Zwid stanął na czterech łapach – dopiero teraz można było dostrzec, jak jest olbrzymi. Czarne pazury zachrobotały na asfalcie, a poruszony łańcuch zadźwięczał nieprzyjemnie. Latarnie na ulicy zaczęły migotać. Magda poczuła się słaba i bezsilna wobec mocy zwida. Gdyby tylko chciał, rozszarpałby ją na strzępy, oderwał mięso od kości, przegryzł gardło, a drogę splamiłaby jej gorąca krew.
Niemal czuła, jak jego kły gruchoczą jej ręce i nogi. Instynkt samozachowawczy wył, aby uciekała, ukryła się, ale ciało odmawiało posłuszeństwa. Jedyne co mogła zrobić, to nadal wpatrywać się w czerwone, przerażające ślepia i czekać na pewną śmierć. Świat poza nią i zwidem przestał istnieć, wokół panowała ciemność, której nic nie było w stanie rozświetlić.
To koniec, zginę tutaj, na obcej ulicy w obcym mieście – pomyślała Magda, gdy coś nagle przerwało czar.
Ujrzała Feliksa, który stał tuż przy psie i wyciągał rękę w stronę jego szyi.
Nie!!! On cię zabije!!! – chciała krzyczeć, ale z jej gardła wydobywał się zaledwie cichy jęk.
Wtem zwid poczuł żniwiarza, szarpnął łbem i capnął zębiskami tuż przy jego dłoni. Feliks odskoczył do tyłu, a pies rzucił się na niego.
Magda bezsilnie patrzyła, jak Feliks szamocze się ze zwidem, a po jej policzkach spływały łzy. Oczyma wyobraźni widziała, jak potwór go zagryza, a potem zostawia na ulicy jego zakrwawione strzępy. Zaczęła trząść się niczym w malignie.
– Nie! – krzyknęła tak głośno, że zaskoczyła samą siebie.
Feliks zdołał unieruchomić psa, nogami oplatając jego tułów, a ramionami trzymając szeroki pysk. Jednak za każdym razem, gdy usiłował uwolnić jedną rękę, aby sięgnąć nią obroży, pies wyrywał się z taką siłą, że żniwiarz nie był w stanie go utrzymać.
Magda spięła wszystkie mięśnie i podbiegła do nich, zataczając się. Pies wił się w uścisku, sapał i warczał gardłowo. Jego pazury drapały asfalt, a łańcuch brzęczał głośno.
– Przesuń rękę! Nie mogę sięgnąć klamry! – Magda siłowała się ze skórzaną obrożą.
Nerwowo przesuwała po niej palcami, próbując namierzyć zapięcie. Pies wbił w nią spojrzenie czerwonych ślepi, ale starała się w nie nie patrzeć.
– Mam! – Jej palce zacisnęły się na końcówce obroży.
Aby ją odpiąć, musiała najpierw mocniej ją zacisnąć, żeby zwolnić zapięcie. Szarpnęła mocno, aż metalowa końcówka wyskoczyła z dziurki, lecz zablokowała się w następnej. Nagle zwid szarpnął łbem, uderzając Feliksa w szczękę. Żniwiarza na chwilę zamroczyło, ale to wystarczyło, żeby pies uwolnił się z jego uścisku. Stanął na czterech łapach i wpatrywał się w Feliksa, dysząc ciężko. Gdy okazało się, że żniwiarza nie zmroziło ze strachu na widok gorejących oczu, bestia rzuciła się na niego.
Żniwiarz odskoczył do tyłu, wyciągając zza paska szakłak, ale zwid tylko capnął zębiskami w powietrzu, jakby coś go zatrzymało w miejscu.
– Mam go! – krzyknęła Magda, łapiąc za ciągnący się po ziemi łańcuch.
Feliks przechylił się w bok, lecz pies podążył za nim. Nie było szans, aby sięgnął do obroży, nie zostając dotkliwie pogryzionym.
Łańcuch powoli zaczął wyślizgiwać się Magdzie spomiędzy palców, a zwid kłapał zębiskami coraz bliżej Feliksa. Dziewczyna odchyliła się do tyłu jeszcze bardziej. Na ułamek sekundy wypuściła łańcuch z prawej ręki i błyskawicznie wykręciła nadgarstek tak, aby łańcuch zawinął jej się wokół przedramienia.
– Odepnij go! – sapnęła, ale każda próba sięgnięcia obroży przez Feliksa kończyła się fiaskiem.
Pazury zwida rysowały asfalt, a obroża wżęła mu się głęboko w skórę, gdy wyrywał się do przodu, żeby tylko dopaść wroga. Zaślepiła go wściekłość – nie zważał na to, że ktoś trzyma go za łańcuch.
Magda czuła, jak kolejne ogniwa wyślizgują jej się z palców. Zerknęła na obrożę, jeszcze kawałek, mały kawałeczek, a sama się odepnie. Żeby tylko ten przeklęty pies przestał ciągnąć!
Wzięła głęboki wdech. Teraz albo nigdy. Jeśli się uda, to pozbędą się zwida. Jeśli nie… to będzie miała Feliksa na sumieniu.
– Odsuń się! – krzyknęła, przechylając się do przodu.
Na sekundę łańcuch zwiotczał – Magda szarpnęła nim, po czym klamra na obroży puściła. W jednej chwili dziewczyna poleciała do tyłu, a pies rzucił się na Feliksa, który odskoczył, mijając go o milimetry.
Zwid zatrzymał się na chodniku. Spojrzał na ludzi nieco zdezorientowanym wzrokiem, a potem zawył rozdzierająco i odbiegł w ciemną ulicę. Jednak zanim dotarł do jej końca, buchnął płomieniem i znikł, nie pozostawiając po sobie żadnego śladu.
Magda pozbierała się z ziemi. W dłoni wciąż trzymała łańcuch.
Feliks zerknął na nią, a jego oczy nagle rozszerzyły się.
– Wyrzuć to! – wrzasnął, ale było już za późno.
Metal w ułamku sekundy rozgrzał się do czerwoności. Magda krzyknęła z bólu, wypuszczając łańcuch z dłoni. Nim ten dotknął asfaltu, jego kolor przeszedł z czerwonego w biały, a potem znikł.
– Ja pier… – zaczęła Magda, lewą dłonią chwytając za prawy nadgarstek i przyciskając je do ciała. Zgięła się wpół, wypuszczając z płuc powietrze.
– Pokaż. – Feliks podszedł do niej, ale Magda odwróciła się. – Przyłóż rękę do latarni, powinna być chłodna.
To wcale nie przyniosło dziewczynie ulgi.
– Dlaczego mi nie powiedziałeś, że ten przeklęty łańcuch parzy?! – jęknęła, chłodząc wewnętrzną stronę dłoni o zimny metal.
– Bo nie wiedziałem, że będziesz za niego łapała. Chodź do domu doktora, może on będzie miał coś na oparzenia.
¢
– Jesteście pewni, że to coś już nie wróci? – dopytywał się Gauza.
– Uhm – mruknął Feliks, przeglądając zawartość swojej torby.
– Ale na pewno?
– Tak. – Wyjął butelkę z krwią świętego Jana i podał ją lekarzowi.
– Tak mało? – jęknął z zawodem Waldemar.
– Jak chcesz więcej, to zbliża się noc świętego Jana, nazbieraj sobie sam.
– Bo nie mam nic lepszego do roboty – burknął mężczyzna, chowając butelkę do barku.
– Tylko jej przypadkiem nie wypij – powiedział Feliks.
– Ha, ha, bardzo zabawne – mruknął lekarz. – A wy wybieracie się po nowy zapas?
– Oczywiście – odparła Magda. Siedziała na fotelu, trzymając obie ręce na kolanach. Prawa dłoń była przykryta chłodzącym opatrunkiem.
– A jak tam noga twojego kolegi? – zagadnął Waldemar.
– Ładnie się goi. Wczoraj wyjął sobie szwy.
– Tak szybko? – zdziwił się Waldemar.
– Twierdzi, że wszystko goi się na nim jak na psie. – Wzruszyła ramionami. – Długo mam to trzymać? – zapytała, patrząc na rękę.
– A chcesz mieć blizny?
– No nie…
– To jeszcze trochę. A w domu możesz kilka razy przetrzeć rękę wywarem z czarnego bzu. Diabli wiedzą, czy to jest jak zwykłe oparzenie.
– Łańcuch był całkiem zwykły, dopóki nie rozgrzał się do białości i nie znikł – mruknęła dziewczyna.
– Na nas już czas – stwierdził Feliks, zarzucając torbę na ramię. – Zbieraj się. – Kiwnął głową w stronę dziewczyny.
Magda wstała z fotela, wciąż ostrożnie trzymając przed sobą prawą dłoń.
– To do zobaczenia – powiedziała i skierowała się do drzwi.
Feliks ruszył za nią, ale zawahał się w progu.
– Kiedy widziałeś się ostatnio z kimś innym? – zapytał, odwracając się do Waldemara.
– Bo ja wiem? – Lekarz podrapał się po głowie, a potem wyjął z ust papierosa i strzepnął popiół na trawnik. – Nie liczyłem, ale dość długo. Może z pół roku. To dziwne, że nie potrzebowali żadnego szycia ani nic przez ten czas. A co?
– Nic, tak tylko z ciekawości pytam – odparł powoli Feliks, lecz w jego oczach coś się pojawiło. Jakaś iskierka, której lekarz nie potrafił zidentyfikować. – Jakby działo się coś jeszcze, dzwoń.
Waldemar pokiwał głową i zaciągając się końcówką papierosa, patrzył, jak jego goście odchodzą.
– Daj kluczyki – powiedział Feliks.
Dziewczyna zaczęła lewą ręką klepać się po kieszeniach, co wywołało u niego zniecierpliwione westchnienie.
– Trochę wyrozumiałości! – oburzyła się.