– Dlaczego zawsze, kiedy pojawiam się blisko ciebie, nic nie dzieje się tak, jak powinno?
Przestała się uśmiechać, zgasiła światło. Naprawdę nie znosiła chaosu i niepewności w swoim życiu prywatnym. Nienawidziła bezradności i przynoszącego zagrożenie uczucia, jakiego taka sytuacja była przyczyną. Akceptowała chaos w pracy. Był wtedy wyzwaniem, elementem stymulującym i podniecającym. Kiedy w pracy podejmowała ryzyko czy działała intuicyjnie, prawie zawsze się to opłacało. Kiedy tak się nie działo, efektem był błąd, a nie katastrofa. W całym swoim dorosłym życiu tylko dwukrotnie podjęła ryzyko angażujące jej osobiste sprawy. W obydwu przypadkach okazało się, że były to katastrofalne pomyłki. Przespała się z Matthew Farrellem i poślubiła go. A teraz, po jedenastu latach, ciągle jeszcze próbowała wywikłać się z drugiej z nich. Lisa wciąż krytykowała Parkera za przewidywalność jego natury i za to, że zawsze można było na nim polegać. Nie potrafiła zrozumieć, że te dwie cechy Meredith ceniła najbardziej, tęskniła za nimi. Konsekwencje ryzykownej spontaniczności w życiu były czymś, czego nie chciała już doświadczać. W pracy miała naturalną umiejętność stawiania na odpowiednie przedsięwzięcia; w życiu osobistym takiej umiejętności po prostu nie posiadała!
Wzięła płaszcz z krzesła i wyszła do samochodu, żeby przynieść swoją torbę podróżną. Wniosła ją do środka i ruszyła w kierunku schodów, ale zatrzymała się na chwilę. Z mieszaniną nostalgii i trudnego do zdefiniowania smutku rozejrzała się po pokoju. Wszystko wyglądało tak jak dawniej: stara kanapa stojąca przodem do dwóch bujanych foteli przed kominkiem, książki na półkach, lampy. Wszystko było takie samo, tylko wydawało się mniejsze i w pewnym sensie opuszczone. To wrażenie potęgowały stojące na podłodze, pootwierane tekturowe pudła, niektóre już wypełnione książkami i bibelotami popakowanymi w gazety.
ROZDZIAŁ 35
Rano, kiedy Meredith wślizgnęła się do pokoju Matta, żeby sprawdzić, jak on się czuje, ciągle jeszcze padał śnieg. Matt był trochę rozpalony, ale jego czoło w dotyku było o wiele chłodniejsze.
W szarym świetle poranka, po przespanej nocy i prysznicu, jej niespodziewane pojawienie się na farmie wczorajszego wieczoru wydawało się bardziej komiczne niż niepokojące.
Włożyła niebieskie spodnie i jasny, żółto – niebieski sweter z wycięciem w karo. Podeszła do lustra, żeby się uczesać, i zaczęła się uśmiechać. Im dłużej myślała o wczorajszym wieczorze, tym śmieszniejsze były te wspomnienia. Po całej nerwowości i zdeterminowaniu, jakie towarzyszyły jej wyprawie tutaj, po mozolnej jeździe w śnieżycy, powiedzieli do siebie zaledwie kilka zdań, zanim Matt niemal zemdlał u jej stóp, po czym każde z nich poszło spać! Najwyraźniej zawsze, kiedy pojawiała się w pobliżu Matta, zaczynały działać jakieś niewytłumaczalnie niesprzyjające, ponadnaturalne siły, zdecydowała, powstrzymując chichot.
Prawdę mówiąc, fakt, że Matt był zbyt chory, żeby wyrzucić ją siłą, był dla niej pewnego rodzaju korzyścią, nawet jeśli nie mogła w tej sytuacji powiadomić go o wszystkich swoich rewelacjach. Liczyła na to, że po południu będzie czuł się na tyle dobrze, żeby móc racjonalnie przedyskutować całą sprawę, u jednocześnie będzie ciągle jeszcze zbyt osłabiony, żeby odmówić wysłuchania jej. Jeśli w dalszym ciągu będzie próbował zmusić ją do wyjazdu, będzie musiała zyskać na czasie. Powie, że zgubiła w śniegu kluczyki i siłą rzeczy nie może odjechać.
Zadowolona ze swojego planu, przeczesała włosy i zmierzwiła je trochę palcami, aż ułożyły się w naturalne fale i loki, Usatysfakcjonowana efektem, pociągnęła usta szminką, rzęsy potraktowała tuszem i odsunęła się, żeby sprawdzić w lustrze, jak wygląda. Pomyślała, że jej włosy są trochę za długie, ale poza tym prezentowała się dobrze.
Z zamiarem znalezienia kilku rzeczy przydatnych choremu, udała się w przeciwny koniec korytarza do łazienki, W szafce za lustrem znalazła termometr i kilka buteleczek z lekarstwami, opatrzonych pożółkłymi ze starości nalepkami. Przejrzała je niepewnie marszcząc brwi. Choroby były jej praktycznie nieznane, poza sporadycznymi bólami menstruacyjnymi lub rzadko zdarzającym się bólem głowy; przez całe życie była dwa razy przeziębiona, a grypę przechodziła ostatnio, kiedy miała dwanaście lat.
Zastanawiała się, co też można zrobić dla kogoś, kto ma grypę i bronchit. Grypa dosyć często pojawiała się wśród pracowników sklepu. Próbowała sobie przypomnieć, co Phyllis mówiła jej o swoich objawach tej choroby. Miała pulsujące bóle głowy, przypominała sobie, było jej niedobrze i bolały ją mięśnie. Bronchit to inna sprawa, to zapchane gardło i kaszel.
Meredith sięgnęła po buteleczkę z aspiryną i termometr. Były to jedyne znane jej akcesoria. Znalazła jeszcze buteleczkę z pomarańczową nalepką, która obwieszczała, że był to środek na skaleczenia, odłożyła ją na miejsce i wzięła tubkę z czymś, co zgodnie z etykietką usuwało bóle mięśni. Otworzyła tubkę, wydusiła odrobinę na palec i zapach specyfiku wycisnął jej łzy z oczu.
Ze zdziwieniem objęła wzrokiem półki. Uświadomiła sobie, że zawartość apteczki była tak archaiczna, że nazwy leków nie brzmiały nawet znajomo.
Duża brązowa butelka nosiła napis: „Olej Smitha Castora”. Ramiona zaczęły jej drżeć od śmiechu. Przyda mu się coś takiego, zdecydowała. To naprawdę dobrze mu zrobi. Nie miała pojęcia, na co miałby mu pomóc olej Castora, ale wiedziała, że w smaku jest na pewno wybitnie nieatrakcyjny. Dodała go więc do rzeczy, które gromadziła z zamiarem zaserwowania mu tego wszystkiego na tacy w charakterze dowcipu. Uświadomiła sobie, że jak na osobę, która ugrzęzła na farmie z chorym, nienawidzącym jej człowiekiem, miała wyjątkowo dobry nastrój. Taki stan rzeczy przypisywała faktowi, że być może będzie miała okazję położyć kres tej nienawiści. Poza tym miała ogromną ochotę poprawić i jego samopoczucie. Była mu to winna po tym wszystkim, na co niechcący naraziła go w przeszłości. Do tych uczuć dochodziła jeszcze młodzieńcza nostalgia, która w połączeniu z tym domem powodowała, że czuła się, jakby miała znowu osiemnaście lat.
Zauważyła niewysoki niebieski słoik i rozpoznała etykietkę; specyfik miał jakoby łagodzić dolegliwości gardła i nie pachniał ani odrobinę lepiej niż to, co było w tubie. Mógł jednak pomóc w poprawie jego samopoczucia. Dołożyła to do całej reszty i jeszcze raz przejrzała zgromadzone dobra. Po aspirynie przestanie go boleć głowa, to wiedziała, ale aspiryna jednocześnie mogła podrażnić mu żołądek. Potrzebowała czegoś innego.
– Lód – powiedziała głośno. Kompres z lodu na pewno złagodzi ból głowy.
Zeszła do kuchni ze swoimi zapasami leków, otworzyła lodówkę i z ulgą zobaczyła, że lodu było dużo. Niestety po przeszukaniu wszystkich szafek i szufladek nie znalazła niczego odpowiedniego do użycia jako pojemnika na kostki lodu. I wtedy przypomniała sobie czerwony, gumowy pojemnik, który widziała w łazience w szafce pod umywalką, kiedy szukała tam rano ręcznika. Wyciągnęła go z szafki, ale nie miał niestety korka. Przykucnęła i próbowała go znaleźć po omacku. W końcu wczołgała się pod zlew i znalazła korek z tyłu za pudełkiem z proszkiem do czyszczenia. Wyciągnęła go i odkryła, że był przymocowany do długiej smukłej czerwonej tuby zaopatrzonej w dziwaczną metalową klamrę.