– Co takiego? – zamrugała gwałtownie powiekami. – Nie, to absolutnie niemożliwe. Spotkanie z Mattem sam na sam, na farmie. To wcale nie jest dobry pomysł.
– Uważasz, że potrzebujesz przyzwoitki? – zapytał ze sceptycyzmem.
– Nie – odparła poważnie. – Myślę, że potrzebujemy kogoś bezstronnego. Miałam nadzieję, że ty zgodzisz się pośredniczyć między nami i że spotkamy się tutaj we troje po jego powrocie.
Patrick położył ręce na jej ramionach i rzekł ponaglająco:
– Jedź na farmę, Meredith. Tam będziesz mogła powiedzieć mu wszystko, co chcesz. Nigdy nie znajdziesz lepszej okazji – przekonywał, kiedy się wahała. – Farma jest już sprzedana. To dlatego Matt jest tam teraz; pakuje nasze rzeczy. Telefon jest odłączony, tak że nikt ci nie przeszkodzi. Matt nie może wsiąść do samochodu i odjechać. Samochód zepsuł mu się w drodze i jest odholowany do warsztatu. Joe ma pojechać po Matta dopiero w poniedziałek rano.
Zauważył, że Meredith zaczyna się wahać.
– Między wami jest jedenaście długich lat nienawiści i urazy. Właśnie dzisiejszego wieczoru możesz położyć temu kres! Dzisiaj wieczorem! Czy to nie tego chcesz tak naprawdę? Wiem, jak musiałaś się czuć, kiedy myślałaś, że Mattowi nie zależy ani na tobie, ani na dziecku. Pomyśl jednak, jak on musiał się czuć przez te wszystkie lata. Dzisiaj wieczorem, do dziewiątej, możecie mieć za sobą to cierpienie. Możecie stać się przyjaciółmi, jakimi zawsze byliście.
Wyglądała, jakby była gotowa skapitulować, ale ciągle jeszcze wahała się. Patrick odgadł, co było tego przyczyną, i dodał przebiegle:
– Jak już się rozmówicie, będziesz mogła pojechać do motelu w Edmunton i przenocować tam.
Im bardziej rozważała te argumenty, tym bardziej utwierdzała się w przekonaniu, że miał rację. Bez telefonu na farmie Matt nie mógł zadzwonić po policję, żeby ją aresztowali za bezprawne wejście na jego teren; bez samochodu nie mógł odjechać i zostawić jej. Będzie musiał jej wysłuchać. Pomyślała o tym, jak Matt musiał się czuć i jak ciągle jeszcze musi się czuć po telegramie, który wtedy dostał. Nagle, gwałtownie zapragnęła zrobić to, co sugerował Patrick: natychmiast położyć kres całej tej sytuacji między nimi. Spowodować, żeby stali się przyjaciółmi.
– Muszę wstąpić do siebie i spakować kilka drobiazgów – powiedziała.
Uśmiechnął się do niej z taką czułością i taką aprobatą, że coś ścisnęło ją w gardle.
– Meredith, jestem z ciebie dumny – szepnął i zorientowała się w tej chwili, że on wiedział, że stawienie czoła rozeźlonemu Mattowi nie będzie wcale takie proste, jak to jej przedstawiał.
– Lepiej będzie, jeśli już pójdę – zdecydowała, po czym wspięła się na palce i impulsywnie pocałowała jego szorstki policzek. Objął ją mocnym, niedźwiedzim uściskiem i ten serdeczny gest niemal ją rozbroił. Nie pamiętała, kiedy ostatnio jej własny ojciec tak ją przytulił.
– Joe odwiezie cię – głos Patricka był pełen emocji. – Zaczął padać śnieg i drogi mogą być niebezpieczne.
Meredith odsunęła się i potrząsnęła przecząco głową. – Wolę jechać swoim samochodem. Jestem przyzwyczajona do jazdy w śniegu.
– Byłbym spokojniejszy, gdyby to Joe cię odwiózł – nalegał.
– Nic mi się nie stanie – odpowiedziała. Już chciała wychodzić, kiedy przypomniała sobie, że tego wieczoru miała zjeść kolację z Lisa i obejrzeć w galerii pokaz najnowszych prac jej chłopaka. – Mogłabym zadzwonić? – zapytała Patricka.
Lisa była bardzo rozczarowana odwołaniem spotkania. Była zła i żądała wyjaśnień. Kiedy Meredith powiedziała jej, gdzie, po co i dlaczego jedzie, Lisę ogarnęła wściekłość na Philipa Bancrofta.
– Boże, Meredith, przez wszystkie te lata obydwoje sądziliście, że drugie… i wszystko to przez tego drania, twojego ojca… – przerwała swoją niespójną tyradę i powiedziała opanowując się: – Będę dzisiaj wieczorem trzymać za ciebie kciuki.
Patrick po wyjściu Meredith milczał przez długą chwilę, potem zerknął przez ramię na Joego który podsłuchiwał, stojąc w drzwiach kuchennych.
– No i cóż – uśmiechnął się szeroko. – Co sądzisz o mojej synowej?
Joe oderwał się od framugi drzwi i powoli wszedł do pokoju.
– Myślę, że byłoby lepiej, gdybym to ja zawiózł ją na farmę. Wtedy ona też nie mogłaby stamtąd wyjechać, bo nie miałaby samochodu.
Patrick zachichotał.
– Sama się tego domyśliła. To dlatego nie pozwoliła, żebyś to ty ją tam zawiózł.
– Matt nie ucieszy się na jej widok – ostrzegł Joe. – Jest na nią wściekły jak diabli. Nie, jest bardziej niż wściekły. Nigdy nie widziałem go w takim stanie. Wspomniałem o niej wczoraj w rozmowie, a on spojrzał na mnie tak, że krew we mnie zamarła. Z kilku rozmów, jakie słyszałem w samochodzie, domyślam się, że on ma zamiar ruszyć na ten jej dom handlowy i przejąć go. Nigdy nie widziałem, żeby ktoś zalazł mu za skórę tak jak ona.
– Wiem o tym – przyznał łagodnie Patrick, uśmiechając się jeszcze bardziej. – Wiem też, że ona jest jedyną osobą, która kiedykolwiek to zrobiła.
Joe ze zmarszczonymi brwiami przypatrywał się zadowolonemu wyrazowi twarzy Patricka.
– Masz nadzieję, że Matt nie pozwoli jej odjechać z farmy, kiedy już się uspokoi po tym, jak ona powie mu, co zrobił jej ojciec, prawda?
– Liczę na to.
– Pięć dolarów na to, że się mylisz. Patrickowi zrzedła mina.
– Obstawiasz przeciwko temu?
– No cóż, zwykle postawiłbym dziesięć dolarów, nie pięć, na to, że Matt spojrzy na jej śliczną buzię, zobaczy, jak wyglądają jej oczy, kiedy płacze, i od razu weźmie ją do łóżka, żeby to naprawić.
– Dlaczego sądzisz, że teraz tego nie zrobi?
– Dlatego, że jest chory, ot co.
Patrick odprężył się i uśmiechnął się zadowolony.
– Na pewno nie jest aż tak chory.
– Jest cholernie chory – upierał się Joe. – Przez cały tydzień miał grypę, a mimo to pojechał do Nowego Jorku. Kiedy odbierałem go wczoraj z lotniska, kaszlał tak, że aż mną rzucało.
– Masz ochotę na podwyższenie zakładu do dziesięciu dolarów?
– Wchodzę w to.
Zasiedli, żeby kontynuować grę w warcaby, ale Joe zawahał się.
– Patrick, odwołuję zakład. To niesprawiedliwe, zabierać ci dziesięć dolarów. Właściwie, cały ten tydzień nie widziałeś Matta. Gwarantuję, że będzie zbyt chory i zbyt wściekły, żeby ją tam zatrzymać.
– Może być aż tak wściekły, ale nie będzie aż tak chory.
– Dlaczego jesteś tego taki pewny?
– Wiem tylko – powiedział Patrick, udając zaabsorbowanie swoim następnym ruchem na planszy – że przed wyjazdem Matt dostał lekarstwo od doktora i zabrał je ze sobą do Indiany. Dzwonił do mnie z samochodu już z drogi i powiedział, że czuje się lepiej.
– Blefujesz… drgnęła ci powieka!
– Masz ochotę podwyższyć nakład?
ROZDZIAŁ 34
Kiedy Meredith wychodziła z mieszkania z torbą podróżną w dłoni, ledwo zaczynało padać, ale już na granicy stanu Indiana rozpoczęła się prawdziwa śnieżyca. Na autostradzie pracowały ciężarówki z piaskiem i pługi śnieżne. Ich żółte światła wirowały ostrzegawczo. Ciężarówka do przewozu mebli wyprzedziła ją, rzucając rozjeżdżonym śniegiem w przednią szybę jej samochodu. Trzy kilometry dalej minęła tę samą ciężarówkę, wbitą w nasyp. Kierowca stał przy niej, rozmawiając z kimś, kto zatrzymał się, żeby mu pomóc.