– Jakiż to zwyczaj? – spytał zbielałymi ustami Nero.
– Szyję ci chwycą w widły i zasmagają cię na śmierć, a ciało wrzucą w Tyber! – odrzekł szorstko Epafrodyt.
On zaś roztworzył płaszcz na piersiach.
– A więc czas! – rzekł spojrzawszy w niebo.
I jeszcze raz powtórzył:
– Jakiż artysta ginie!
W tej chwili rozległ się tętent koni. To centurion na czele żołnierzy przybywał po głowę Ahenobarba.
– Śpiesz się! – zawołali wyzwoleńcy.
Nero przyłożył nóż do szyi, lecz kłuł się tylko dłonią bojaźliwą i widać było, że nigdy nie ośmieli się zagłębić ostrza. Wówczas niespodzianie Epafrodyt popchnął mu rękę i nóż wszedł aż po głownię, a jemu oczy wyszły na wierzch, straszne, ogromne, przerażone.
– Przynoszę ci życie! – zawołał wchodząc centurion.
– Za późno – odrzekł chrapliwym głosem Nero.
Po czym dodał:
– Oto jest wierność!
W mgnieniu oka śmierć poczęła obejmować mu głowę. Krew z grubego karku bluzgała czarnym strumieniem na ogrodowe kwiaty. Nogi jego poczęły kopać ziemię – i skonał.
Wierna Akte obwinęła go nazajutrz w kosztowne tkaniny i spaliła na przepełnionym wonnościami stosie.
I tak minął Nero, jak mija wicher, burza, pożar, wojna lub mór, a bazylika Piotra panuje dotąd z wyżyn watykańskich miastu i światu.
Wedle zaś dawnej bramy Kapeńskiej wznosi się dzisiaj maleńka kapliczka z zatartym nieco napisem: „Quo vadis, Domine?”