– Wiem, jak wyglądasz – warknął Feliks. – Jeszcze cię dopadnę.
Ignorując ból promieniujący na całe ciało, popędził na podjazd, gdzie z samochodu wysiadało właśnie dwóch potężnych potępieńców.
– Ej, ty… – zaczął ten bliższy, gdy w jego szyję wbiło się ostrze rzuconego przez Feliksa noża. Złapał się za gardło, a spod jego palców trysnęła jasna krew. Osunął się na ziemię, charcząc głośno.
Żniwiarz dopadł do niego, wyszarpnął nóż i ruszył w stronę drugiego potępieńca. Ten z przerażeniem w oczach cofnął się nieco, chcąc sięgnąć po coś w samochodzie. Feliks kopnął drzwiczki, uderzając nimi w żebra potępieńca. Drab osunął się na kolana. Żniwiarz jedną dłonią złapał go za głowę i uderzył nią w samochód, a potem przyklęknął przed nim i przyłożył mu nóż do gardła.
– Gdzie Magda? – warknął cicho.
– Ee? – stęknął barczysty mężczyzna.
– Gdzie Pierwszy?!
– W starym… hotelu…
Feliks przejechał ostrzem po jego szyi. Wiedział, że tak naprawdę go nie zabije. Że za jakiś czas to potężne ciało zamieni się w kupę zgniłego mięsa, które kiedyś może było krową lub świnią, a potem wygrzebie się z niego ohydny stwór nie większy od szczura. Jednak nie mógł pozwolić mu ostrzec jego pana.
Obolały, brudny i zakrwawiony wyszedł na brukowaną ulicę, dzierżąc w dłoni kuchenny nóż. Niczym anioł zemsty i śmierci stanął na środku drogi. Gdyby w to wszystko nie była zamieszana Magda, może doceniłby dramatyzm sytuacji, gdyż w tej samej rozległ się grzmot, a niebo już w połowie zakryło się czarnymi chmurami. Powiał zimny wiatr, mierzwiąc mokre od potu włosy żniwiarza.
Feliks wziął głęboki wdech, a potem zerwał się do biegu.
Szybko dotarł do skrzyżowania za Grzmiącą, gdzie stał samochód Magdy, co utwierdziło go w przekonaniu, że potępieniec nie kłamał, jak i również napełniło jego serce jeszcze większym strachem.
¢
Magda cofnęła się o krok. Zerknęła przez ramię i ujrzała wielką wyrwę w podłodze, która była stanowczo za blisko niej. Pod butami zachrzęściła cienka warstwa gruzu.
Serce biło jej jak oszalałe, setki myśli przelatywały przez umysł z prędkością światła, lecz żadna z nich nie odpowiedziała na pytanie: „co zrobić, aby wyjść z tego cało?”
Wielki bury wilczur, który jeszcze miesiąc temu wydawał jej się przyjazną przytulanką, obnażył wszystkie zęby warcząc gardłowo. Z drugiej strony stał człowiek, który nie przypominał już ani trochę małomównego, spokojnego Mateusza. Jego oczy, czarne niczym piekielna otchłań, wpatrywały się w nią beznamiętnie, zaś twarz nie wyrażała żadnych emocji. Magda zdała sobie sprawę z tego, że nawet w myślach nie potrafi już nazwać go Mateuszem. Prawdziwy Mateusz odszedł z tego świata dawno temu, a jego miejsce zajął Pierwszy.
Jeszcze jeden krok do tyłu i poczuła, jak podłoga się pod nią zapada. Coś zatrzeszczało pod jej stopami, a za oknem świat umilkł, jakby wstrzymywał oddech, niepewny tego, co miało się zaraz wydarzyć.
Nagle zdała sobie sprawę, że wciąż trzyma w dłoni butelkę z szarą cieczą. Bez większego zastanowienia, wiedziona instynktem, cisnęła nią w górę. Butelka roztrzaskała się na suficie, a odłamki szkła zmieszane z cuchnącą miksturą spadły na głowę i ramiona Pierwszego.
– Co ty robisz? – zapytał, nie ruszając się z miejsca. Jej atak nie zrobił na nim najmniejszego wrażenia.
Magda nie odpowiedziała, zaczynając bezgłośnie recytować egzorcyzm. Jej usta poruszały się układając w słowa:
– Exorcizámos te, ómnis immúnde spíritus, ómnis satánic potéstas, ómnis infernális adversárii, ómnis légio, ómnis congregátio et sécta diabólica…
– Przecież mówiłem ci, że to na mnie nie działa – powiedział Pierwszy, ścierając z twarzy płyn.
– …in nómine et virtúte Dómini nóstri Jésu Chrísti – kontynuowała Magda.
– Nic ci to nie da – powiedział żniwiarz, ale w obliczu śmierci dziewczyna postanowiła się trzymać jedynego, co znała. I choć zdawała sobie sprawę z tego, że to nie ma sensu, nie potrafiła przestać recytować.
– Non últra áudeas, sérpens callidíssime, decípere humánum genus Dei Ecclésiam pérsequi.
Pierwszy spojrzał na wilczura i gwizdnął cicho, wskazując dziewczynę brodą.
Za oknem błysnęło, a chwilę później dało się słyszeć grzmot.
– Ac Dei eléctos excútere et cribráre sicut tríticum!
Pies, wciąż obnażając wszystkie zęby, zaczął iść w stronę dziewczyny.
Może uda jej się zeskoczyć piętro niżej, a stamtąd uciec z hotelu. Pobiec wąską ścieżką do samochodu, odszukać Feliksa, zabarykadować się w domu i… przeżyć.
Jeszcze jeden krok do tyłu i kolejny. Podłoga zaczęła trzeszczeć coraz głośniej.
Pierwszy podniósł z ziemi gruby pręt zbrojeniowy i zrobił kolejny krok w stronę Magdy. Był już coraz bliżej.
– Sama spadniesz, czy mam ci pomóc? – zapytał, wznosząc metal nad głowę.
Na zewnątrz zaczął padać deszcz.
¢
Feliks pędził w strugach deszczu. Ślizgał się w błocie, kilka razy prawie upadł, a woda zalewała mu oczy. Był cały mokry, ubranie lepiło mu się do ciała, ale nie dbał o to. Świat ogarnęła ciemność, co chwilę rozświetlana błyskawicami.
Żniwiarzowi brakowało już tchu, płuca paliły żywym ogniem, coś kłuło w boku, zaś wszystkie mięśnie drżały z bólu, lecz nie przestawał biec.
Gdy dojrzał między drzewami stare, zniszczone mury hotelu, nie zatrzymał się, ani nawet nie zwolnił.
– Magda!!! – wrzasnął.
Odpowiedział mu donośny grzmot i wiatr wyjący w koronach drzew.
Wbiegł do budynku przez główne wejście i rozejrzał się nerwowo.
Gdzie ona jest?! – pomyślał w panice. Hol rozgałęział się i przeszukanie całego hotelu zajęłoby zbyt wiele czasu.
Nagle do uszu żniwiarza dotarły słabe głosy.
Na górze!
Pobiegł do schodów i przeskakując po dwa stopnie naraz, zaczął piąć się na piętro, a potem jeszcze wyżej. Czuł gruz umykający mu spod butów. Miał wrażenie, że gdyby tylko się zatrzymał, schody zawaliłyby się.
Przebiegł przez korytarz i wpadł do dużego, zniszczonego pomieszczenia.
Zobaczył Magdę chwiejącą się nad samą krawędzią zarwanej podłogi i Mateusza zbliżającego się do niej z uniesionym wysoko prętem.
Mateusz?! – przez ułamek sekundy Feliks nie mógł zrozumieć, co tu się działo.
– Nie!!! – krzyknął, gdy w końcu zrozumiał.
Mateusz odwrócił się i spojrzał na niego zaskoczony.
– Ty? – zdziwił się.
– Odsuń się od niej! – rozkazał żniwiarz.
Chłopak prychnął rozbawiony, a potem machnął dłonią od niechcenia, jakby odganiał natrętną muchę.
Feliks zrobił krok w jego kierunku i nagle kątem oka dostrzegł wielki, ciemny kształt. Usłyszał gardłowy warkot, gdy wpadła na niego szara masa mięśni i pazurów. Ostre zęby wbiły mu się w ramię. Żniwiarz poczuł rozbłysk bólu i stracił równowagę. Z głuchym łupnięciem uderzył barkiem o podłogę, w biodro wbił mu się kawał cegły. Nóż wypadł mu z ręki i odbiwszy się od podłogi wylądował gdzieś pośród gruzów. Feliksa zaczęła ogarniać ciemność.
– Nie!!!
Wrzask Magdy otrzeźwił go. Szeroko otworzył oczy i wbił palce w porośniętą grubym futrem szyję psa. Czuł oddech cuchnący zgniłym mięsem, kropelki śliny kapały mu na twarz, ostre pazury drapały brzuch i uda.
Gdzie jest ten nóż?! – Oderwał jedną rękę od gardła bestii i wyrzucił ją w bok, szukając czegokolwiek, co pomogłoby mu obezwładnić psa. Niestety jak na złość, jego palce szurały tylko po zakurzonym betonie nie mogąc natrafić na żadną broń.
¢
On go zabije! – myślała gorączkowo Magda, widząc, jak jej wujek szamocze się z psem.
Pierwszy oderwał wzrok od Feliksa, pewny, że potępieniec poradzi sobie z rannym żniwiarzem. Odwrócił głowę w stronę Magdy i postąpił krok naprzód.
To koniec – pomyślała dziewczyna. Była w potrzasku, nie mogła liczyć na pomoc wujka, a sama nie miała szans w starciu z Pierwszym, jednak ta myśl pozwoliła jej się uspokoić. Umrze, ale przecież nic gorszego nie może się już stać. Miała jeszcze tylko jedną rzecz do załatwienia.