Rozważając historie, które czytała, zdała sobie sprawę, że poza kilkoma wyjątkami nawet ludzie, którzy darzyli go wielkim podziwem, dawali delikatnie do zrozumienia, że Matthew Farrell jest niebezpiecznym drapieżcą, z którym należy postępować łagodnie i którego nigdy nie należy drażnić.
A jednak, pomyślała uśmiechając się znowu, tam na górze w łóżku, wierząc, że z zimną krwią usunęła ciążę, zabiła ich dziecko i rozwiodła się z nim zupełnie tak, jakby uważała go za nic nie znaczącego żebraka… a jednak przyjął jej dłoń. Był skłonny przebaczyć. Wspomnienie tej chwili, jej słodycz poruszały ją niesamowicie.
Najpewniej, zdecydowała, wszyscy ci ludzie, którzy mówili o nim ze strachem i bojaźliwym podziwem, nie znali go zupełnie. Jeśliby go znali, zorientowaliby się, że był zdolny do okazywania i zrozumienia, i współczucia. Wzięła tacę i ruszyła na górę. Dzisiaj wieczorem albo rano powie mu o ich dziecku. Nie zrobi tego jeszcze teraz. Z jednej strony, bardzo chciała mieć to już za sobą, wymazać całkowicie i na zawsze ból, jaki sobie zadali, złość, dezorientację, jaką obydwoje czuli. Wyjaśniliby sobie wszystko; mogliby się pogodzić tak naprawdę, może nawet zostaliby przyjaciółmi i mogliby przyzwoicie i w zgodzie położyć kres ich niefortunnemu, pełnemu niepokojowi małżeństwu. Jednak, tak samo bardzo, jak chciała mieć to już za sobą, równie mocno, tak jak nigdy jeszcze przed niczym, wzdragała się przed tą konfrontacją z Mattem. Rano Matt był skłonny puścić przeszłość w niepamięć. Nie miała ochoty jednak myśleć o jego ewentualnej reakcji, kiedy odkryje rozmiary przewrotności i nieuczciwości jej ojca.
Na razie pozwoli mu pozostawać w błogiej nieświadomości, a sobie zaordynuje krótki odpoczynek po tych szaleńczo stresujących, wyczerpujących dwudziestu czterech godzinach… i przed tym, co niewątpliwie i dla niej, i dla niego będzie bardzo nieprzyjemną burzliwą dyskusją. Pomyślała przez chwilę, że z niezrozumiałym zadowoleniem oczekiwała spokojnego wieczoru spędzonego w jego towarzystwie, o ile oczywiście będzie się czuł na tyle dobrze. Nie uważała, żeby takie odczucia były w najmniejszym stopniu niepokojące lub coś znaczące. W pewnym sensie byli przecież starymi przyjaciółmi. Należała im się szansa na odnowienie tej przyjaźni.
Zatrzymała się przed jego drzwiami, zapukała i zawołała:
– Jesteś ubrany?
Z rozbawieniem pełnym niepokoju wyczuł, że niesie mu kolejną tacę z jedzeniem.
– Tak, wejdź.
Otworzyła drzwi. Matt stał przed lustrem bez koszuli i golił się. Zaskoczona dziwną intymnością tej sceny, gwałtownie oderwała wzrok od jego opalonych pleców i napinających się muskułów. Zobaczyła w odbiciu w lustrze, że lekko uniósł brwi, widząc jej reakcję.
– Wszystko to już widziałaś kiedyś – zauważył sucho. Zganiła się za tę reakcję i spróbowała powiedzieć coś, co zabrzmiałoby odpowiednio lekko. Wyrzuciła z siebie pierwszą banalną myśl, jaka przyszła jej do głowy:
– To prawda, ale teraz jestem zaręczoną kobietą. Jego dłoń zastygła.
– Masz w takim razie problem – powiedział po znaczącej przerwie. - Masz i męża, i narzeczonego.
– Kiedy dorastałam, byłam nieatrakcyjna i nie miałam powodzenia u chłopców – zażartowała, stawiając tacę. – Teraz próbuję kolekcjonować mężczyzn, żeby nadrobić tamte zaległości. – Odwracając się do niego, dodała już trochę poważniejszym tonem: – Twój ojciec powiedział coś, z czego wnioskuję, że nie jestem jedyną osobą, która ma dylemat jednoczesnego posiadania obecnego i przyszłego współmałżonka. Myślisz podobno o poślubieniu dziewczyny, której zdjęcie widziałam na twoim biurku.
Z zamierzoną nonszalancją Matt odchylił głowę do tyłu i przejechał golarką od szyi aż do szczęki.
– To właśnie powiedział ci mój ojciec?
– Aha. To prawda?
– Czy to ma jakieś znaczenie?
Zawahała się, dziwnie niezadowolona z kierunku, jaki przybrała ta rozmowa, ale odpowiedziała szczerze:
– Nie.
Wyłączył maszynkę. Poczuł się niesamowicie osłabiony i nie miał ochoty akurat teraz kłopotać się przyszłością.
– Mógłbym cię o coś poprosić?
– Oczywiście.
– Mam za sobą dwa bardzo męczące tygodnie. Prawdę mówiąc, jadąc tu, liczyłem na spokojne i ciche…
Poczuła się w tej chwili, jakby ją spoliczkował.
– Przepraszam, że zakłóciłam ci spokój. Uśmiechnął się ciepło, rozbawiony.
– Zawsze zakłócałaś mój spokój, Meredith. Kiedy tylko znajdziemy się w pobliżu siebie, ziemia zaczyna drżeć w posadach. Nie miałem na myśli tego, że żałuję, że tu jesteś. Miałem tylko nadzieję, że spędzę z tobą miłe popołudnie i nie będę musiał roztrząsać właśnie teraz żadnych poważnych problemów.
– Prawdę mówiąc, myślałam tak samo.
Stali cicho w całkowitej harmonii, obserwując się nawzajem, po czym Meredith wzięła gruby ciemnogranatowy szlafrok leżący na poręczy krzesła.
– Włóż szlafrok, usiądź i zjedz lunch, dobrze?
Włożył go posłusznie, zawiązał w pasie i usiadł. Zauważyła, z jaką obawą patrzył na przykryte wieczkami talerze.
– Co jest pod tymi przykryciami? – zapytał ostrożnie.
– Wianuszek czosnku – skłamała z udawaną ceremonialnością – do powieszenia na szyi. – Ciągle jeszcze śmiał się, kiedy uniosła nakrycie talerza. – Nawet ja potrafię ugotować zupę z puszki i wrzucić plastry wędliny pomiędzy dwie kromki chleba.
– Dziękuję – powiedział szczerze. – Bardzo miło, że zadałaś sobie tyle trudu.
Kiedy skończył jedzenie, zeszli na dół i usiedli przed kominkiem. Matt uparł się, żeby rozpalić w nim ogień. Przez chwilę rozmawiali miło na tematy tak niekontrowersyjne jak pogoda, jego siostra i w końcu książka, którą czytał. Najwyraźniej Matt szybko odzyskiwał siły, ale zauważyła, że zaczynał wyglądać na zmęczonego.
– Nie chciałbyś wrócić do łóżka? – zapytała.
– Nie, wolę być tutaj – odpowiedział, ale już wyciągał się na kanapie, opierając głowę o poduszkę.
Kiedy budził się godzinę później, towarzyszyła mu ta sama myśl, z jaką rano otworzył oczy: że obecność Meredith tutaj była tylko snem. Ale kiedy odwrócił lekko głowę i spojrzał na krzesło, na którym siedziała wcześniej, upewnił się, że nie był to sen. W dalszym ciągu siedziała tam. Robiła notatki w notesie leżącym na kolanach, nogi podkurczyła pod siebie. Ogień z kominka oświetlał jej włosy, muskał policzki pięknym różanym blaskiem, rzucał cienie jej długich podwiniętych rzęs. Obserwował, jak pracowała, i uśmiechał się w duchu. Wyglądała raczej na uczennicę odrabiającą lekcje niż na tymczasowego prezydenta wielkiej sieci handlowej. Prawdę mówiąc, im bardziej jej się przyglądał, tym bardziej nieprawdopodobne mu się to wydawało. To wrażenie natychmiast rozwiało się, kiedy spokojnie zapytał:
– Co robisz?
Zamiast odpowiedzi „algebrę” albo „geometrię”, kobieta siedząca na krześle odpowiedziała:
– Piszę podsumowanie trendów rozwoju rynku. Muszę przedstawić je na następnym zebraniu zarządu. Mam nadzieję, że przekonam ich do wprowadzenia towarów opatrzonych naszym własnym znakiem firmowym. Domy handlowe – wyjaśniła, widząc, że wygląda na naprawdę zainteresowanego – szczególnie takie jak „Bancroft”, czerpią ogromne zyski ze sprzedaży towarów z ich znakiem firmowym. My nie wykorzystujemy tego w takim stopniu, jak robią to Neiman, Blumingdale czy inne.