– Świetnie! – Rzuciła telefon na ladę. – Jak zwykle rozładował… nie… nie rozładował. Wczoraj wieczorem widziałam, jak odłączał telefon od ładowarki. To może jest poza zasięgiem? Gdzie polazłeś, cholero jedna?! – krzyknęła, ponownie dzwoniąc do Feliksa. – Błagam, odbierz!
Jednak rezultat był taki sam jak za pierwszym razem.
– Oni nas mordują – szepnęła. – Wiedzą, jak zabić żniwiarza. Boże… Naprawdę? Kto? I czy Nadia…?
Magda zaczęła bezsilnie miotać się po księgarni. Co robić? Spojrzała na datę wysłania wiadomości. Dwa dni temu. Dokładnie wtedy Feliks męczył się z bezkostem. Dlaczego nie napisała nic więcej? Dlaczego nie zadzwoniła? Czy ci ludzie, którzy tak strasznie ją pobili, znów ją dorwali? Tyle pytań i żadnej odpowiedzi.
Im dłużej krążyła po księgarni i usiłowała coś wymyślić, tym gorzej się czuła. Duchota w powietrzu stała się nie do wytrzymania.
– Muszę się napić, bo inaczej zemdleję – sapnęła, nalewając do szklanki wody z kranu.
Pijąc, ponownie zadzwoniła do Feliksa, ale bez skutku.
Mijała minuta za minutą, a samotna mucha wyleciała ze swojego ukrycia i zaczęła obijać się o szybę. Po ulicy chodzili ludzie w letnich ubraniach, wachlując się gazetami. Magda powiesiła na drzwiach tabliczkę „zamknięte”, żeby czasem żaden z nich nie zechciał wejść do księgarni, aby się ochłodzić czy poszukać jakiejś książki. Nie byłaby w stanie nikogo teraz obsłużyć.
Minęła godzina, a Feliks wciąż był nieosiągalny.
– Wiedzą, jak zabić żniwiarza – powtórzyła po raz setny Magda. – Oni nas mordują. Dlatego Nadia już nie wróciła? I gdzie jest ten przeklęty Feliks? Rano przedyktowałam mu numer rejestracyjny… A jeśli znalazł ten samochód?
Ta myśl zmroziła ją od środka, pomimo duchoty panującej w księgarni. A jeśli oni znaleźli jego?!
– Nie – szepnęła ze strachem. – On nie może zginąć.
W końcu podjęła decyzję i ponownie wzięła do ręki telefon, wybierając jedyny numer, który przyszedł jej do głowy.
– Cześć. Co jest? – zapytał beztrosko Mateusz.
– Gdzie jesteś?
– Ja? W tym… eee… w starym hotelu.
– W hotelu? A co ty tam robisz?
– Wcześniej skończyłem pracę, chciałem pomyśleć…
– Dobra, nieważne. Przyjedź do mnie. Proszę.
– Ale przyjechałem tu rowerem, więc powrót trochę mi zajmie.
Magda zaklęła głośno.
– Wszystko w porządku? – zapytał ostrożnie Mateusz.
– Nie, nic nie jest w porządku. Myślę, że Feliks jest w niebezpieczeństwie.
– Jak to?
– I nie wiem, co robić. – Nagle poczuła, że jeszcze chwila, a rozpłacze się z bezsilności.
– Przyjedź po mnie, to wymyślimy coś razem, dobrze? Tylko błagam, nie rób sama niczego głupiego.
Magda milczała przez chwilę.
– Dziękuję – szepnęła.
– Po to jestem. Czekam w hotelu.
– Wyjdź mi – zaczęła, ale się rozłączył – naprzeciw. No dobrze, to do hotelu. Tylko po co on tam poszedł?
Zerknęła na zegarek. Do zamknięcia księgarni pozostały jeszcze dwie godziny. Ale co tam, i tak pewnie nikt by nie przyszedł. Chwyciła więc torebkę, kluczyki od samochodu i wyszła na zewnątrz. Od razu buchnął w nią żar, który, zamiast zelżeć, stał się jeszcze gorszy. Zamknęła księgarnię i pobiegła do samochodu. Obejrzało się za nią kilka osób, zdziwionych, że chce jej się biegać w taki skwar.
Kilkanaście minut później przemknęła przez Grzmiącą i zatrzymała samochód na rozwidleniu dróg kawałek za wsią. Odruchowo spojrzała w lewo, gdzie znajdował się stary cmentarz i popędziła w prawo do zrujnowanego hotelu.
I wtem, niczym grom z jasnego nieba, uderzyła w nią świadomość, że wie, o czym pisała Nadia. Przynajmniej ten fragment, którego do tej pory nie rozumiała. Gwałtownie zatrzymała się, a serce waliło jej niczym młot.
– Akeldama – szepnęła, znów oglądając się w stronę cmentarza ukrytego w lesie. – Pole krwi, inaczej zwane polem garncarza. Ale dlaczego? Co jest w nim takiego szczególnego?
Wymagało to od niej olbrzymiej siły woli, by nie pobiec na najbliższe pole garncarza, aby odkryć, co tam jest.
– Nie – powiedziała stanowczo, kierując się do hotelu. – Byłaś tam setki razy i nic nie widziałaś. W tym polu i cmentarzu nie ma nic wyjątkowego.
Ruszyła truchtem wąską, zarośniętą ścieżką. Słońce wciąż świeciło na błękitnym niebie, a srebrne refleksy odbijały się w wodach jeziora daleko w dole.
Nagle Magda stanęła jak wryta. Przed nią pojawiły się trzy ciemne sylwetki, zagradzając dalszą drogę. Po raz pierwszy w życiu widziała ich trzech naraz tak wyraźnie. Stali w słońcu, a cień, z którego były uformowane ich niematerialne ciała, wirował niczym dym. Środkowy cienisty postąpił krok w stronę Magdy, a wiatr, który wiał tylko w jego świecie, szarpał jego porwanym płaszczem.
– Czego chcecie?! – krzyknęła dziewczyna. – Nie mam czasu na wasze zabawy!
Cienisty wyciągnął w jej stronę rękę. Na wszelki wypadek obejrzała się za siebie, jakby coś jej wskazywał, ale nic tam nie było. Otworzył usta, a do uszu Magdy dotarł nie dźwięk, lecz wibracje wwiercające się w mózg.
Magda pokręciła głową.
– Nie rozumiem cię.
Wtem cienisty ruszył w jej stronę. Płynął w powietrzu nad ziemią z wciąż otwartymi ustami i wyciągniętą ręką.
– Nawet się nie waż! – krzyknęła Magda, zasłaniając twarz ramieniem.
Tym razem się nie ugięła, gdy cienisty na nią wpadł. Opuściła rękę, ale stwór rozwiał się. Spojrzała na pozostałych dwóch stojących na ścieżce, a potem sięgnęła po krótką gałąź leżącą na ziemi.
– Zejdźcie mi z drogi – warknęła, ale ani drgnęli. – Jak chcecie – powiedziała grobowym tonem.
Zerwała się do biegu, a gdy znalazła się tuż przed cienistymi, machnęła gałęzią. Zanim się obejrzała, znikli.
Później – pomyślała. Później dowiem się, czego chcą. Teraz muszę znaleźć Mateusza i Feliksa.
Zanim dotarła do hotelu, prawie straciła oddech, a pot lał jej się po plecach strużkami.
– No i gdzie on jest? – zdenerwowała się, gdy nie ujrzała przed wejściem przyjaciela. – Mateusz?!
Odpowiedziała jej cisza.
– Gdzie jesteś?! – Weszła do środka. – Mateusz! To bardzo ważne!
W olbrzymim budynku panowała temperatura jedynie odrobinę niższa niż na zewnątrz.
– Mateusz!
A jeśli podłoga się pod nim zarwała i leży teraz gdzieś nieprzytomny? – przestraszyła się nie na żarty.
Magda przebiegła przez cały parter, starając się nie myśleć o ostatniej swojej wizycie w tym budynku. Wpadła na piętro, wciąż nawołując chłopaka. Minęła salon, w którym siedziała przez długie godziny, opłakując śmierć cioci. Pomimo upału na jej skórze pojawiła się gęsia skórka, gdy przypomniała sobie moment, gdy usłyszała wtedy hałas na dole, a później ujrzała szaleńca z nożem…
– Wyglądał, jakby się rozkładał. – Zatrzymała się, nagle przywołując w pamięci ten okropny wieczór. – Czy on… czy to też był jeden z nich? Czy to był nija?
Czy gdyby go pokonała, zamiast uciekać, to również zamieniłby się w kupę gnijącego mięsa?
Wyjęła z kieszeni telefon, ale nie miała w tym miejscu zasięgu.
– Magda? – Usłyszała nagle ciche wołanie.
Zastygła w bezruchu nasłuchując.
– Magda?
– Mateusz?! – krzyknęła. – Gdzie jesteś?!
– Na drugim piętrze!
– Po cholerę tam właziłeś? Przecież tam wszystko ledwo się trzyma!
– Teraz mi to mówisz?! Nie wiem, jak wyjść…
– Cholera – mruknęła, biegnąc do schodów.
Jeszcze kilka lat temu Magda chodziła po drugim piętrze i nawet po strychu, ale teraz podłogi tam były w takim stanie, że mogły runąć nawet pod najmniejszym naciskiem.
– Co za okropny dzień – sapnęła, ostrożnie stawiając stopy na coraz wyższych stopniach. – I jeszcze się nie skończył.
Gdy stanęła pewnie na ostatnim piętrze, zawołała:
– Gdzie jesteś?!
– Tutaj!
Powoli ruszyła w stronę, skąd dochodził głos Mateusza, aż znalazła go w dużym pokoju mniej więcej w połowie korytarza. Pomieszczenie było w opłakanym stanie. Brakowało mu połowy sufitu, który prawdopodobnie zawalił się już dawno temu, zabierając ze sobą kawał podłogi po prawej stronie, w której ziała obecnie wielka dziura. Widać było przypalone miejscami deski stropowe, jakby kiedyś oparły się małemu pożarowi. Z większości ścian posypał się tynk, a w miejscu łukowatych okien ziały dwie wielkie dziury. Właśnie przy nich stał Mateusz.