– Ímperat tíbi Deus altíssimus – podjęła ponownie. Ku jej zaskoczeniu, Pierwszy drgnął nieznacznie. Mrugnął oczami, jakby obraz przed nim się rozmazał.
– Recéde ergo in nómine Patris, et Fílii… – mówiła coraz szybciej Magda.
Jeszcze krok a skoczy.
– Et Spíritus Sancti! – dokończyła z mocą.
Gdy wypowiadała ostatnie słowo, naraz stało się kilka rzeczy. Na zewnątrz uderzył piorun, Pierwszy osunął się na kolana, a podłoga trzasnęła głośno i uciekła spod stóp Magdy.
Dziewczyna z krzykiem rzuciła się do przodu i w ostatniej chwili, boleśnie uderzając żebrami o betonowy fragment podłogi, zawisła w powietrzu. Obejrzała się za siebie, gorączkowo zastanawiając się, czy uda jej się skoczyć i to przeżyć. Pierwsze piętro nie wytrzymało ciężaru gruzów i zawaliło się jeszcze niżej, zatrzymując się na poziomie piwnicy w chmurze pyłu i kurzu.
Magda spróbowała podciągnąć się wyżej, ale wystający kawałek podłogi, którego się trzymała, nagle się oderwał. Straciła oparcie i pomimo usilnych prób zaczepienia o coś palców, zaczęła osuwać się coraz niżej i niżej.
– Nie, nie, nie – jęknęła w panice, gdy w końcu uczepiła się pręta zbrojeniowego wystającego poziomo z podłogi.
Czuła nie tylko jak metal kaleczy jej dłonie, ale co gorsza, jak przesuwa się pod jej palcami. Jeszcze tylko kawałeczek, a się z niego zsunie.
Wtem zobaczyła nad sobą twarz Pierwszego. Wrzasnęła z przerażeniem, ale on wyciągnął w jej stronę rękę.
– Chwyć mnie za rękę! – krzyknął.
To nie był głos, który znała. Nie znała również tej twarzy, ani głębokich, ciemnoniebieskich oczu.
– Chwyć mnie za rękę! – powtórzył.
Z trudem złapała za dłoń Mateusza. Poczuła, jak silne palce zaciskają się na jej nadgarstku. Po chwili puściła metal drugą dłonią i wczepiła się w jego przedramię.
Mateusz sięgnął lewą ręką do barków Magdy i złapał ją za bluzkę, usiłując podciągnąć dziewczynę wyżej.
Nagle rozległ się ponowny trzask, szarpnęło podłogą, która opadła zaledwie kilka centymetrów niżej, ale to wystarczyło, żeby Magda zawisła nad przepaścią, trzymając Mateusza zaledwie za palce.
– Nie! – sapnął chłopak, czując, jak dziewczyna wymyka mu się z rąk.
¢
Feliks ostatkiem sił zarzucił nogę na grzbiet psa. Po chwili siłowania, udało mu się skrzyżować kostki i mocno ścisnął udami klatkę piersiową zwierzęcia, a ramionami objął go za szyję.
Pies dyszał ciężko, drapał i wierzgał łapami, usiłując uwolnić się, ale żniwiarz napiął do granic możliwości wszystkie mięśnie i nie zwolnił uchwytu nawet o milimetr.
Bestia zaczęła tracić siłę. Wyrywała się coraz słabiej, aż w końcu zupełnie znieruchomiała.
Feliks zrzucił z siebie nieruchome cielsko i stanął na chwiejnych nogach.
Zobaczył Pierwszego pochylonego nad dziurą w podłodze.
– Zostaw ją! – krzyknął i dopadł żniwiarza.
Złapał go za bark i pociągnął do tyłu, a potem uderzył pięścią w twarz.
Pochylił się nad wyrwą, ale nie zobaczył Magdy, tylko głęboką dziurę, zasnutą chmurą pyłu. Chciał już teraz rzucić się za dziewczyną, ale najpierw musiał obezwładnić Pierwszego.
Odwrócił się i wymierzył kolejny cios. Pierwszy nie próbował się bronić, nawet nie uniósł rąk, gdy opadały na niego kolejne ciosy.
– Ona… spadła… – odezwał się po chwili, jakby był w szoku.
Dopiero teraz Feliks dostrzegł ciemnoniebieskie oczy.
– Pierwszy?!
Chłopak spojrzał na niego z niezrozumieniem, krew ciekła mu z kącika ust, jedno oko zaczęło puchnąć.
– Kim jesteś?! – wrzasnął na niego żniwiarz.
– Ja… ja nie wiem…
– Niech cię szlag! – krzyknął Feliks, zaciskając palce na koszulce tuż pod brodą chłopaka.
Po chwili wahania, żniwiarz odepchnął go od siebie.
– Zostań tu! – nakazał, po czym wypadł z pokoju. Zbiegł na parter i skręcił w lewe skrzydło budynku, gdzie wciąż wirował szary kurz.
Żniwiarz popędził przed siebie i mało brakowało, a sam wpadłby w dziurę w podłodze.
– Nie – jęknął.
Usiadł na krawędzi i zeskoczył do piwnicy, lądując na zwałach gruzu. Przed nim leżała nieruchoma Magda. Z jej piersi wystawał zakrwawiony pręt zbrojeniowy.
Feliks zapakował zakupy do plecaka i wyszedł ze sklepu. Pogoda była słoneczna, a na niebie stroszyło się kilka chmurek. Żniwiarz ruszył przed siebie, wiedząc, że w domu czeka na niego tylko pustka.
Wciąż mu jej brakowało. Jej serdecznego śmiechu, tego, jak karciła go za różne głupoty, jakby to ona była od niego starsza o ponad sto lat. Czasem miał wrażenie, że była jedyną osobą na tym świecie, która go rozumiała. Minęło już tyle czasu od jej śmierci, a on wciąż przyłapywał się na tym, że czekał, aż usłyszy zgrzyt zamka w drzwiach, albo tupanie na piętrze, kiedy tańczyła do muzyki, pewna, że nikt jej nie widział i nie słyszał.
Nadal nie potrafił spojrzeć w oczy jej rodzicom. Oboje ciężko to znieśli. Ale czego się spodziewać po ludziach, którzy stracili ukochaną córkę? A najgorsze było to, że wcale nie obwiniali Feliksa o śmierć Magdy. A przynajmniej tak twierdzili.
Jednak Feliks doskonale wiedział, że to jego wina. Gdyby tylko potrafił trzymać ją na dystans, gdyby nie pozwolił jej zamieszkać ze sobą, Pierwszy może nie potraktowałby jej jako marionetki, może nie zostałaby wplątana w to wszystko. A gdyby nie wyrzucił jej z domu…
Przez wiele miesięcy gnębiły go wyrzuty sumienia. Wydarzenia z ubiegłego roku analizował tysiące razy, myślał o tym, co mógł zrobić inaczej.
Dzień był ciepły i słoneczny. Ludzie wylegli na ulice, właściciele psów kręcili się po parku, kilku chłopców zebrało się pod budką z lodami, a grupka hałaśliwych nastolatków maszerowała nad pobliskie jezioro. Jak na złość wszędzie widział uśmiechnięte twarze cieszące się życiem.
Niedługo miała minąć rocznica jej śmierci. Uważał to za okrutny żart, że zginęła właśnie w swoje urodziny. Już nigdy nie wybierze się z nią do lasu po krew świętego Jana. Nie będzie żadnych żartów o szukaniu kwiatu paproci.
¢
Feliks miał wrażenie, że na pogrzebie zjawili się wszyscy mieszkańcy Wiatrołomu. Było wiele młodych osób, zapewne znajomych ze szkoły, dawni nauczyciele i klienci księgarni. Tylko garstka wiedziała o tym, co tak naprawdę się stało.
Przez całą ceremonię Feliks trzymał się na uboczu. Jakoś nie potrafił stanąć wśród licznych członków rodziny oraz przyjaciół, nie mógł spojrzeć im w twarze. Tam dołączył do niego Waldemar.
– Myślałem, że ty nigdy nie opuszczasz tej nory, którą zwiesz swoim domem – mruknął żniwiarz.
– Dla tej dziewczyny się poświęciłem – odparł lekarz. – Przynajmniej tyle mogłem zrobić.
Feliks skinął głową. Tak naprawdę nie był zdziwiony, że i w życiu starego lekarza mającego problemy z alkoholem, Magda zapaliła płomyk nadziei na lepsze jutro.
– A co z tym chłopakiem? – zapytał Waldemar.
Żniwiarz wzruszył ramionami, patrząc na rodzinę Wilków stojącą w tłumie żałobników.
Wszyscy mieli ponure, smutne miny. Ciotka Mateusza uroniła kilka łez. Nawet młody Aleks wyglądał, jakby ledwie powstrzymywał płacz. Zaś Mateusz przez cały czas stał tam nieruchomo z bladą twarzą, jakby do końca nie zdawał sobie sprawę z tego, gdzie się znajduje.
Gdy tylko przekonał się, że Magda nie żyje, Feliks dopadł zdezorientowanego chłopaka i wydusił z niego całą prawdę. Okazało się, że Mateusz niewiele pamiętał z tego, co działo się w ciągu ostatnich miesięcy. Wydawał się być w głębokim szoku. Miał wyrzuty sumienia, że nie potrafił uratować tej dziewczyny. W pierwszej chwili nawet nie potrafił sobie przypomnieć jej imienia.
Feliks wiedział, że chłopak był tylko narzędziem w rękach Pierwszego i sam miał po czym rozpaczać – w końcu ten zabił jego dziadków – ale żniwiarz nie potrafił na niego spojrzeć, nie czując palącej nienawiści.
Spod hotelu Feliks popędził w strugach deszczu do domu w Grzmiącej, ale nikogo już tam nie zastał. Od tamtej pory przez wiele miesięcy prawie nie spał i nie jadł, próbując odnaleźć morderców Magdy i Nadii, ale Pierwszy przepadł niczym kamień w wodę, Feliks nawet zaczął się zastanawiać, czy w ogóle żyje. Blank wraz ze swoimi potępieńcami jakby zapadł się pod ziemię.