Выбрать главу

Zgodnie z tym, co usłyszała od kamerdynera, pan Avery i jego córka przebywali w rezydencji w St. Croix i spodziewano się ich powrotu dopiero za tydzień. Meredith przez chwilę miała ochotę na wyciągnięcie od służącego numeru ich telefonu w St. Croix, ale po chwili zastanowienia uświadomiła sobie, że Stanton raczej nie dałby jej numeru telefonu Matta. Bardziej prawdopodobne było, że chciałby chronić Matta przed kobietą, która obraziła go w operze i której ojciec zablokował jego członkostwo w Glenmoor. Odłożyła słuchawkę i zadzwoniła do Glenmoor z zamiarem poproszenia dyrektora klubu o podanie jej numeru Matta z jego podania o członkostwo.

Timmy Martin niestety już wyszedł z biura.

Przygryzając wargę, zaakceptowała fakt, że teraz nie zostaje jej już nic, jak tylko pójść do mieszkania Matta. Perspektywa konfrontacji ze wściekłym Matthew Farrellem i to na jego gruncie, przyprawiała ją o dreszcze. Poczuła ciarki na plecach, przypominając sobie wyraz jego twarzy, kiedy nazwała jego ojca brudnym pijakiem. Odchyliła głowę do tyłu i przymknęła oczy. Czuła żal pomieszany ze strachem i złością. Gdyby tylko jej ojciec nie przeszkodził prośbie Matta do komisji ziemskiej… gdyby go nie poniżył zablokowaniem jego członkostwa w Glenmoor. Gdyby wreszcie ona sama nie wybuchnęła wtedy w samochodzie… wtedy ich lunch zakończyłby się tak miło, jak się zaczął, i nie zdarzyłoby się nic z tego, co się dzieje teraz.

Żal jednak na pewno nie rozwiąże jej potężnego problemu. Otworzyła oczy, przygotowując się do tego, co musiała zrobić. Domowego numeru telefonu Matta nie znała, ale wiedziała dokładnie, gdzie mieszka. Tak samo, jak wiedział o tym każdy, kto czytał „Chicago Tribune”. Ubiegłomiesięczny dodatek niedzielny do tego pisma zawierał cztero stronicową, kolorową wkładkę poświęconą wspaniałemu apartamentowi, zajmującemu całe ostatnie piętro wieżowca w Berkeley Tower na Lake Shore Drive, który to apartament zakupił i niebanalnie wyposażył świeżo przybyły do miasta najbogatszy przedsiębiorca.

ROZDZIAŁ 33

Ruch uliczny na Lake Shore Drive przypominał raczej czołganie się i Meredith zaczęła się denerwować, czy okropna pogoda nie prognozowała mających nastąpić równie okropnych wydarzeń. Kiedy wyjeżdżała z garażu, zaczynał padać deszcz ze śniegiem. Wiatr zawodził jak potępiona dusza, uderzając raz za razem w jej samochód. Daleko przed nią ciągnęło się nieprzebrane morze błyszczących czerwienią tylnych świateł samochodów; na wschodzie jezioro Michigan niewątpliwie aż wrzało targane wichurą.

W przytulnym cieple swojego samochodu Meredith próbowała skoncentrować się na tym, co powie Mattowi, kiedy stanie z nim oko w oko. Musi to być coś, co ułagodzi jego wściekłość i przekona go, że nie powinien jej wyrzucać. Coś dyplomatycznego. Bardzo dyplomatycznego. Jej poczucie humoru, które nie miało ostatnio powodu, żeby się objawiać, wybrało ten mało fortunny moment i zaprezentowało jej niespodziewanie wizję siebie, pukającej do drzwi jego mieszkania i machającej na jego widok białą chusteczką z prośbą o pokój.

Obrazek ten był tak absurdalny, że uśmiechnęła się. Jednak jej następna myśl spowodowała, że jęknęła ze zwątpieniem: zanim dotrze do jego drzwi, będzie niewątpliwie musiała pokonać stanowisko ochrony i strażnika, co ze względów bezpieczeństwa mieszkańców jest zwykłą procedurą obowiązującą w luksusowych budynkach. Jeśli jej nazwisko nie będzie figurowało na liście oczekiwanych gości, nigdy nie przepuszczą jej do windy.

Zacisnęła dłonie na kierownicy; zaczęła ją ogarniać panika i frustracja. Zmusiła się, żeby wziąć długi, uspokajający oddech. Samochody ruszyły i udało jej się przyśpieszyć. Jakimś cudem musi pokonać ochronę. Nie będzie to łatwe, jeśli system obowiązujący w Berkeley Towers jest chociaż trochę podobny do tego, jaki stosowano w innych luksusowych domach. Odźwierny najpewniej wpuści ją do hallu, gdzie strażnik zapyta ją o nazwisko, przejrzy listę osób spodziewanych przez poszczególnych lokatorów i kiedy nie znajdzie na niej jej nazwiska, zaproponuje, żeby zadzwoniła na górę do Matta. I to był problem. Nie znała numeru telefonu Matta, a nawet gdyby go znała, była przekonana, że nie chciałby jej widzieć. Musi przejść przez stanowisko ochrony, używając wybiegu i dostać się na górę, nie alarmując Matta o swojej obecności.

W dwadzieścia minut później, kiedy zatrzymała samochód przy krawężniku przed budynkiem Matta, nie była w dalszym ciągu pewna, jak uda jej się tego dokonać, ale wiedziała, od czego zacznie.

Odźwierny podszedł do niej z parasolem, żeby osłonić ją przed deszczem. Wręczyła mu kluczyki do swojego samochodu, sięgnęła do teczki i wyjęła z niej dużą kopertę, zawierającą korespondencję jej ojca.

Od chwili, kiedy weszła do eleganckiego hallu, wszystko potoczyło się tak, jak się tego obawiała. Umundurowany strażnik zapytał o jej nazwisko, potem sprawdził listę leżącą na jego biurku, a nie znajdując na niej jej nazwiska, wskazał kremowożółty telefon stojący obok.

– Wydaje się, że pani nazwiska nie ma na dzisiejszej liście, panno Bancroft. Jeśli zechciałaby pani skorzystać z telefonu, może pani zadzwonić do pana Farrella. Muszę mieć jego zgodę na wpuszczenie pani na górę. Przepraszam za tę niedogodność.

Odnotowała z ulgą, że miał tylko dwadzieścia trzy, może dwadzieścia cztery lata; było bardziej prawdopodobne, że nabierze się na jej gierkę łatwiej niż starszy, bardziej doświadczony strażnik. Posłała mu uśmiech, który skruszyłby skałę.

– Proszę się nie usprawiedliwiać – zerknęła na tabliczkę z nazwiskiem na jego piersi. – Rozumiem to całkowicie, Craig, mam numer w notesie.

Czuła na sobie jego pełen podziwu wzrok, kiedy przetrząsała elegancką torebkę w poszukiwaniu notesu. Z kolejnym, usprawiedliwiającym uśmiechem jeszcze raz przerzuciła jej zawartość, po czym sprawdziła z kolei zawartość kieszeni płaszcza i w końcu zajrzała do trzymanej w dłoni koperty.

– O nie! – wybuchnęła, wyglądając na zrozpaczoną. – Mój notes. Nie mam go przy sobie, Craig. Pan Farrell czeka na te dokumenty. – Potrząsnęła dużą kopertą. – Musisz pozwolić mi wejść na górę.

– Wiem – wymamrotał, błądząc oczyma po jej pięknej, pełnej napięcia twarzy, po czym przywołał się do porządku. – Ale nie mogę tego zrobić. To wbrew przepisom.

– Naprawdę muszę tam wejść – prosiła i w końcu, zdesperowana, zrobiła coś, czego normalnie nigdy nie robiła Meredith Bancroft, ceniąca swoją prywatność i nienawidząca ludzi mimochodem rzucających swoje nazwisko dla zrobienia wrażenia, spojrzała młodemu człowiekowi prosto w oczy, uśmiechnęła się i powiedziała: – Czy ja już pana gdzieś nie spotkałam? Musiałam pana już gdzieś widzieć… tak, oczywiście… w sklepie!

– Co takiego… w jakim sklepie?

– Bancroft S – ka! Jestem Meredith Bancroft – obwieściła, aż skręcając się wewnętrznie, słysząc przyduszony, entuzjastyczny dźwięk swojego głosu. Pompatyczny. Obrzydliwie pompatyczny.

Craig strzelił palcami.

– Wiedziałem. Rozpoznałem panią. Widziałem panią w telewizji i w gazetach. Jestem pani wielkim fanem, panno Bancroft.

Skrzywiła usta, widząc ten naiwny podziw, sprawiający, że zachowywał się tak, jakby była gwiazdą filmową.

– No cóż, skoro wiesz już, że nie jestem jakimś przestępcą, może zrobiłbyś dla mnie wyjątek. Ten jeden raz?

– Nie! – Już chciała protestować, kiedy wyjaśnił jej: – Tak czy inaczej to nie załatwiałoby pani problemu. Nie mogłaby pani wysiąść z windy na ostatnim piętrze, ponieważ ona nie otworzy się tam, jeśli nie ma pani klucza.

– Ach tak – straciła serce dla całej sprawy, była przygnębiona, ale jego następna propozycja spowodowała, że omal nie zemdlała z wrażenia.

– Powiem pani, co zrobię – powiedział, podnosząc słuchawkę i naciskając serię przycisków: – Pan Farrell co prawda nie kazał dzwonić do siebie w sprawie nie wymienionych na liście gości, ale zrobię wyjątek, zadzwonię tam i powiem, że pani tu jest.