Meredith z uśmiechem obserwowała, jak zbliżał się do jej biurka.
– Jesteś gotów do wyjazdu?
– Thorp właśnie zadzwonił do mnie i odwołał nasze spotkanie – powiedział i ciężko usiadł na stojącym opodal krześle. Był rozzłoszczony i rozdrażniony. – Wygląda na to, że zaakceptowali już dwudziestomilionowy kontrakt na zakup tej ziemi. Kupiec chciał zachować tę transakcję w tajemnicy aż do teraz i to dlatego Thorp odkładał spotkanie ze mną. Ta ziemia jest teraz własnością działu handlu nieruchomościami dużego konglomeratu firm.
Meredith poczuła się gorzko rozczarowana i nie chciała zaakceptować tej porażki.
– Skontaktuj się z nowym właścicielem i dowiedz się, czy chcieliby to sprzedać.
– Już to zrobiłem. Absolutnie chcą sprzedać tę ziemię – powiedział Sam z sarkazmem.
Meredith, zaskoczona tonem jego głosu, nalegała:
– W takim razie nie traćmy czasu. Zacznij z nimi negocjować.
– Próbowałem. Chcą trzydziestu milionów i ta kwota nie podlega negocjacjom.
– Trzydzieści milionów. To po prostu śmieszne! – wykrzyknęła, unosząc się ze swojego miejsca. To jakieś szaleństwo! Ta ziemia jest warta, biorąc pod uwagę dzisiejszą sytuację ekonomiczną, najwyżej dwadzieścia siedem milionów, a zapłacili za nią dwadzieścia!
– Powiedziałem to samo ich dyrektorowi, ale on podchodzi do tego na zasadzie: nikt was nie zmusza do tego zakupu.
Meredith wstała i niespokojna podeszła do okna. Próbowała zdecydować, co robić dalej. Ta ziemia położona blisko Gallerii była najbardziej korzystną lokalizacją dla filii „Bancrofta”, jaką gdziekolwiek, kiedykolwiek widziała. Chciała, żeby ten sklep został tam wybudowany, i nie miała zamiaru się poddać.
– Czy oni sami planują zagospodarowanie tego terenu? – zapytała, wracając do biurka. Zagubiona w myślach oparła się o jego brzeg i skrzyżowała ręce na piersiach.
– Nie.
– Powiedziałeś, że należą do dużego konglomeratu. Którego?
Sam Green, tak samo jak niemal wszyscy w „Bancrofcie”, był najwyraźniej świadom tego, że nazwisko Meredith było przez plotkarską prasę wiązane z nazwiskiem Matthew Farrella, dlatego też zawahał się kilka sekund, zanim odpowiedział:
– Intercorp.
Aż uniosła się z niedowierzaniem i wściekłością.
– Żartujesz sobie! – wykrzyknęła. Spojrzał na nią ironicznie.
– Wyglądam na człowieka, który żartuje?
Wiedziała, że niechętne wymienienie przez Sama nazwy Intercorp oznaczało, że nie musiała udawać, że to była czysto handlowa batalia. Z wściekłością powiedziała:
– Zabiję za to Matthew Farrella!
– Uznam tę groźbę za element naszej rozmowy na zasadzie prawnik – klient, żebym nie musiał zeznawać przeciwko tobie, jeśli naprawdę to zrobisz.
Była wstrząśnięta; patrzyła na Sama z niedowierzaniem. Przypomniała sobie przepowiednie Stuarta, że Matt chciał zemsty. Już nie miała wątpliwości, że zakup tej ziemi przez Intercorp nie był zbiegiem okoliczności. Najwyraźniej była to próbka tych nieprzyjemności, przed jakimi Pearson ostrzegał dzisiaj Stuarta.
– Co chcesz robić dalej?
Rzuciła mu zagniewane spojrzenie.
– Zaraz po tym jak go zabiję? Rzucę jego nędzne ciało na pożarcie rekinom. Niemoralny, podstępny… – przerwała, starając się uspokoić. Stanęła za swoim biurkiem. – Muszę to przemyśleć, Sam. Porozmawiamy o tym w poniedziałek.
Kiedy Sam wyszedł, zaczęła krążyć nerwowo. Przemierzała swój gabinet wzdłuż okien tam i z powrotem. Próbowała opanować wściekłość na niego, żeby myśleć obiektywnie i konstruktywnie. Matt mógł zmienić jej życie osobiste w koszmar; mogła sobie z tym w jakiś sposób poradzić przy pomocy Stuarta. Teraz jednak atakował Bancroft i S – ka, a to wpędzało ją w panikę i rozwścieczało ją o wiele bardziej niż jego jakiekolwiek osobiste ataki na nią. Musiała go powstrzymać i to teraz. Bóg jeden wie, co jeszcze zaplanował albo, gorzej, jakie działania już uruchomił.
Ciągle rozzłoszczona wplotła palce we włosy u nasady karku i krążyła po pokoju, aż powoli uspokoiła się i zaczęła myśleć.
– Dlaczego on to robi? – powiedziała głośno w przestrzeń. Odpowiedź wydawała się jasna: był to jego sposób odegrania się za pokrzyżowanie jego planów w Southville. Był miły w czasie lunchu w ubiegłym tygodniu do chwili, kiedy dostał wiadomość o Southville. Najwyraźniej przyczyną tej batalii była ingerencja jej ojca w komisji ziemskiej.
To wszystko było już teraz zupełnie niepotrzebne! W jakiś sposób musi sprawić, żeby jej wysłuchał! Żeby zrozumiał, że wygrał tę bitwę, co jej ojciec gotów był potwierdzić. Wszystko, co Matt musiał zrobić, żeby uzyskać akceptację swojej prośby w komisji ziemskiej, to przedstawić ją ponownie temu gremium! Jako że Stuarta nie było w pobliżu, żeby odwieść ją od tego, Meredith podjęła jedyne możliwe działanie. Dziarskim krokiem podeszła do swojego biurka i wykręciła numer biura Matta.
Kiedy jego sekretarka odebrała telefon, Meredith zniżyła głos, próbując go zmienić.
– Mówi… Phyllis Tilsher – powiedziała, podając nazwisko swojej sekretarki. – Czy zastałam pana Farrella?
– Pan Farrell wyszedł już do domu. Będzie w biurze dopiero w poniedziałek po południu.
Meredith zerknęła na zegarek zaskoczona. Była już piąta po południu.
– Nie zdawałam sobie sprawy, że jest już tak późno. Nie mam przy sobie jego domowego telefonu, czy mogłaby mi go pani podać?
– Nie jestem upoważniona do przekazywania komukolwiek domowego numeru telefonu pana Farrella – powiedziała. – To polecenie pana Farrella.
Meredith odłożyła słuchawkę. Nie wytrzyma czekania do poniedziałku, a dzwonienie do niego do biura było i tak stratą czasu. Nawet jeśli poda fałszywe nazwisko, sekretarka będzie na pewno nalegać, zanim ją połączy, żeby powiedziała, w jakiej sprawie dzwoni. Mogłaby iść w poniedziałek do jego biura, ale w tym nastroju na pewno nie zechciałby jej przyjąć i kazałby ochronie wyrzucić ją z budynku. Jeśli nie uda jej się nakłonić go do rozmowy w biurze, a nie odważy się czekać. do poniedziałku, to musi dotrzeć do niego…
– …w domu! – powiedziała głośno.
Dotarcie do niego do domu było o wiele lepszym pomysłem; w domu nie ma sekretarki, która ma przykazane, żeby nie dopuścić do jej rozmowy z nim. Łudząc się, że jakimś cudem numer jego telefonu może nie być zastrzeżony, zadzwoniła do informacji.
Poinformowano ją tam z przykrością, że jego numer nie figuruje w rejestrze. Rozczarowana, ale nie pokonana odłożyła słuchawkę. Nie miała zamiaru poddać się teraz, kiedy zdecydowała, że porozmawia z nim w jego mieszkaniu. Jej plan miał szanse powodzenia i zarysowała się możliwość wprowadzenia go w życie. Ogarnął ją spokój. Poczuła niezłomne postanowienie realizacji tego zamierzenia, stojące zresztą w jaskrawej sprzeczności z jej delikatnym wyglądem i łagodnym głosem. Próbowała przypomnieć sobie kogoś, kto miałby numer jego domowego telefonu i kto byłby skłonny go jej dać. Przymknęła oczy. Skoncentrowała się. Matt towarzyszył Alicji Avery w operze, a Stanton Avery rekomendował Matta jako ewentualnego członka klubu w Glenmoor. Uśmiechnęła się z satysfakcją i odnalazła w swoim notesie numer telefonu Stantona. Wykręciła go.
Zgodnie z tym, co usłyszała od kamerdynera, pan Avery i jego córka przebywali w rezydencji w St. Croix i spodziewano się ich powrotu dopiero za tydzień. Meredith przez chwilę miała ochotę na wyciągnięcie od służącego numeru ich telefonu w St. Croix, ale po chwili zastanowienia uświadomiła sobie, że Stanton raczej nie dałby jej numeru telefonu Matta. Bardziej prawdopodobne było, że chciałby chronić Matta przed kobietą, która obraziła go w operze i której ojciec zablokował jego członkostwo w Glenmoor. Odłożyła słuchawkę i zadzwoniła do Glenmoor z zamiarem poproszenia dyrektora klubu o podanie jej numeru Matta z jego podania o członkostwo.
Timmy Martin niestety już wyszedł z biura.
Przygryzając wargę, zaakceptowała fakt, że teraz nie zostaje jej już nic, jak tylko pójść do mieszkania Matta. Perspektywa konfrontacji ze wściekłym Matthew Farrellem i to na jego gruncie, przyprawiała ją o dreszcze. Poczuła ciarki na plecach, przypominając sobie wyraz jego twarzy, kiedy nazwała jego ojca brudnym pijakiem. Odchyliła głowę do tyłu i przymknęła oczy. Czuła żal pomieszany ze strachem i złością. Gdyby tylko jej ojciec nie przeszkodził prośbie Matta do komisji ziemskiej… gdyby go nie poniżył zablokowaniem jego członkostwa w Glenmoor. Gdyby wreszcie ona sama nie wybuchnęła wtedy w samochodzie… wtedy ich lunch zakończyłby się tak miło, jak się zaczął, i nie zdarzyłoby się nic z tego, co się dzieje teraz.
Żal jednak na pewno nie rozwiąże jej potężnego problemu. Otworzyła oczy, przygotowując się do tego, co musiała zrobić. Domowego numeru telefonu Matta nie znała, ale wiedziała dokładnie, gdzie mieszka. Tak samo, jak wiedział o tym każdy, kto czytał „Chicago Tribune”. Ubiegłomiesięczny dodatek niedzielny do tego pisma zawierał cztero stronicową, kolorową wkładkę poświęconą wspaniałemu apartamentowi, zajmującemu całe ostatnie piętro wieżowca w Berkeley Tower na Lake Shore Drive, który to apartament zakupił i niebanalnie wyposażył świeżo przybyły do miasta najbogatszy przedsiębiorca.