Выбрать главу

– Nie! – wybuchnęła, wiedząc, co najpewniej usłyszy od Matta. – To… to znaczy, regulamin to regulamin i nie powinieneś go łamać.

– Dla pani zrobię to – dodał z uśmiechem i powiedział do mikrofonu słuchawki: – Panie Farrell, mówi strażnik z hallu głównego. Jest tu panna Bancroft. Wie pan, tak jak dom handlowy „Bancroft”.

Nie chciała widzieć jego twarzy, kiedy Matt każe mu ją wyrzucić. Zamknęła torebkę i zamierzała, upokorzona, wycofać się.

– Tak jest, proszę pana – powiedział Craig. – Tak jest, proszę pana, zrobię to. Panno Bancroft – powiedział, kiedy już zaczęła odwracać się w kierunku wyjścia. – Pan Farrell prosił, żeby pani powiedzieć…

Przełknęła nerwowo.

– Mogę sobie wyobrazić, co kazał panu powiedzieć. Craig wyciągnął z kieszeni kluczyki do windy i skinął głową.

– Powiedział, żeby pani wjechała na górę.

Drzwi otworzył Meredith ochroniarz i zarazem kierowca Matta. Miał na sobie pogniecione czarne spodnie i białą koszulę z rękawami podwiniętymi do łokci.

– Proszę tędy, panienko – powiedział ponurym głosem z akcentem z Bronksu, jakby wyjętym z gangsterskiego filmu z lat trzydziestych. Drżąc z napięcia, zdeterminowana podążyła za nim przez hall, mijając dwa grube białe filary, dalej schodząc z dwóch stopni i przemierzając połowę potężnego salonu aż do trzech jasnozielonych kanap ustawionych w kształcie litery „U” wokół dużego, szklanego stolika.

Wzrok Meredith przeskakiwał nerwowo z planszy do gry w warcaby i pionków leżących na stoliku do siedzącego na jednej z kanap mężczyzny o białych włosach i znowu do kierowcy, który jak sądziła, grał w warcaby z tamtym. Potwierdziło się to, kiedy kierowca obszedł dookoła stolik i usiadł na jednej z kanap. Rozłożył ramiona na jej oparciu i zerkał na nią z rozbawieniem i fascynacją. Spojrzała na kierowcę i na białowłosego mężczyznę, który obserwował ją w mrożącej krew w żyłach ciszy.

– Ja… chciałam się widzieć z panem Farrellem – wyjaśniła…

– W takim razie, otwórz szeroko oczy, dziewczyno! – rzucił wstając. – Jestem tuż przed tobą.

Spoglądała na niego zbita z tropu. Był szczupły i zadbany, miał grube, falujące siwe włosy, wypielęgnowane wąsy i przenikliwe, jasnoniebieskie oczy.

– To musi być jakaś pomyłka. Chciałam się widzieć z panem Farrellem…

– To pewne, że masz kłopoty z nazwiskami, dziewczyno – przerwał jej ojciec Matta z raniącą pogardą. – Ja nazywam się Farrell, a ty, z tego, co słyszę, nie nazywasz się Bancroft, ale w dalszym ciągu Farrell.

Nagle Meredith zorientowała się, kim był ten człowiek, i jej serce zamarło na chwilę na widok nienawiści emanującej od niego.

– Ja… ja nie poznałam pana, panie Farrell – wyjąkała. – Przyszłam, żeby zobaczyć się z Mattem – nalegała, nie mogąc uwierzyć, że ten pełen życia, rozzłoszczony mężczyzna może być tym samym przybitym wrakiem człowieka, którego poznała na farmie.

– Matta tu nie ma.

Przeszła już tyle tego popołudnia, że nie miała zamiaru pozwolić, żeby ktoś pokrzyżował jej plany lub zastraszył ją.

– W takim razie – odparła – poczekam tu na niego.

– To długo poczekasz – rzucił z sarkazmem Patrick. – On jest w Indianie, na farmie.

Wiedziała, że to było kłamstwo.

– Jego sekretarka powiedziała, że jest w domu.

– To właśnie jest jego dom! – odparł, zyskując przewagę. – Nie pamiętasz tego, dziewczyno? A powinnaś… za nic miałaś to miejsce.

Nagle Meredith przestraszyła się gwałtowności, jaka narastała poza jego napiętymi rysami twarzy. Cofnęła się, widząc, że ruszył w jej kierunku.

– Rozmyśliłam się… Ja… ja porozmawiam z Mattem innym razem. Odwróciła się na pięcie, zamierzając wyjść i aż sapnęła z przestrachu, kiedy Patrick Farrell chwycił jej ramię i obrócił ją ku sobie. Jego ogarnięta emocjami twarz była tylko o centymetry od jej twarzy.

– Trzymaj się z daleka od Matta, słyszysz! Niemal zabiłaś go wtedy i nie wedrzesz się teraz znowu w jego życie i nie rozszarpiesz go znowu na strzępy!

Próbowała uwolnić swoje ramię z jego uścisku, a kiedy nie udało jej się to, jej wściekłość wzięła górę nad strachem.

– Nie chcę pańskiego syna – poinformowała go pogardliwie. – Chcę się z nim rozwieść, a on robi trudności.

– Nie mam pojęcia, dlaczego w ogóle chciał się z tobą ożenić, a już tym bardziej trudno jest mi sobie wyobrazić, dlaczego teraz miałby chcieć być twoim mężem! – wyrzucił z siebie, odtrącając jej ramię. – Wolałaś zamordować jego dziecko, niż nosić plebejskiego Farrella w tym twoim nieskalanym łonie!

Ból i wściekłość zawrzały w Meredith, dźgając ją niczym tysiące noży.

– Jak pan śmie mówić mi coś takiego! Ja poroniłam!

– Usunęłaś ciążę! – krzyknął. – Usunęłaś dziecko w szóstym miesiącu ciąży, a potem wysłałaś Mattowi telegram. Cholerny telegram, po tym jak to wszystko się już stało!

Meredith zacisnęła zęby, starając się opanować ból, jaki powstrzymywała w sobie przez tak wiele lat. Ani chwili dłużej nie udało jej się go ukrywać. Eksplodował, wymierzony w ojca człowieka, który całe to jej cierpienie spowodował.

– Wysłałam mu telegram, zgadza się… telegram mówiący o tym, że poroniłam, a pana szlachetny syn nie zdobył się nawet na telefon do mnie! – Ku swojemu przerażeniu, ze złością, poczuła łzy napływające do oczu.

– Ostrzegam cię, dziewczyno – zaczął złym głosem. – Nie igraj ze mną. Wiem, że Matt przyleciał, żeby się z tobą spotkać, i wiem, co było w tym telegramie, ponieważ widziałem się z nim wtedy i widziałem ten telegram!

Nie od razu dotarło do niej to, co powiedział o telegramie.

– On… on przyjechał do mnie?

Nagle poczuła w sercu coś bardzo dziwnego i słodkiego, co równie gwałtownie, jak się pojawiło, zamarło.

– To kłamstwo – powiedziała bezbarwnie. – Nie wiem, dlaczego wrócił, ale na pewno nie po to, żeby się ze mną zobaczyć, bo nie pojawił się u mnie.

– Nie, nie widział się z tobą – wykrzyknął wściekle Patrick. – I ty wiesz dlaczego! Leżałaś na oddziale szpitala, nazwanym nazwiskiem twojej rodziny i zakazałaś Mattowi wstępu na jego teren. – Sprawiał wrażenie, jakby wreszcie wyrzucił z siebie większość swojej złości. Jego ramiona przygarbiły się i spojrzał na nią z bezsilną wściekłością, pogardliwie. – Klnę się na Boga, że nie rozumiem, jak mogłaś zrobić coś takiego! Kiedy zamordowałaś to dziecko, był oszalały z żalu, ale to, że nie chciałaś się z nim zobaczyć, zabiło go niemal. Pojechał na farmę i został tam. Powiedział, że nie wróci do Ameryki Południowej. Przez całe tygodnie oglądałem, jak topił smutki w butelce. Widziałem, co sobie robił… to samo, co ja robiłem sobie przez całe lata. Wyciągnąłem go z tego. Potem wysłałem go z powrotem do Ameryki Południowej, żeby zapomniał o tobie.

Meredith ledwo słyszała jego ostatnie słowa. Ostrzegawcze dzwonki eksplodowały w jej umyśle, dźwięczały jej w uszach. Skrzydło Bancrofta, tego szpitala było nazwane tak na cześć jej ojca; lekarz prowadzący był przyjacielem jej ojca. Każdy, z kim rozmawiała albo kogo widziała w szpitalu, był w jakiś sposób uzależniony od jej ojca, a jej ojciec gardził Mattem. Tak więc on być może… on mógł… Gwałtowna radość ogarnęła ją całą niszcząc lodową otoczkę, okalającą jej serce przez długich jedenaście lat. Bała się uwierzyć ojcu Matta i bała się, że mu nie uwierzy. Uniosła ku jego nieprzejednanej twarzy błyszczące od łez oczy.