyrzuciła z siebie Magda, zataczając dłońmi półokrąg w powietrzu.
Żniwiarz chciał zaprotestować, ale dziewczyna – jak zwykle – trafiła w dziesiątkę. O wielu jego zachowaniach decydowało ciało, które zajmował, ale gdzieś tam na dnie umysłu zawsze tkwił Feliks, który urodził się sto pięćdziesiąt lat temu i zginął od cięcia szablą. Może ktoś obcy rzeczywiście nauczył się rozpoznawać żniwiarzy?
– A co słychać w domu? – zapytał, żeby zmienić temat.
– Martwiec w Przyjaźni – powiedziała Magda, mając nadzieję, że Feliks nie będzie się na nią wściekał.
– Słucham?!
– Trzeba było usunąć martwca w sklepie w Przyjaźni.
– Panie, zlituj się nade mną – westchnął Feliks. – I co dalej?
Magda ze szczegółami opowiedziała o wydarzeniach poprzedniego dnia.
– Co się mogło stać z tym dzikim myśliwym? – zapytała na koniec. – Po prostu zniknął. A na pniach drzew była ta czarna maź.
– Nie wiem. – Feliks pokręcił głową. – Nigdy z czymś takim się nie spotkałem.
– No i ci cieniści… – zastanowiła się Magda.