Zgodnie z tym, co podawało radio, było minus pięć stopni Celsjusza i temperatura ciągle spadała. Spodziewano się trzydziestocentymetrowych opadów śniegu. Meredith jednak była tylko po części świadoma zdradzieckiej pogody. Wszystkie myśli koncentrowała na przeszłości i na potrzebie dotarcia do farmy i wytłumaczenia Mattowi, co naprawdę się wydarzyło. Kiedy Patrick namawiał ją, żeby pojechała na farmę, ciągle jeszcze była otępiała po szoku, jaki przeżyła, odkrywając, co zdarzyło się kiedyś. Teraz, kiedy szok już minął, niecierpliwiła się, żeby wszystko naprawić, wyjaśnić, zrobić więcej, niż sugerował Patrick.
Nawet teraz przeżywała bardzo myśl o tym, jak musiał się czuć Matt, kiedy dostał ten telegram. Mimo to przyleciał do kraju, chciał zobaczyć się z nią, dotarł do szpitala… po to tylko, żeby dowiedzieć się, że ma zakaz wstępu do niej, jak jakiś żebrak bez żadnych praw. Nigdy nie porzucił ani jej, ani dziecka. Świadomość tego wypełniała ją przyjemnym uczuciem i wszechogarniającą chęcią wyjaśnienia mu, że nie usunęła ich dziecka i jego też nie pozbyła się ze swojego życia. Światła jej samochodu oświetlały szosę przed nią. Nie wyglądało to sielankowo. Zdjęła nogę z gazu. Wstrzymała oddech, kiedy auto zarzuciło na oblodzonym kawałku jezdni. Samochód wyskoczył do przodu, po czym bez jej udziału uchwycił znowu kołami pokryty śniegiem odcinek drogi. Kiedy tylko zapanowała nad swoim BMW, jej myśli wróciły do Matta. Teraz rozumiała powody wrogości, jaką wyczuwała w nim. Rozumiała wszystko, łącznie z jego wściekłą groźbą rzuconą pod jej adresem, kiedy w ubiegłym tygodniu wysiadała z jego samochodu: „Zrób jeszcze raz coś wbrew moim interesom, a będziesz żałowała, że to nie twoja matka pozbyła się ciebie, zanim cię urodziła!”
Biorąc pod uwagę niesamowite krzywdy wyrządzone mu, rozumiała, dlaczego odgrywał się w tak drastyczny sposób. Jeśli pomyśli się o czynach, które przed laty jej przypisywał, było zadziwiające, że starał się być miły dla niej w operze i w czasie lunchu. Ona na jego miejscu nie byłaby w stanie być uprzejma, a co dopiero miła.
Przez chwilę pomyślała, że Matt mógł sam do siebie wysłać ten telegram, żeby móc oczyścić się przed swoim ojcem z zarzutu porzucenia jej. Szybko jednak odsunęła tę myśl. Matthew Farrell robił, co mu się żywnie podobało, i nie tłumaczył się przed nikim. Zafundował jej ciążę, ożenił się z nią, po czym bez obawy czy tłumaczeń stanął do konfrontacji z jej rozwścieczonym ojcem. Zbudował z niczego handlowe imperium, kierując się tylko odwagą i siłą woli. Nie drżałby przed swoim ojcem i nie wysiałby z tego powodu takiego telegramu do siebie samego. Telegram, który ona dostała, mówiący o tym, żeby załatwiała rozwód, był najwyraźniej gorzką ripostą na ten, który on dostał wcześniej. Nawet w takiej sytuacji przyleciał do kraju i próbował się z nią zobaczyć…
Łzy pojawiły się w jej oczach. Bezwiednie nacisnęła pedał gazu. Musi dotrzeć do niego, porozmawiać, sprawić, żeby wszystko zrozumiał. Chciała jego przebaczenia, a on potrzebował tego samego od niej. Wiedziała, że świdrujący żal i aż bolesna czułość, którą czuła teraz do Matta, nie były w najmniejszym stopniu dziwne lub zagrażające jej przyszłości z Parkerem. Wyobrażała sobie, jak będzie wyglądała przyszłość: następnym razem, kiedy Matt wyciągnie do niej rękę, tak jak to zrobił w operze, uśmiechnie się do niej i powie: „Witaj, Meredith”, ona uśmiechnie się w odpowiedzi i poda mu swoją dłoń. Ich przyjaźń nie będzie musiała ograniczać się do przypadkowych spotkań towarzyskich, będą też mogli być przyjaciółmi w interesach. Matt był wspaniałym taktykiem i negocjatorem; w przyszłości, zdecydowała, myśląc o nim ciepło, być może zadzwoni do niego czasami z prośbą o radę. Spotkają się, żeby zjeść razem lunch, uśmiechać się do siebie. Ona opowie mu o swoim problemie, a on zaoferuje jej wskazówki, jak go rozwiązać. Tak się dzieje między starymi przyjaciółmi. Ciepłe uczucia narastały w niej.
Wiejskie drogi, jakimi teraz jechała, pełne były niebezpiecznych niespodzianek. Ledwo to zauważała. Wspaniałe wizje przyszłych przyjacielskich kontaktów z Mattem zostały kompletnie zrujnowane przez prosty fakt: nie miała absolutnie żadnego dowodu na to, że to, co zamierzała mu powiedzieć, było prawdą. Matt już wiedział, jak bardzo zależy jej na cichym rozwodzie. Jeśli wejdzie do jego domu, przejdzie od razu do rzeczy i powie mu o poronieniu, on bez wątpienia pomyśli, że wymyśliła tę historyjkę, żeby wzbudzić jego sympatię i spowodować, że zgodzi się na rozwód. Co gorsze, Matt kupił tę tak przez nią chcianą ziemię w Houston za dwadzieścia milionów i żąda teraz za nią trzydziestu milionów, trzymając Bancroft i S – ka w finansowym imadle. Historyjka o poronieniu wyda mu się niczym innym jak tylko desperacką, łatwą do przejrzenia próbą wmanewrowania go w poluzowanie uścisku tego imadła. Jedyną jej szansą było ułagodzenie go najpierw wiadomością o załatwieniu jego sprawy w komisji ziemskiej. Kiedy zrozumie, że jej ojciec przyrzekł, że nigdy już nie będzie ingerował w jego sprawy, na pewno będzie tak rozsądny w sprawie ich rozwodu jak w czasie lunchu, zanim dostał wiadomość o Southville. Wtedy i tylko wtedy, kiedy będzie jasne, że ona nie ma nic więcej do zyskania, wyjaśni mu, co naprawdę stało się z ich dzieckiem. W tym momencie na pewno jej uwierzy. Nie będzie miał powodu, żeby wątpić w jej słowa.
Drewniany mostek przerzucony przez strumyk na terenie farmy przykryty był kilkunastocentymetrową warstwą śniegu. Przyspieszyła, żeby nie ugrzęznąć w nim. Wstrzymała oddech. BMW pokonało jakoś ten odcinek drogi. Opony ślizgały się na boki, tył samochodu tańczył, ale w końcu przedarł się na dziedziniec przed domem. W świetle odbijającym się od przykrytych śniegiem pól i blasku wiszącego wysoko księżyca, gołe drzewa wyglądały dziwnie, jakby przedstawiały zdeformowaną wersję tego, czym były tamtego, dawno minionego lata. Jak odstraszające szkielety rzucały powykręcane cienie, jakby ostrzegały ją przed czymś. Wyłączyła światła i silnik. Zadrżała ze strachu. Przez zasłony w oknie na piętrze niewyraźnie przebijało światło. Matt był tutaj i jeszcze nie spał. No i będzie rozwścieczony, kiedy ją zobaczy. Odchyliła głowę do tyłu, oparła ją o siedzenie, zamknęła oczy i próbowała zebrać odwagę, żeby przebrnąć przez to, co miało się zdarzyć przez następnych kilka minut. Kiedy tak siedziała sama w samochodzie, mając przed sobą niesamowicie trudne i strasznie ważne zadanie, po raz pierwszy od jedenastu lat poprosiła o pomoc:
– Proszę cię – szepnęła do Boga – spraw, żeby mi uwierzył.
Otworzyła oczy, wyjęła kluczyk ze stacyjki i wzięła swoją torebkę. Przed jedenastu laty jej modlitwy o to, żeby Matt przyszedł do niej do szpitala, zostały wysłuchane, tyle tylko, że ona o tym nie wiedziała. Wtedy przestała się modlić. Bez wątpienia nie zaskarbiło jej to przychylności Boga. Z histerycznym śmiechem pomyślała, wysiadając z samochodu, że wtedy kiedy tak bardzo starała się być miłą osobą, udawało jej się zdenerwować wszystkich wokół.
Światła na ganku nagle się zapaliły i przestała się uśmiechać, poczuła serce w gardle. Uniosła głowę i zobaczyła, że drzwi frontowe otwierają się. Zaabsorbowana strachem straciła w głębokim śniegu oparcie dla stóp. Dla zachowania równowagi uchwyciła się błotnika samochodu i kluczyki upadły jej w śniegu gdzieś obok prawego koła. Schyliła się, żeby je odszukać, ale zorientowała się, że ma zapasowy komplet i nie musi grzebać w śniegu, nie w chwili takiej jak ta, kiedy czekała ją najważniejsza konfrontacja jej życia.
Światło z ganku rozlało się po dziedzińcu. Matt stał w drzwiach, patrząc z niedowierzaniem na rozgrywającą się przed jego oczami zbijającą z tropu scenę: z samochodu wysiadła właśnie niesamowicie podobna do Meredith kobieta. Potem ta kobieta przykucnęła i zniknęła. Po chwili pojawiła się ponownie. Widział, jak w wirującym śniegu obeszła przód swojego samochodu. Próbował namacać framugę drzwi, uchwycił się jej, starając się opanować słabość i zawroty głowy. Patrzył na kobietę przekonany, że to halucynacje wywołane gorączką. Kiedy jednak uniosła rękę i gestem aż boleśnie mu znajomym odgarnęła z czoła gęstwinę przyprószonych śniegiem włosów, serce aż mu się ścisnęło.