Postawił krzesło pod klapą, po omacku wszedł na nie i machnął rękoma nad głową. Potem podskoczył lekko, mając nadzieję, że krzesło się pod nim nie załamie, lecz jakkolwiek by się nie starał, nie miał szans dosięgnąć sufitu.
Zszedł z krzesła i wysilił pamięć. Przecież już raz zaglądał tutaj, przyświecając sobie latarką i widział wszystko, co znajdowało się na dole.
– Nie było krzesła – szepnął do siebie. – Ale za to była sterta koców… kamienne ściany… beczka… plamy krwi.
Beczka! – wykrzyknął jego zmęczony umysł.
– No tak – sapnął, ruszając po omacku przed siebie.
Wkrótce jego dłonie natrafiły na chłodny metal. Zapierając się stopami o podłogę, spróbował przesunąć beczkę, ale ta ani drgnęła. Natychmiast opadł na kolana, zaczął palcami badać jej powierzchnię i szybko odkrył, że przymocowano ją do ściany za pomocą obejm i długich śrub. Przez chwilę mocował się z nimi, ale te nawet nie drgnęły.
Komu chciało się to robić? – pomyślał z przekąsem, a potem zaklął pod nosem, przykładając czoło do chłodnej beczki. Musiał coś wymyślić, po prostu musiał. Przed oczami pojawił mu się widok Magdy, za którą stał potępieniec z ramieniem otaczającym jej szyję, w każdej chwili gotów skręcić jej kark.
Feliks natychmiast oderwał się od beczki i na czworakach odszukał ścianę. Poruszając się wzdłuż niej, usiłował znaleźć chociaż kawałeczek luźnej zaprawy. Brodząc w ciemnościach, okrążył piwnicę, potem wstał i obszedł ją jeszcze raz, trzymając dłonie wyżej.
Niemal krzyknął z radości, gdy jego palce natrafiły na pustkę, która wkrótce okazała się być niewielką dziurą po brakującym kamieniu. Wyskrobanie zaprawy wokół kolejnego kamienia zdawało się trwać całą wieczność. Kosztowało Feliksa skórę zdartą z niemal całych dłoni, ale w tej chwili nie miało to większego znaczenia.
W końcu, ściskając mocno w pięści okrągły kamień, zbliżył się do beczki, palcami drugiej ręki namacał obejmy mocujące ją do ściany i uderzył. Po piwnicy rozniósł się głuchy huk. Feliks znieruchomiał i nasłuchiwał przez chwilę, ale poza dzwonieniem w uszach nie usłyszał nic.
Choć nie wszystkie uderzenia trafiły w cel, ześlizgując się po obejmach lub lądując na ścianie, śruby w końcu puściły. Feliks wyprostował się i wyrwał beczkę z drugiej obejmy, zapierając się plecami o ścianę. Na ziemię polała się stęchła woda.
Żniwiarz zaciągnął beczkę w miejsce, nad którym spodziewał się znaleźć klapę. Odwrócił ją dnem do góry i stanął na niej. Wyciągnął ręce w górę i dokładnie badając pozdzieranymi opuszkami palców deski w suficie, odnalazł właz. Spróbował go popchnąć, ale coś go blokowało od góry. Prawdopodobnie rozłożono na nim ciężki dywan. Lecz Feliks nie zamierzał poddać się tak łatwo. Przykucnął na beczce i sięgnął ręką po krzesło. Przez moment jego dłoń machała w powietrzu, ale zanim stracił równowagę, spoczęła na drewnianym oparciu. Podciągnął je i, opierając się o belki stropowe, ustawił krzesło na beczce.
Sprawdził stabilność swojej konstrukcji i zaklął głośno, gdy uznał, że nikt normalny nawet nie próbowałby na niej nawet stanąć, a potem wspiął się na krzesło i, przyciskając bark do włazu, naparł na niego z całej siły. Krzesło zatrzeszczało głośno, chybocząc się na wszystkie strony, beczka zaskrzypiała, ale klapa uniosła się o kilka centymetrów.
Feliks zrobił sobie przerwę na złapanie oddechu trwającą nie dłużej niż minutę i znów spróbował sforsować właz, który tym razem podniósł się jeszcze wyżej. Dało się słyszeć szuranie przesuwanego po podłodze dywanu.
– Jeszcze troszeczkę – sapnął żniwiarz, gdy krzesło zaczęło się niebezpiecznie chwiać. – Jeszcze odrobina…
Teraz mógł już wsunąć całe ramię w szparę, która powstała po uniesieniu włazu. Nagle krzesło się złamało, a Feliks, tracąc oparcie pod nogami, runął z hukiem na ziemię.
Uderzenie wypchnęło mu całe powietrze z płuc. Przed oczami na sekundę rozbłysło oślepiające światło, a potem żniwiarz znów pogrążył się w absolutnej ciemności.
Gdy tylko odzyskał oddech, spróbował usiąść na ziemi, dokonując szybkiej analizy obrażeń. Wszystko go bolało, ale najwyraźniej miał tyle szczęścia, że nic sobie nie złamał. Po dłuższej chwili znów się podźwignął, wsunąwszy za pasek ułamaną nogę krzesła. Wlazł na beczkę i ustawił na niej już trzynogie krzesło. Ostrożnie balansując na uszkodzonym meblu dosięgnął do klapy.
– Ostatnia szansa – zadecydował.
Wiedział, że krzesło i beczka nie wytrzymają więcej prób.
Spiął wszystkie mięśnie i sapiąc z wysiłku, podniósł właz jeszcze wyżej, blokując go ułamaną nogą krzesła. Wybił się stopami z krzesła, podciągnął na rękach i wkrótce znalazł się w pokoju nad piwnicą. Wyczołgał się spod dywanu i na chwiejnych nogach stanął przy drzwiach, nasłuchując.
Nie usłyszał żadnego dźwięku, dlatego delikatnie uchylił drzwi i wyjrzał na korytarz. Panował w nim półmrok, ale dla Feliksa, który właśnie spędził kilka godzin w ciemnościach gęstych jak smoła, było tam tak jasno niczym w samo południe.
Nie miał przy sobie żadnej broni, a telefon mu zabrali. Jak miał uratować Magdę, skoro nie wiedział, gdzie ona jest, ani nawet nie mógł do niej zadzwonić i ostrzec przed niebezpieczeństwem?
Zajrzał ostrożnie do drugiego pokoju, ale nie było tam żywej duszy. Ruszył więc do kuchni, lecz i ona była pusta. Wzrok Feliksa padł na suszarkę do naczyń stojącą przy zlewie. Wystawała z niej rękojeść długiego noża. Bezszelestnie wysunął go, sprawdził, czy jest dobrze wyważony i ostrożnie przejechał palcem po ostrzu. Gdyby zechciał, mógłby się nim ogolić.
Tak uzbrojony wyszedł z domu. Popołudniowy skwar zelżał trochę, słońce skryło się za chmurami, a ciemny horyzont przeszyła błyskawica. Chwilę potem po niebie przetoczył się potężny grzmot. Trawy i drzewa stały nieruchomo i nawet najmniejszy podmuch wiatru nie mącił dusznego powietrza. Wieś zdawała się tak samo opuszczona, jak kilka godzin wcześniej, gdy nieświadom tego, co działo się tuż pod jego nosem, przyjechał tu na rowerze, szukając samochodu, którym uprowadzono Nadię.
Feliks ostrożnie dotarł do zarośniętego ogrodu. Kilka metrów przed nim stał leżak, a na nim leżał Blank. Feliks uśmiechnął się pod nosem. Żniwiarz czy nie, każde ciało ma swoje prawa, szczególnie do popołudniowej drzemki.
To jest za proste – pomyślał, bezgłośnie krocząc w kierunku wroga. A może to pułapka? – poczuł ukłucie niepokoju. Cóż… Jest tylko jeden sposób, żeby się przekonać.
Zaszedł fotel od tyłu i przyłożył zimne ostrze do gardła Blanka dokładnie w tej samej chwili, gdy po niebie przetoczył się kolejny grzmot.
Stary żniwiarz otworzył oczy, nawet nie drgnąwszy.
– Gdzie mój telefon? – warknął Feliks.
– Pierwszy go zabrał. Wielu już było zamkniętych w naszej piwnicy. Krzyczeli, hałasowali, często przyprawiając mnie o ból głowy. Wielu próbowało, ale tylko tobie i Nadii udało się uwolnić. Jak to zrobiłeś?
– Daj mi swój telefon. – Feliks był pewien, że ma coraz mniej czasu.
– Nie mam telefonu, a ty i tak już nie zdążysz…
– Zabiję cię – zagroził Feliks, mocniej przyciskając ostrze do pomarszczonej skóry, delikatnie ją nacinając.
– Proszę bardzo. Znajdę kolejne ciało. Będzie to pewne utrudnienie, ale nie aż tak wielkie.
– Gdzie jest Magda?
– To śmieszne, że jest tak blisko. I przyszła do niego po śmierć…
Feliks z trudem powstrzymywał się, aby nie poderżnąć starcowi gardła.
Nagle usłyszał warkot silnika na drodze wiodącej przez wieś.
Żniwiarz wiedział, że nie wyciągnie już nic sensownego od Blanka. Trzeba będzie spróbować gdzieś indziej. Mocniej zacisnął pięść na rękojeści noża i uderzył starca w skroń. Ten stęknął głucho i zwiotczał na fotelu.