– Na szczęście nic jej nie jest – powiedział na głos Blank, parząc herbatę dla swojego pana. – A nawet jeśli, to przecież tak naprawdę potrzebujemy tylko Feliksa, prawda?
Pierwszy odłożył sztućce na talerz i wytarł usta serwetką.
– Ile razy mam ci powtarzać, że potrzebujemy jej tak samo jak Feliksa? – powiedział spokojnie, jakby tłumaczył to dziecku. – Jeśli ktoś wyrządziłby jej krzywdę, Feliks stałby się nieobliczalny, a to byłoby dla nas niemałym problemem. Oni oboje są od siebie zależni w jakiś pokręcony sposób. I tylko we dwójkę będą potrafili odszukać Gerarda. – Nie możemy dać Feliksowi zbyt dużo czasu na rozważania, bo jeszcze czegoś się domyśli. – Zorganizuj mu jakieś zajęcie na najbliższe dni.
– A co konkretnie mam zrobić? – zapytał Blank, wciąż stojąc w miejscu.
Pierwszy zastukał palcami w stół i spojrzał w sufit, zastanawiając się.
– Z tego co wiem, to doktor Waldemar ma znajomego schizofrenika. Może by tak pokazać mu prawdziwego diabła?
– Znakomity pomysł.
– Nie podlizuj się i daj mi w spokoju wypić herbatę. Mam jeszcze mnóstwo rzeczy do zrobienia dziś w nocy. Łysy podwiezie mnie do miasta.
Pomocnik skierował się do wyjścia.
– Blank? – Pierwszy zatrzymał go w drzwiach.
– Tak?
– Liczę, że nie będzie już więcej problemów z potępieńcami – rzucił oschle.
¢
Magda leżała w łóżku, ale nie mogła usnąć. Gdy tylko zamykała oczy, widziała tamtego mężczyznę z hotelu. Kim był? Co go tak załatwiło?
Kiedy po raz setny usiłowała ubić poduszkę, a ta wciąż była niewygodna, podniosła się ze złością i opuściła stopy na chłodną podłogę. Wstała z łóżka i podeszła do okna, ale jedyne co ujrzała to czarny, zarośnięty ogród. Nawet gdyby ktoś się w nim ukrywał, nie zobaczyłaby go. Zadrżała na samą myśl.
Znalazła spodnie i wyjęła z nich pogniecioną kartkę.
„Zombie w hotelu” – napisała ołówkiem.
Nagle usłyszała wesołą melodyjkę. Ze strachem podskoczyła na krześle. Chwilę trwało, zanim zorientowała się, że to telefon, który wciąż miała w spodniach.
– Cześć – usłyszała w słuchawce głos Mateusza. – Jak się czujesz?
– W porządku, wszystko w porządku – skłamała.
– Feliks jest z tobą?
– Nie, pojechał do Grzmiącej.
– Chcesz, żebym do ciebie przyjechał?
– Nie, dzięki. I tak kładłam się spać.
Pożegnali się i Magda wróciła do łóżka. Jakoś trudno jej było uwierzyć, że dzień wcześniej wesoło gawędzili przy grillu, a ciocia jeszcze żyła.
¢
Kolejne dni Magda pamiętała jakby przez mgłę. Chodziła do pracy, gdzie spędzała większość czasu, aby odciążyć mamę. Popołudniami odwiedzał ją Mateusz, żeby nie siedziała sama. A Feliks wciąż gdzieś wychodził bez słowa. Potem był pogrzeb i stypa.
– Jak ty to znosisz? – zapytała Feliksa, kiedy po wszystkim wrócili do domu. – Już tylu bliskich pożegnałeś…
– Każdy prędzej czy później umiera – odparł żniwiarz. – Jadwiga miała ciężkie życie, ale pod koniec była szczęśliwą kobietą. Tego nikt jej nie zabierze.
– W poprzednim wcieleniu bardziej byś jej żałował – mruknęła dziewczyna, zabierając się do zmywania naczyń.
Feliks zapatrzył się na widok za oknem.
– Pewnie tak. Wtedy znałem ją znacznie dłużej. Może właśnie dzięki temu, że tak wiele zapominamy, zmieniając ciało, możemy dalej funkcjonować i wykonywać swoją pracę?
Magda wiedziała, że Feliks ma rację, ale w tej chwili tylko ją to rozdrażniło. Ten chudy, nieco złośliwy chłopak nie kochał cioci tak bardzo jak powinien.
– Czyli jak ja umrę, a ty akurat będziesz w nowym ciele, nawet się nie wzruszysz? – warknęła, już od kilku minut szorując ten sam talerz.
– Może – odparł, choć zdawał sobie sprawę z tego, że to nieprawda. Jakimś cudem od kiedy tylko się urodziła, czuł się odpowiedzialny za Magdę. Jeszcze nigdy nie zależało mu na kimś z rodziny tak bardzo jak na niej. Może dlatego, że była tak podobna do niego? Jako jedyna z osób, które znał na przestrzeni wielu lat, widziała i słyszała nawich prawie tak wyraźnie jak żniwiarz.
Magda zaparzyła herbatę, ukroiła kawałek ciasta od mamy i usiadła za ladą. Przed południem nie było w księgarni nikogo poza nią, miała więc chwilę, żeby odpocząć. Odchyliła się na krześle, skrzyżowała nogi i oparła o ladę. Przez chwilę wpatrywała się w sufit, rozkoszując się ciszą i spokojem. Minął już ponad tydzień od pogrzebu cioci, a życie wróciło do normy. Magda nawet zaczęła przyzwyczajać się do faktu, że już nigdy więcej nie zobaczy staruszki, choć wciąż wolała jeszcze o tym nie myśleć, więc najczęściej wynajdywała sobie najróżniejsze zajęcia, aby zająć czymś umysł. Znów wysprzątała na błysk dom Feliksa, a samego żniwiarza zmusiła do skoszenia trawy w ogrodzie. Szkoda tylko, że Mateusz nie miał dla niej czasu w tym tygodniu. W jego towarzystwie z całą pewnością łatwiej byłoby oderwać się od rzeczywistości.
Magda odłożyła talerzyk z ciastem, opuściła stopy na ziemię i oparła łokcie o ladę. Coś na ulicy przykuło jej uwagę. Przez szklane drzwi zapatrzyła się na skwerek, przy którym stała księgarnia. O tej porze przechadzała się po nim tylko para staruszków, a kawałek dalej duży, bury wilczur zaglądał do kosza na śmieci. Wyciągnął coś z niego i wypluł na chodnik, mlaskając jęzorem z obrzydzeniem.
Po Wiatrołomie od zawsze szwendało się kilka psów, którymi nikt nigdy nie zawracał sobie głowy. Nikogo nie atakowały, były wręcz przyjazne dla ludzi, dlatego wszyscy przymykali oko na takie włóczęgostwo. Magda pamiętała nawet wielkiego bernardyna, który przychodził pod jej szkołę podczas każdej długiej przerwy, a dzieciaki, włącznie z nią samą, dokarmiały go kanapkami. Pies był na tyle bezczelny, że nie jadał kanapek z sałatą, ani pomidorami, które zawsze wypluwał na chodnik, jednak nie gardził szynką i serem. W nagrodę pozwalał uczniom tarmosić się za futro i uszy, służąc im za wielką, nieco śmierdzącą przytulankę. Dzieci go uwielbiały, a dorosłym nie przeszkadzał, tak więc żył na szkolnych kanapkach przez wiele lat.
Wilczur przeglądający kosze pod księgarnią nie miał nawet w połowie tyle uroku, co tamten bernardyn, ale Magda jakoś nie potrafiła go zignorować. Wzięła kawałek ciasta z talerzyka i po chwili wahania poszła na zaplecze, gdzie w plastikowym pudełku znajdowała się reszta placka, i wyszła przed księgarnię.
Pies w pierwszej chwili w ogóle jej nie zauważył, a dziewczyna nie była na tyle głupia, żeby od razu podchodzić do nieznanego zwierzęcia. Zagwizdała na niego, a gdy ten podniósł łeb, pomachała kawałkiem ciasta.
Wilczur spojrzał na nią niepewnie, a potem rozejrzał się wokół, niemal jak człowiek.
– No chodź, zobacz, co mam. – Rzuciła na chodnik kawałek ciasta.
Pies – wciąż się wahając – podszedł do niej, zębami chwycił ciasto i odbiegł dwa metry dalej, po czym pochłonął je jednym łapczywym kęsem.
– Taki wielki, a taki tchórz – podsumowała go Magda. – No chodź, mam więcej.
Za trzecim razem delikatnie wyjął ciasto z jej dłoni.
– No już, dobry piesek. – Dziewczyna podrapała go za uchem. – Głodny byłeś, co? Matko, przydałaby ci się kąpiel – dodała, marszcząc nos. – Cuchniesz jak wychodek.
Wilczur pozwolił się głaskać, nawet niepewnie machnął ogonem.
Magda ujęła jego wielki łeb i spojrzała w bursztynowe oczy.
– Czy to byłeś ty? – zapytała. – Wydaje mi się, że cię poznaję.
Lecz pies nie odpowiedział. Delikatnie szarpnął łbem i zaczął wylizywać leżące na ziemi plastikowe pudełko, a kiedy upewnił się, że nie został w nim już żaden okruszek, odszedł.
Magda nie zatrzymywała go. Wyprostowała się i patrzyła, jak odbiega sprężystym truchtem.
– Widzę, że nie tylko ty dokarmiasz tego psa – usłyszała.
Odwróciła się i zobaczyła Aleksa.
– Cześć – przywitała się.
– Cześć – odparł. – Już od dawna widuję tego psa kręcącego się niedaleko naszego domu – powiedział, patrząc, jak wilczur znika za rogiem. – Kilka dni temu przyłapałem Mateusza na tym, jak dokarmia go kanapkami zrobionymi przez moją mamę – zachichotał.