Выбрать главу

Wiedziała, że prawdopodobnie miał rację, strata ziemi w Houston nie znaczyła dla niej w tej chwili aż tyle. Przepełniała ją radość, ponieważ ona już w tej chwili odniosła zwycięstwo, niemal tak samo istotne, jak wygranie procesu sądowego. Jakimś cudem, w jakiś sposób spowodowała, że ten dumny człowiek przestał być wściekły, a zaczął się śmiać; zaakceptował zawieszenie broni. Zdecydowana, żeby scementować jeszcze ten pokój i o ile to możliwe wprowadzić jeszcze lżejszą atmosferę, zwierzyła mu się żartobliwie:

– Prawdę mówiąc, miałam zamiar oskarżyć cię o próbę kontrolowania cudzych interesów czy coś w tym rodzaju. Co sądzisz o moich szansach w takiej sytuacji?

Udawał, że rozważa tę możliwość, po czym potrząsnął przecząco głową.

– To też nie przeszłoby w sądzie. Jeśli obstawałabyś absolutnie przy zaskarżeniu mnie, to na twoim miejscu oskarżałbym o podstępne działanie i konspirowanie.

– Myślisz, że taki proces mogłabym wygrać? – zapytała, uśmiechając się jeszcze bardziej.

– Nie, ale na pewno byłby to bardziej widowiskowy proces.

– Wezmę to pod uwagę – dodała z udaną powagą.

– Zrób to.

Uśmiechnął się do niej. Odpowiedziała tym samym. I w tym przedłużającym się momencie ciepła i wzajemnego zrozumienia jedenastoletnia bariera złości i żalu pomiędzy nimi zaczęła topnieć, aż w końcu rozpadła się. Powoli, niepewnie, Meredith wyciągnęła do niego rękę w pokojowym, przyjaznym geście. Świadoma ważności tej chwili, patrzyła, jak Matt wyciąga rękę w jej kierunku. Poczuła, że jego szczupłe palce dotykają jej palców, cała jego dłoń dotyka jej, a potem jego palce, mocne i gorące, obejmują jej dłoń.

– Dziękuję ci – szepnęła, patrząc mu w oczy.

– To drobnostka – odpowiedział spokojnie, trzymając jej dłoń jeszcze chwilę dłużej i puszczając ją w końcu. Tym samym puścił w niepamięć przeszłość.

Obydwoje jednocześnie postanowili wycofać się natychmiast na bardziej pewny grunt, jak obcy sobie ludzie, którzy przypadkowo przeżyli wspólnie coś głębszego, niż się tego spodziewali. Matt opadł z powrotem na poduszki, a Meredith szybko skoncentrowała się na zapomnianej tacy z lekarstwami. Kątem oka Matt obserwował, jak w geście nadmiernej wstydliwości podnosi dwoma palcami podejrzany przedmiot z czerwonej gumy i kładzie go na podłodze, poza zasięgiem wzroku. Odwróciła się do niego, postawiła tacę na stoliku obok łóżka i uśmiechnęła się znowu.

– Nie wiedziałam, jak będziesz się czuł dzisiaj rano, nie podejrzewałam, że będziesz głodny, ale przyniosłam ci małe śniadanie.

– Wszystko wygląda bardzo smakowicie – skłamał, obejmując wzrokiem produkty zgromadzone na tacy. – Olej Castora to mój wielki przysmak… jako zakąska oczywiście. A domyślam się, że ta wonna papka w niebieskim słoiku to danie główne?

Meredith wybuchnęła śmiechem i wzięła przykryty półkolistym wieczkiem półmisek.

– Olej Castora to był żart – uspokoiła go.

Teraz, kiedy emocjonalne zmagania mieli już za sobą, Matt poczuł, że zaczyna przegrywać batalię ze snem. Fale senności atakowały go przygważdżając do łóżka, powieki ciążyły mu niczym kamienie. Nie czuł się już chory, był zmęczony. Najwyraźniej pigułki, które brał, przyczyniały się do tego.

– Doceniam bardzo ten gest, ale nie jestem głodny – powiedział.

– Nie myślałam, że będziesz miał ochotę na jedzenie – odparła, wpatrując się w niego z tą samą łagodnością, która błyszczała w jej turkusowych oczach cały poranek. – Musisz jednak mimo wszystko jeść.

– Dlaczego? – zapytał, drocząc się z nią i dopiero wtedy dotarło do niego, że Meredith przygotowała dla niego śniadanie… Meredith, która przed jedenastu laty nie wiedziała, i nie miała ochoty nauczyć się, jak się włącza kuchenkę. Poruszony tym, że pomyślała o nim, zmusił się, żeby usiąść w łóżku, postanawiając zjeść, cokolwiek mu przyniosła.

Usiadła obok niego.

– Musisz jeść, żeby się wzmocnić – wyjaśniła, a potem sięgnęła po szklankę z białym płynem i podała mu ją.

– Obrócił szklankę w dłoni, przyglądając się jej podejrzliwie.

– Co to jest?

– Znalazłam puszkę tego w szafce. To ciepłe mleko. Skrzywił się, ale posłusznie podniósł ją do ust i wypił.

– Dodałam masła – powiedziała, kiedy się zakrztusił. Matt wcisnął szklankę w jej dłoń, oparł głowę o poduszki i przymknął oczy.

– Dlaczego? – szepnął chrapliwie.

– Nie wiem… chyba dlatego, że moja guwernantka dawała mi zwykle coś takiego, kiedy byłam chora.

Spojrzał na nią, a w jego szarych oczach pojawił się uśmiech.

– I pomyśleć, że zazdrościłem kiedyś bogatym dzieciakom.

Meredith uśmiechnęła się i zaczęła powoli podnosić przykrycie talerza z tostami.

– Co tam jest? – zapytał ostrożnie.

Wtedy uniosła przykrycie, odsłaniając dwa zimne tosty, a Matt uśmiechnął się z mieszaniną ulgi i zmęczenia: nie podejrzewał, żeby zdążył je przeżuć, zanim zaśnie.

– Zjem je później. Obiecuję – powiedział, robiąc nadludzki wysiłek, żeby nie zamknąć powiek. – Teraz chciałbym po prostu pospać.

Wyglądał na tak zmęczonego i wyzutego z wszelkiej energii, że Meredith, aczkolwiek niechętnie, ale przystała na to.

– Zgoda, ale weź przynajmniej aspirynę. Jeśli popijesz ją mlekiem, może nie podrażnisz żołądka.

Podała mu tabletki razem ze szklanką mleka z masłem. Matt wykrzywił się na widok białego płynu, ale posłusznie wziął aspirynę i popił mlekiem.

Meredith, usatysfakcjonowana, wstała.

– Potrzebujesz czegoś jeszcze? Zadrżał konwulsyjnie.

– Księdza – wyrzucił z siebie.

Zaśmiała się. Ten melodyjny dźwięk brzmiał ciągle w pokoju, kiedy już wyszła, i pojawiał się jak błoga muzyka w jego ogarniętym snem umyśle.

ROZDZIAŁ 36

Koło południa tabletki przestały działać i Matt poczuł się trochę lepiej. Jednak po wykonaniu czynności wymagających tak niewielkiego wysiłku jak kąpiel pod prysznicem i włożenie dżinsów, odczuł, jak bardzo był osłabiony. Łóżko za jego plecami zapraszało zachęcająco, ale zignorował to. Na dole Meredith najwyraźniej przygotowywała lunch. Słyszał, jak krążyła po kuchni. Wyjął z etui niewielką elektryczną maszynkę do golenia, którą kupił w Niemczech, spojrzał w lustro i zapomniał o pracującym cicho w jego dłoni urządzeniu. Meredith była na dole…

Niemożliwe. Trudne do ogarnięcia. Pomimo wszystko jednak prawdziwe. Teraz, kiedy był całkowicie rozbudzony, motywy jej pojawienia się tu, spokojna akceptacja jego decyzji co do Houston wydawały się w najlepszym razie niewiarygodne. Zdawał sobie z tego sprawę, ale kiedy zaczął się golić, jego umysł umknął przed ponownym, zbyt wnikliwym analizowaniem jej postępowania. Bez wątpienia o wiele przyjemniej było nie robić tego właśnie teraz. Na dworze znowu padał śnieg i sądząc z warstwy lodowych kryształków oblepiających gałęzie drzew, było wręcz arktycznie zimno. Tu w środku jednak było ciepło i miał nieoczekiwane towarzystwo. Nie czuł się na siłach, żeby kontynuować swoje dzieło pakowania, a nie był na tyle chory, żeby satysfakcjonowało go leżenie w łóżku i patrzenie w sufit. Towarzystwo Meredith, chociaż nie relaksujące, nawet gdyby chciał w najdzikszy sposób wysilić swoją wyobraźnię, mogło jednak stanowić przyjemne urozmaicenie.

Meredith, w kuchni, słyszała jego kroki na górze i uśmiechnęła się, wlewając do miseczki przygotowaną już zupę z puszki i kładąc na talerzu kanapkę. Od chwili kiedy poczuła dłoń Matta ujmującą jej rękę, ogarnął ją dziwny spokój, spokój, który teraz rozkwitał niczym pierwsze wiosenne kwiaty. Uświadomiła sobie, że nigdy tak naprawdę nie znała Matta Farrella. Zastanawiała się, czy komuś kiedyś to się udało. Zgodnie ze wszystkim, co czytała i słyszała o nim, jego przeciwnicy w interesach bali się go i nienawidzili; jego dyrektorzy podziwiali go i byli w niego zapatrzeni. Bankierzy hołubili go, instytuty ekonomiczne zasięgały jego opinii, a komisja giełdowa obserwowała go niczym sępa.