Выбрать главу

Wyprostowała się i oglądała niepowtarzalnej urody przyrząd składający się z korka i tuby. Próbowała odłączyć go od tuby, ale producent z jakiegoś nieznanego bliżej powodu, zaprojektował tę rzecz jako nierozerwalną całość. Sprawdziła klamrę, potem dla pewności zawiązała tubę w węzeł i wzięła ten przedmiot na dół, żeby napełnić go wodą i lodem.

Jedynym problemem, jaki jej pozostał, było śniadanie. Miała niewielki wybór. Powinno to być coś łagodnego i łatwego do połykania. Ten warunek eliminował prawie wszystko, co zawierała szafka, poza świeżym chlebem, który leżał na blacie. W lodówce znalazła paczkę wędliny, kostkę masła i jajka. W zamrażalniku były dwa steki. Unikanie cholesterolu najwyraźniej nie było dla Matta istotną sprawą. Wyjęła masło i włożyła do tostera dwie kromki chleba. Potem jeszcze raz przejrzała szafki, szukając czegoś, co mógłby zjeść na lunch. Wszystko poza kilkoma puszkami zupy było albo ostre, albo tłuste: gulasz, spaghetti, tuńczyk… i puszka słodzonego skondensowanego mleka. Mleko!

Uradowana znalazła otwieracz do puszek i nalała do szklanki trochę mleka. Wyglądało na niesamowicie gęste, a po przeczytaniu instrukcji dowiedziała się, że może być używane bezpośrednio z puszki albo też rozcieńczane wodą. Niepewna, w jakiej postaci Matt je pije, spróbowała odrobinę i otrząsnęła się. Rozcieńczenie na pewno nie pomoże temu płynowi. Nie mogła sobie wyobrazić, dlaczego on to lubi, ale najwyraźniej tak było. Kiedy tosty były już gotowe, przeszła do salonu i zdjęła blat podręcznego stolika telewizyjnego. Użyła go jako tacy, co umożliwiło jej zaniesienie na górę za jednym zamachem lekarstw, pojemnika z lodem i śniadania.

Ból głowy wyciągnął Matta z pogłębionego tabletkami snu do pełnej dolegliwości półświadomości, że to musi już być poranek. Obrócił głowę na poduszce, zmusił się do otwarcia oczu i natychmiast poczuł dezorientację. Zamiast elektronicznego, cyfrowego zegara z radiem, zobaczył plastikowy staroświecki budzik z czarnymi wskazówkami ustawionymi na wpół do dziewiątej. Wtedy zaczął sobie przypominać: był w Indianie i był chory. Sądząc z niesamowitego wysiłku, jaki musiał włożyć w obrócenie się na bok i uniesienie się na łokciu, żeby sięgnąć po butelki z lekarstwami stojące obok zegara, ciągle jeszcze był chory. Próbował otrząsnąć się z otępienia. Potrząsnął głową i aż się skrzywił, kiedy poczuł wywołane tym ruchem potężne pulsowanie bólu w skroniach. Jednak gorączka musiała mu spadać. Koszulę miał mokrą od potu. Wziął ze stolika szklankę z wodą i połknął tabletki. Przez chwilę chciał wstać, wziąć prysznic i ubrać się, ale czuł się tak zmęczony, że zdecydował, że pośpi jeszcze godzinę. Etykietka na jednym z lekarstw ostrzegała: „Uwaga: powoduje senność”. Zastanawiał się, czy to było powodem, że nie mógł otrząsnąć się z otępienia. Położył się z powrotem i przymknął oczy, ale jakieś mgliste wspomnienie czaiło się gdzieś w zakamarkach jego umysłu. Meredith. Miał szaleńczy sen, że ona pojawiła się wśród śnieżycy i pomogła mu położyć się do łóżka. Myślał o tym, jak to się stało, że jego podświadomość spreparowała tak dziwaczny obraz. Meredith mogła mu pomóc, ale skoczyć z mostu, rzucić się w przepaść albo doprowadzić do bankructwa. Każde mniej destrukcyjne działanie z jej strony było po prostu śmieszne.

Właśnie zaczynał znowu zapadać w sen, kiedy usłyszał kroki kogoś skradającego się po skrzypiących schodach. Gwałtownie przywołany tym do świadomości, zerwał się do pozycji siedzącej. Za ten nagły ruch zapłacił zawrotem głowy. Kiedy zaczynał już odrzucać nakrycie, intruz zapukał do drzwi.

– Matt? – zawołał łagodny, melodyjny głos. Głos Meredith.

Jego ręka znieruchomiała. Patrzył bez wyrazu na ścianę naprzeciwko i przez jedną szaloną chwilę był kompletnie zdezorientowany.

– Matt, wchodzę… – Klamka poruszyła się i rzeczywistość poraziła go… to nie był dziwaczny sen. Meredith naprawdę tu była.

Wchodziła do pokoju powoli, tyłem, używając łokcia do otwarcia drzwi. Dawała mu celowo czas na schowanie się pod kołdrę, na wypadek, gdyby już wstał, ale nie był jeszcze ubrany. Niemal upuściła tacę, zrelaksowana całkowicie mylnym poczuciem bezpieczeństwa, po tym jak rozsądnie miło przyjął ją wczorajszego wieczoru, kiedy jego rozwścieczony głos wybuchnął za jej plecami jak sycząca para uchodząca z wulkanu:

– Co ty tu robisz?

– Przyniosłam ci tacę – wytłumaczyła, odwracając się ku niemu. Obeszła łóżko dookoła, zaskoczona jego rozzłoszczoną twarzą. Ale wyraz jego twarzy był niczym w porównaniu z groźbą, jaka spięła jego rysy w chwilę później, kiedy zobaczył czerwony gumowy pojemnik.

– Co, u diabła, masz zamiar z tym zrobić! Postanowiła, że nie pozwoli mu się zmieszać ani zastraszyć. Podniosła głowę i spokojnie odpowiedziała:

– To na twoją głowę.

– Czy to ma być, twoim zdaniem, ordynarny dowcip? – warknął i spojrzał na nią, jakby miał ochotę ją zamordować.

Zażenowana, postawiła tacę na łóżku obok bioder Matta i gładko powiedziała:

– Włożyłam do środka lód…

– O tak, ty byłabyś do tego zdolna – wycedził, a potem dodał okropnym tonem: – Daję ci dokładnie pięć sekund na opuszczenie tego pokoju i jeszcze minutę na wyniesienie się z tego domu, zanim ja cię stąd wyrzucę. – Nachylił się do przodu i zorientowała się, że miał zamiar odrzucić kołdrę i przewrócić tym samym tacę.

– Nie! – wykrzyknęła, a w jej głosie było tyle samo prośby, co protestu. – Nie musisz mnie straszyć, bo nie mogę wyjechać. Zgubiłam kluczyki przed domem, kiedy wysiadałam z samochodu. A nawet gdyby tak nie było i tak nie mogłabym wyjechać, dopóki nie powiem ci tego, co mam ci do powiedzenia.

– Nie jestem tym zainteresowany – powiedział niegrzecznie, sięgając, żeby odrzucić koce, wściekły, bo musiał przeczekać nową falę zawrotów głowy.

– Nie zachowywałeś się tak wczoraj – argumentowała z desperacją w głosie. Zdążyła zabrać tacę z koców, zanim zrzucił ją na podłogę. – Nie zdenerwowałeś się tak bardzo tylko dlatego, że przygotowałam ci zimny okład na głowę!

Zastygł z ręką chwytającą właśnie koce. Wyraz twarzy miał trudny do zdefiniowania: komiczny i zszokowany.

– Zrobiłaś co? – wydusił z siebie szeptem.

– Waśnie ci powiedziałam. Przygotowałam ci pojemnik z lodem…

Zaniepokojona przerwała, widząc, że nagłe zakrył twarz dłońmi. Ramiona mu drżały. Opadł na poduszki. Drżenia wstrząsały całym jego ciałem od stóp do głowy. Spoza dłoni dochodziły przytłumione odgłosy. Drżał tak gwałtownie, że głowa spadła mu z poduszek, a sprężyny łóżka zatrzeszczały. Myślała, że ma jakiś atak, który doprowadzi go do zaduszenia się na śmierć.

– Co się stało? – wybuchnęła. Jej pytanie spowodowało jeszcze większe wstrząsy na łóżku, a dziwaczne dźwięki dobywające się z Matta jeszcze się nasiliły. – Dzwonię po pogotowie! – wykrzyknęła, odstawiając tacę. Rzuciła się w kierunku drzwi. – Mam telefon w samochodzie… – Wybiegła już z pokoju i zaczynała zbiegać po schodach, kiedy za jej plecami eksplodował śmiech Matta, wspaniałe, gwałtowne wybuchy śmiechu.

Zamarła w pół kroku. Odwróciła się i słuchała. Atak, którego była świadkiem, był atakiem dzikiego rozbawienia. Znieruchomiała na schodach z ręką na poręczy. Niepewnie zastanawiała się nad ewentualnymi powodami tego śmiechu. Długa gumowa tuba niepokoiła ją od samego początku. Urządzenie w najmniejszym stopniu nie przypominało przedmiotów o tym przeznaczeniu, jakie widuje się zwykle w aptekach. Co więcej, ten czerwony pojemnik wisiał z tylu na drzwiach łazienki, kiedy była tu poprzednio! – pomyślała trochę agresywnie na swoją obronę, wolno wchodząc z powrotem po schodach. Jeśli była to rzecz używana w czasie chorób, na pewno powinna ona być pozostawiona w dobrze widocznym miejscu.