Выбрать главу

– Jak zwykle masz rację – westchnął Mateusz. – Ale szczerze mówiąc, czy to, że chłopak, który umarł, teraz chodzi sobie po świecie, nikomu nie wyda się podejrzane?

– Na świecie jest wiele osób, które są do siebie podobne – odparła. – A z biegiem lat nikt go już nie rozpozna.

– A co z rodziną? Nie szukają jego ciała?

– Ten chłopak utonął – powiedziała, patrząc na plecy Feliksa. – Dawno temu zaprzestano już poszukiwań. Współczuję jego rodzinie, która nie mogła nawet go pochować, ale nic nie da się już z tym zrobić. Zresztą… Każdego roku tyle osób uznaje się za zaginione…

– I co, we wszystkich zamieszkują żniwiarze?

– Coś ty, żniwiarzy jest znacznie mniej.

Magda znów zaczęła przekładać mięso na grillu, gdy podeszła do nich ciocia Jadzia z pustym talerzem.

– Nałóż mi trochę kaszanki, dziecko.

Dziewczyna wzięła talerz od ciotki, która wciąż wpatrywała się badawczo w Mateusza.

– Gdybym cię nie znała, pomyślałabym, że też jesteś opyrem – powiedziała w zamyśleniu. – To bawcie się dalej.

– Opyrem? – powtórzył chłopak, kiedy starsza pani ich zostawiła samych.

– Kiedyś tak nazywano żniwiarzy – odparła Magda, patrząc z niesmakiem, jak ciocia pochłania kaszankę. – To był taki męski odpowiednik wiedźmy, kiedy jeszcze palono je na stosie. Lecz oni byli cwańsi i lepiej kamuflowali się wśród maluczkich.

– Ale skąd jej się to wzięło?

– Jej babcia tak mówiła…

– Ale że ja miałbym być…

– Nie wiem, jest wiekowa, może niedowidzi. Może nawet Feliks kiedyś był podobny do ciebie?

– Może. – Mateusz pokiwał w zamyśleniu głową.

¢

– Naprawdę nie musiałaś mnie odwozić – przekonywał Mateusz.

– Ale chciałam – uparła się Magda, pomagając mu wysiąść z samochodu. – Już ledwie stałeś na tej zranionej nodze. Miałam znakomitą wymówkę, żebym choć na chwilę oderwała się od sprzątania.

– W takim razie dziękuję. To było bardzo ciekawe popołudnie – powiedział.

Delikatnie dotknął palcami jej policzka i spojrzał jej prosto w oczy.

Magdzie zabrakło tchu. Zrobiło jej się gorąco, a serce zaczęło trzepotać w klatce piersiowej, gdy Mateusz pochylił się w jej stronę i pocałował ją w usta.

– Nie ma sprawy – wydukała, gdy się od niej odsunął. – Do zobaczenia później.

Wsiadła do samochodu, nie mogąc powstrzymać uśmiechu.

W domu pomogła mamie pochować resztki jedzenia do lodówki, po raz kolejny załadowała zmywarkę i pościerała stoły, które tata z Feliksem pochowali w piwnicy.

– Jak zwykle jedzenie było pyszne – oceniła ciotka Jadwiga, która wciąż siedziała w kuchni. – Najadłam się jak nigdy.

– Wcale się nie dziwię – mruknęła pod nosem Magda. Aż niedobrze jej się zrobiło, gdy przypomniała sobie, jak ciocia pochłaniała kolejne porcje mięsa.

– Słyszałam to, moje dziecko! – rzuciła ostrzegawczym tonem staruszka.

– Bo ja po prostu zazdroszczę cioci takiej przemiany materii.

– Ogarnij jeszcze salon i jesteś wolna – powiedziała mama.

Dziewczyna skinęła głową i wyszła z kuchni. Sprzątanie zajęło jej kilka minut i już miała wracać do mamy, kiedy nagle poczuła, że coś ją uwiera w kieszeni spodni.

– A to co? – zastanowiła się, sięgając po to ręką. – Ach, no tak, już zapomniałam o tym.

Spojrzała na kartkę papieru, na której tuż przed grillem wypisała wszystko, co działo się w okolicy przez ostatni rok.

– Nie ma tu bezkosta – stwierdziła i natychmiast dopisała go do listy, lecz niewiele to pomogło. – To jest bez sensu – mruknęła. – Nic się ze sobą nie wiąże. Przypadkowi ludzie, przypadkowe miejsca, tak jak zawsze, tylko trochę częściej.

Na samym środku kartki widniało imię Nadii, przy którym postawiła kilka znaków zapytania. „Kto ją zaatakował?” – dopisała.

– I dlaczego?

W zamyśleniu kilka razy stuknęła długopisem w brodę.

– Skończyłaś już? – Mama zajrzała do pokoju. – Ciocia jest już zmęczona, odwieziecie ją po drodze.

– Dobrze. – Magda skinęła głową, poskładała kartkę i schowała do kieszeni.

¢

Jadwiga pomachała Magdzie i Feliksowi na pożegnanie i powolnym krokiem przeszła przez ogródek. Z doniczki z kwiatami wyjęła klucz i weszła do domu, zapominając zamknąć za sobą drzwi na zamek. Zresztą w Wiatrołomie było tak niewiele włamań, że wciąż wylatywało jej to z głowy.

Włączyła radio – może usłyszy coś ciekawego w nocnych wiadomościach – i przebrała się w starą podomkę. Jeszcze nie chciało jej się spać, kaszanka jedzona na przemian z karkówką wciąż leżała jej na żołądku. Nie powinna była aż tyle jeść. Pomimo tego, co mówiła Madzi, wciąż zapominała, że nie jest już taka młoda, a lekarz przy każdej wizycie suszył jej głowę, że musi zdrowo się odżywiać i że ma zbyt wysoki cholesterol.

– Przecież w moim wieku trzeba na coś umrzeć – mamrotała, przeglądając zawartość kuchennych szafek. – Moja babcia nie słyszała nawet o czymś takim jak cholesterol i dożyła dziewięćdziesięciu sześciu lat. Całkiem nieźle, a zajadała się golonką jak nikt inny!

Po chwili odnalazła lekko zakurzoną butelkę. Wino zawsze pomagało jej na trawienie. Napełniła lampkę do połowy i ruszyła do pokoju, lecz po chwili wahania zawróciła i wzięła ze sobą całą butelkę. Tak na wszelki wypadek.

Usiadła w swoim ulubionym fotelu, a nogi oparła na pufie. Zapalony żyrandol zalewał pokój ciepłym, żółtym światłem, radio grało cicho. Za oknem wychodzącym na ogród panowała ciemność. Gdyby jednak zgasiła wszystkie światła w domu i dobrze się przyjrzała, mogłaby dostrzec cień, którego nie powinno tam być.

Ciemna, nieruchoma postać opierała się o pień drzewa i bacznie obserwowała okna domu. Stała tam już od dłuższego czasu i przez ostatnią godzinę ani drgnęła.

Jadwiga, nie zdając sobie sprawy z obecności intruza, opróżniła lampkę wina i ponownie ją napełniła, rozmyślając o minionym dniu. Lubiła grille organizowane przez Emilię, która potrafiła doprawić mięso jak nikt inny. A jej sałatki… pycha! Miło było też zobaczyć całą rodzinę. Z małej Madzi zrobiła się naprawdę ładna dziewczyna. Gdyby tylko trochę bardziej o siebie zadbała i czasem się umalowała, to nie opędziłaby się od chłopaków. Ten jej kawaler też był całkiem miły, choć trochę… dziwny. I taki małomówny. Ale przecież Jadzia raczej ceniła takich ludzi – potrafili milczeć i słuchać, kiedy ona mówiła. Choć pod całym tym jego uprzejmym zainteresowaniem kryło się coś jeszcze. Coś, czego nie potrafiła nazwać, ani nawet się na tym skupić. Jego gesty, sposób mówienia, tembr głosu, błysk w oku…

– Cóż, ponoć chłopak przeżył prawdziwą tragedię – westchnęła i wzdrygnęła się na samą myśl o tym, co po takim zdarzeniu mogło dziać się w jego głowie i duszy.

A poza tym tak ładnie wyglądali razem z Madzią. Jakby byli dla siebie stworzeni – z tą myślą usnęła, wciąż siedząc w starym fotelu.

Minęła kolejna godzina, podczas której nic się nie wydarzyło, aż ciemna postać ukryta w ogrodzie oderwała się od pnia i skierowała w stronę domu.

Powoli otwierane drzwi zaskrzypiały cicho. Intruz zastygł w bezruchu, oddech zamarł mu na ustach, lecz gdy nie usłyszał nic więcej, zdjął buty i w samych skarpetkach spokojnie wszedł do pokoju. Starsza kobieta siedziała w fotelu pogrążona w głębokim śnie. Prawdopodobnie nawet wystrzał armatni nie wyrwałby jej ze snu. Na stoliku obok stała opróżniona do połowy butelka wina.

Włamywacz przyglądał się jej kilka sekund, a potem udał się do kuchni. Zajrzał do lodówki i wyjął z niej mały garnek z zupą. Zdjął pokrywkę i powąchał zawartość. Pomidorowa pachniała naprawdę zachęcająco. Ale przecież nie po to tu był, żeby okradać staruszki z jedzenia. Postawił garnek na kuchence i odkręcił gaz, nie zapalając go.

Wrócił na korytarz, założył buty i bezgłośnie wyszedł z domu, zamykając za sobą ostrożnie drzwi. Niespiesznie odszedł ulicą, nie oglądając się za siebie.

¢

Magda wstała wcześnie rano – choć była zmęczona po poprzednim dniu, obiecała mamie, że to ona otworzy w poniedziałek księgarnię.