Выбрать главу

– Ja ci nie kazałem ze mną jechać – odparł żniwiarz, biorąc kluczyki. – Sama jesteś sobie winna.

– Nie bądź złośliwy – upomniała go.

– Wsiadaj. – Otworzył jej drzwi od strony pasażera.

Większość drogi pokonali w milczeniu, każde pogrążone we własnych myślach.

Feliks przerwał ciszę dopiero, gdy w oddali zalśniły światła Wiatrołomu.

– Chciałbym, żebyś w najbliższym czasie nie chodziła nigdzie sama – powiedział. – Szczególnie po zmroku.

– Dlaczego? – Magda spojrzała na Feliksa.

– Po prostu mnie posłuchaj, dobrze?

– Feliks, co się dzieje?

– Nie wiem, naprawdę nie wiem. Możesz wychodzić z tym swoim chłopakiem, ale nie sama.

Dziewczyna skinęła głową.

¢

Feliks usiadł za stołem w dużym pokoju i wpatrywał się w kartkę papieru. Kroki na górze ucichły, co znaczy, że Magda wreszcie położyła się spać. Co miał napisać? Jak ubrać myśli w słowa? Wiedział, że dzieje się coś złego, czuł to całym sobą, ale nie miał na to praktycznie żadnego dowodu.

– Nadio, kiedy się wreszcie odezwiesz? – zapytał ciemność za oknem. – Wiesz, gdzie mnie znaleźć. Zatem dlaczego milczysz?

Ciepłe światło małej lampki zalewało pokój, tworząc w kątach cienie. Gdzieś na górze rozległo się trzeszczenie desek. Stary dom nigdy nie milkł, ale Feliks zdążył już na nowo przyzwyczaić się do jego dźwięków.

Mrok za oknem zaczęła rozjaśniać delikatna łuna, a on nadal nic nie napisał. Poranna szarówka przemieniła się w jasny, pogodny dzień. Na piętrze rozległ się tupot bosych stóp, w rurach zaszumiała woda, a kwadrans później do pokoju zajrzała Magda z mokrymi włosami.

– Już na nogach? – zdziwiła się.

– Powiedzmy. Jak ręka?

Pokazała mu wewnętrzną stronę dłoni, na której przecinało się kilka brązowych pasków przypalonej skóry.

– Nie jest źle, ale w nocy bolało jak cholera. Jesz śniadanie? – zapytała, kierując się do kuchni.

– Zaraz – odparł Feliks, zdejmując zakrętkę z pióra. Już wiedział, co napisać.

Nadia, ktoś śledzący go, ten podejrzany typ w opuszczonym hotelu, cieniści prześladujący Magdę… Nie prosił o pomoc – chciał tylko wiedzieć, czy inni cokolwiek zauważyli. A może on sam zaczął popadać w paranoję?

Skreślił pożegnanie na ostatnim liście, w szufladzie odszukał cztery koperty i je zaadresował. Nie podobał mu się obecny charakter pisma. Był taki koślawy i jakby pisany niepewną ręką, jednak nie miał czasu, żeby go poćwiczyć. Miał zbyt wiele na głowie.

Do pokoju weszła Magda, niosąc dwie miski płatków z mlekiem.

– Co to? – zapytała, stawiając jedną z nich na stole obok listów.

– Przydaj się na coś i wyślij je w drodze do pracy.

Dziewczyna, wciąż stojąc przy stole, zaczęła jeść.

– Piszesz do kolegów żniwiarzy? – zapytała, wyjmując łyżkę z ust. – Jakiś zjazd organizujesz?

– Nie kpij, bo nigdzie więcej cię już z sobą nie zabiorę – zagroził, przysuwając sobie miskę.

– A ja nie pożyczę ci samochodu.

Jedząc, Magda wpatrywała się w adresy nakreślone na kopertach. Zawsze chciała wiedzieć więcej o innych żniwiarzach, ale Feliks nie był skory do rozmów o nich.

– Ty zmywasz. – Odstawiła pustą miskę na stół, zgarnęła z niego listy i ruszyła do wyjścia.

Feliks poczekał, aż zamknie za sobą drzwi, a potem wziął do ręki telefon. Były trzy numery, które jeszcze musiał sprawdzić. Choć znał je na pamięć, na wszelki wypadek zerknął do starego, pożółkłego notesu.

Gdy wykonał pierwszy telefon, w słuchawce odpowiedziała mu cisza, a po chwili usłyszał damski głos oznajmiający, że abonent jest poza zasięgiem lub ma wyłączony telefon.

– Pięknie – mruknął, rozłączając się.

Pod drugim numerem odezwała się jakaś dziewczynka, twierdząc, że to musi być pomyłka.

Feliks bez większych nadziei wykręcił trzeci numer. Długi sygnał w słuchawce przeciągał się w nieskończoność i żniwiarz już miał odłożyć telefon, kiedy po drugiej stronie usłyszał jakieś trzaski.

– Tak? – odezwał się niepewny głos.

– Dzień dobry, z tej strony Feliks Wojna, dodzwoniłem się do Antoniego?

– Tak, ale nie ma go…

– W takim razie kiedy wróci?

– No właśnie nie wiem, nie widziałem go już od kilku tygodni.

Feliks znieruchomiał.

– Kilka tygodni? Co się stało?

– Nie wiem, nie mówi mi wszystkiego.

– A pan jest…?

– Och, przepraszam, nie przedstawiłem się. Bolesław Suchocki, jestem sąsiadem Antoniego i opiekuję się jego mieszkaniem, kiedy wyjeżdża. Wczoraj, podlewając kwiaty, znalazłem ten telefon i go naładowałem. Nie sądziłem, że ktoś się odezwie… W każdym razie ostatnio jechał gdzieś na północ. To była jakaś sprawa z upiorem, chyba. Od tego czasu się nie widzieliśmy.

– Proszę mu przekazać, żeby się ze mną skontaktował, gdy wróci – poprosił Feliks, zanim się rozłączył.

Schował telefon do kieszeni, przez ramię przerzucił sobie kurtkę i, zignorowawszy zmywanie naczyń, wyszedł z domu. Nadeszła pora na odwiedzenie pobliskich cmentarzy i sprawdzenie, czy nie dzieje się na nich nic podejrzanego. A jak wystarczy mu czasu, wybierze się na patrol po okolicy. Jeżeli gdzieś czają się jacyś nawi, znajdzie ich i odeśle daleko stąd.

¢

Na cmentarzach panował spokój, żaden z grobów nie był naruszony. Na dwóch świeżych wciąż leżały lekko podwiędłe kwiaty.

Feliks mijał bramę, kiedy rozdzwonił się jego telefon.

– Co jest? – zapytał.

– Sprawdziłam te adresy, gdzie kazałeś wysłać mi listy – zaczęła Magda.

– I?

– I jeden z nich to jakiś stary, zamknięty magazyn, nie sądzę, żeby mieli tam skrzynkę pocztową. Inny dom został chyba wyburzony, przynajmniej tak to wygląda na mapie w Internecie. Kolejny w ogóle nie istnieje… Ja nie wiem, skąd ty je bierzesz.

– A ostatni?

– Ostatni… ach, to ten. Tak, stoi tam dom, ale na mapie satelitarnej wygląda na opuszczony. I to dawno.

– Psiakość – mruknął Feliks.

– Poszukałam też w sieci ludzi możliwe, że spokrewnionych z tymi żniwiarzami i wydaje mi się, że znalazłam adres mailowy chłopaka, który jest z rodziny Wandy. Napisałam do niego i odpisał mi, że nie widział jej od pięciu miesięcy. Co prawda twierdzi, że to normalne i już wcześniej się zdarzało, ale…

– Dobra, dzięki – odparł Feliks i już chciał się rozłączyć.

– Poczekaj! – zatrzymała go Magda.

– Co?

– Feliks, nie zastanawia cię, że to niedługo po twojej śmierci?

– Nie.

– Ale my też tak długo na ciebie czekaliśmy…

– Przypadek. To na razie.

¢

– Rozłączył się! – oznajmiła światu Magda. – Kiedy on ma do mnie interes, to może gadać w nieskończoność, ale jak ja zaczynam, to odkłada telefon. Przypadek – powtórzyła ironicznie. – Jasne, sam w to nie wierzy. Pomóc w czymś?

– Nie, tak tylko się rozglądam – odparła kobieta, która właśnie weszła do księgarni.

Magda opadła na krzesło i potarła bandaż na dłoni. Poparzenie bolało ją bardziej, niż była skłonna przyznać, ale nie zamierzała się nad sobą użalać.

Bezwiednie wodziła wzrokiem za klientką, która kręciła się przed regałami, a w końcu wyszła bez słowa. Potem przyszły trzy nastolatki szukające prezentu dla koleżanki. Na wszystkie propozycje Magdy kręciły nosem, a na koniec wybrały popularny ostatnio romans. Po zapłaceniu rozchichotane dziewczyny ruszyły do drzwi, w których minęły się ze starszą panią szukającą „czerwonej książki ze słonecznikiem na okładce”. Minął ponad kwadrans, zanim Magda namierzyła żółty tom z polem maków.

– Tak! To ta książka! – ucieszyła się staruszka.

Magda, pakując książkę, uśmiechnęła się do siebie, rozbawiona tą zabawą w detektywa.

Kiedy została sama, zaczęła poprawiać książki na regałach, biorąc do rąk egzemplarze z dostawy z poprzedniego dnia, zapoznając się z informacjami z okładek, a co jakiś czas przeglądając ich zawartość. Potem włączyła komputer i przejrzała lokalne wiadomości.

Kolejny rolnik twierdził, że niedaleko jego pola wylądowali kosmici.

– Ludzie nigdy nie przestaną mnie zadziwiać. – Magda pokręciła głową, patrząc na filmik mający być dowodem na istnienie obcej rasy z innej planety.