Выбрать главу

Kobieta podeszła do stopni ganku i spojrzała na niego.

– Cześć, Matt.

Definitywnie stwierdził, że ma halucynacje albo mu się to śni. A może właśnie umierał w swoim łóżku w sypialni na górze. Nie wiedział, która z tych trzech ewentualności była rzeczywistością, ale wiedział, że dreszcze, które wstrząsały całym jego ciałem jeszcze w domu, teraz pojawiały się z alarmującą częstotliwością. Stojąca przed nim zjawa uśmiechnęła się słodko i niepewnie.

– Mogę wejść do środka? – zapytała. Wyglądała i mówiła jak anielska wersja Meredith.

Wściekły poryw arktycznego wiatru rzucił mu śniegiem w twarz, wyrwał go z otumanienia. To nie była żadna cholerna zjawa, to była Meredith. Świadomość tego z opóźnieniem uruchomiła adrenalinę, która zaczęła szaleńczo krążyć w jego żyłach. Był zbyt chory, żeby odprawić ją z powrotem do samochodu lub zamarznąć na śmierć, kłócąc się z nią. Wyprostował się, cofnął się od drzwi i niegrzecznie odwrócił się do niej plecami, pozostawiając jej ewentualnie wejście za nim do środka. Na szczęście, szok spowodowany znalezieniem jej u swoich drzwi dodał mu sił. Ruszył do mrocznego salonu.

– Musisz mieć instynkt drapieżcy wyczuwającego krew i zaciekłość buldoga, żeby dopaść mnie aż tutaj – powiedział.

W ciemnościach znalazł przełącznik i zapalił górne światło. Dla jego uszu własny głos brzmiał szorstko i nieswojo.

Meredith oczekiwała o wiele gorszego, bardziej agresywnego przyjęcia niż to.

– Ktoś pomógł mi w odnalezieniu ciebie – wyjaśniła, wpatrując się w jego napiętą twarz.

Poczuła ukłucie pełnej emocji czułości dla niego. Powstrzymała chęć ujęcia jego twarzy w dłonie, powiedzenia „przepraszam”. Zadowoliła się zdjęciem płaszcza i wręczeniem mu go.

– Mój kamerdyner ma akurat dzisiaj wolny wieczór – zakpił, ignorując jej gest. – Musisz sama się obsłużyć. – Zamiast riposty, której oczekiwał, odwróciła się i położyła płaszcz na krześle. Zbity z tropu, zmarszczył brwi rozdrażniony, kiedy porównał jej cichą układność z ich ostatnią utarczką. – I cóż? – warknął. – Powiedz to w końcu. Czego chcesz?

Ku jego zdumieniu zaśmiała się: był to sympatyczny cichy śmiech.

– Myślę, że chcę drinka. Tak, zdecydowanie chcę drinka.

– Dom Perignon właśnie się skończył. Masz do wyboru: szkocka albo wódka. Wybieraj.

– Może być wódka – powiedziała spokojnie.

Kolana uginały się pod nim, kiedy poszedł do kuchni, nalał do szklaneczki odrobinę wódki i wrócił do salonu. Wzięła szklaneczkę, którą podał jej zamaszyście, i rozejrzała się po pokoju.

– To… to takie dziwne, zobaczyć cię tutaj po tylu latach…

– zaczęła, zacinając się.

– Dlaczego? To stąd pochodzę i to tu, jak uważasz, jest ciągle moje miejsce. Jestem przecież niczym innym, jak tylko brudnym hutnikiem, pamiętasz?

Z niedowierzaniem zobaczył, że zaczerwieniła się ze wstydu i zaczęła się usprawiedliwiać.

– Przykro mi, że to powiedziałam. Chciałam cię dotknąć i powiedziałam to, bo wiedziałam, że tak to odbierzesz. Nie myślę tak. Nie mam nic przeciwko hutnikom. Są ciężko pracującymi, przyzwoitymi ludźmi, którzy…

– Do czego ty do diabła zmierzasz? – wybuchnął Matt i prawie stracił równowagę, czując kłujący ból głowy. Pokój zawirował mu przed oczami. Oparł rękę o ścianę, żeby utrzymać się na nogach.

– Co ci jest? – wykrzyknęła Meredith – Jesteś chory? Matt poczuł, że za chwilę albo zemdleje jak jakiś cholerny dzidziuś, albo zwymiotuje na jej oczach.

– Wyjdź stąd, Meredith. – Zawirowało mu w głowie, zawrzało w żołądku. Odwrócił się na pięcie i ruszył ku schodom.

– Muszę się położyć.

– Jesteś chory – wybuchnęła, podbiegając do niego.

Chwycił dłonią poręcz i zachwiał się niebezpiecznie na drugim stopniu. Sięgnęła po jego ramię, żeby go podtrzymać, ale wyrwał je. Zdążyła jednak poczuć żar bijący od jego skóry.

– Mój Boże, jesteś rozpalony!

– Odejdź stąd.

– Zamknij się i oprzyj się na mnie – rozkazała, a on nie miał siły, żeby ją powstrzymać. Oplotła jego ramię wokół swoich barków.

Kiedy dotarli do sypialni, zatoczył się do przodu i opadł na łóżko. Oczy miał zamknięte. Leżał nieruchomo niczym… niczym martwy. Przerażona chwyciła jego dłoń, zaczęła szukać pulsu. W panice nie znajdowała go.

– Matt! – krzyknęła, położyła ręce na jego ramionach, potrząsała nim. – Matt, nie waż się umierać! – zagroziła histerycznie. – Przyjechałam całą tą drogę, żeby ci powiedzieć o rzeczach, o których powinieneś wiedzieć, żeby cię prosić o przebaczenie i…

Przez jego przytłumione zmysły w końcu przedarła się wyraźna obawa brzmiąca w jej głosie i to, że szaleńczo nim potrząsała. W tym oszołomieniu nie był w stanie żywić w stosunku do niej jakiejkolwiek wrogości. W tej chwili najważniejsze było to, że ona tu była i że on czuł się tak strasznie chory.

– Przestań… – szepnął – potrząsać mną, do diabła.

Meredith puściła jego ramiona z ulgą, po czym spróbowała wziąć się w garść i zmobilizować całą swoją odwagę. Ostatnio, kiedy widziała kogoś mdlejącego w ten sposób, był to jej ojciec i on wtedy omal nie umarł. Ale Matt był silny i młody. On miał tylko gorączkę. Nie miał kłopotów z sercem. Niepewna, co może zrobić, żeby mu pomóc, rozejrzała się po pokoju. Na stoliku przy łóżku zobaczyła dwie buteleczki z lekarstwami. Na obydwu było napisane, że ma je brać co trzy godziny.

– Matt – powiedziała nagląco, sądząc, że może teraz powinien je zażyć. – Kiedy brałeś lekarstwa?

Matt słyszał ją, próbował otworzyć oczy, ale zanim zdążył to zrobić, ona już trzymała jego dłoń, nachylała się blisko jego ucha, przemawiała do niego.

– Matt, słyszysz mnie?

– Głuchy nie jestem – powiedział chrapliwie – i nie umieram. Mam grypę i bronchit. Tabletki brałem niedawno.

Poczuł, jak łóżko ugina się, kiedy usiadła przy nim. Wyobraził sobie, że jej palce delikatnie odgarniają włosy z jego czoła. Najwyraźniej był o krok od maligny, a cała scena, jaką obserwował spod przymkniętych powiek, nabierała charakteru komicznego marzenia; Meredith, nachylająca się z niepokojem nad nim, dotykająca jego czoła, odgarniająca z niego włosy. To rozśmieszające, niesamowicie zabawne.

– Jesteś pewien, że to tylko to? Grypa i bronchit? – zza zamkniętych powiek dobiegło go pytanie.

Naznaczony gorączką uśmiech wykrzywił mu usta.

– Chciałabyś pewnie, żeby to było coś gorszego?

– Chyba powinnam wezwać lekarza.

– Potrzebuję kobiecej opieki. Zaśmiała się niespokojnie.

– Ja poradziłabym sobie z tym? Byłabym odpowiednia?

– Bardzo zabawne – szepnął.

Meredith poczuła nagły skok serca. Jego słowa zabrzmiały tak, jakby ona była więcej niż odpowiednią osobą.

– Zostawię cię teraz samego, żebyś odpoczął.

– Dziękuję – powiedział niewyraźnie. Odwrócił twarz od padającego z góry światła i zaraz zasnął.

Nakryła go kołdrą i dopiero wtedy zauważyła, że był bez butów. Zasnął w ubraniu, które miał na sobie, kiedy wpuścił ją do domu. Podejrzewała, że było mu w nim cieplej niż w piżamie. Podeszła do drzwi. Położyła dłoń na kontakcie i odwróciła się. Patrzyła, jak jego pierś podnosi się i opada w spokojnym rytmie snu. Oddychał z wysiłkiem. Pod opalenizną jego twarz była blada, ale nawet teraz, kiedy był chory i właśnie zasnął, wyglądał jak bardzo duży i bardzo wymagający przeciwnik. Krzywiąc się, rzuciła w stronę śpiącego mężczyzny: