Выбрать главу

– Wygląda na to, że to był równy gość – powiedział z sarkazmem Matt.

Meredith myślała już o obiedzie. Otworzyła kredens, próbując zgadnąć, na co Matt mógłby mieć ochotę. On jednak podszedł prosto do lodówki i wyjął steki.

– Co powiesz na to?

– Steki? Masz ochotę na zjedzenie czegoś tak ciężko strawnego?

– Chyba tak. Od Bóg wie kiedy nie jadłem porządnego posiłku. – Pomimo zainteresowania kolacją Matt był dziwnie niechętny zakończeniu ich rozmowy. Może dlatego, że taka normalna pogawędka z nią była dla niego zupełnie nowym doświadczeniem. Nowym, ale nie aż tak trudnym do uwierzenia jak to, że była tam teraz, odgrywając rolę pełnej poświęcenia, troskliwej żony, doglądającej swojego dochodzącego do zdrowia małżonka. Odpakowywał mięso, obserwując, jak stojąc obok, opasywała szczupłą talię papierowym ręcznikiem, robiąc z niego prowizoryczny fartuch. Miał nadzieję, że sprowokuje ją znowu do rozmowy, i nawiązał żartobliwie do tego, co ostatnio powiedziała.

– Czy tobie ojciec też mówi, że marnujesz sklep? Odłożyła chleb i spojrzała na niego z ukosa, uśmiechając się, ale ten uśmiech nie pojawił się w jej pełnych wyrazu oczach.

– Robi to tylko wtedy, kiedy jest w wyjątkowo dobrym nastroju.

Zobaczyła błysk współczucia w jego oczach i natychmiast zmobilizowała się, żeby dać mu do zrozumienia, że to nie jest konieczne.

– Czuję się zażenowana, kiedy napada na mnie w czasie zebrań, ale dyrektorzy są już przyzwyczajeni do tego. Poza tym każdy z nich też przeżywa potyczki z nim, chociaż nie tak często, jak zdarza się to mnie. Są już zorientowani, że mój ojciec jest człowiekiem, który nie cierpi, kiedy udowadnia mu się, że ktoś inny jest absolutnie zdolny do przeprowadzenia czegoś bez jego rady czy ingerencji. Zatrudnia kompetentnych, wykształconych ludzi, mających świetne pomysły, a potem narzuca im swoje własne teorie. Jeśli się sprawdzają, zasługę przypisuje sobie, jeśli zawodzą, oni są kozłami ofiarnymi. Ci, którzy mu się nie podporządkowują i obstają przy swoim, awansują i dostają podwyżki, o ile oczywiście ich pomysły są trafione. Nie dostają jednak podziękowań i nie są doceniani, a taka sama batalia czeka ich następnym razem, kiedy chcą wprowadzić jakąś innowację.

– A ty? – zapytał Matt, opierając się o ścianę obok. – Jak ty radzisz sobie z tym wszystkim, teraz kiedy zostałaś szefową?

Zatrzymała się, wyjmując sztućce z szuflady. Spojrzała na niego, a jej myśli powędrowały do zebrania w jego biurze tego dnia, kiedy tam poszła. Niestety w tym momencie zdekoncentrował ją widok jego gołego torsu odsłoniętego przez rozchylone klapy szlafroka. Jego opalona brązowa skóra i muskuły, usiane tu i ówdzie czarnymi, kręconymi włoskami, wywarły na niej nieoczekiwane i niepokojące wrażenie. Ze śmiesznym westchnieniem spojrzała na niego i to uczucie zniknęło, ale pozostała intymność chwili.

– Radzę sobie z tym w taki sam sposób jak ty – powiedziała łagodnie, nie próbując ukryć podziwu.

Zerknął na nią, marszcząc ciemne brwi.

– Skąd wiesz, jak ja to robię?

– Obserwowałam cię tego dnia, kiedy przyszłam do twojego biura. Zawsze wiedziałam, że musi być lepszy sposób kontaktu z dyrektorami niż to, co robił mój ojciec. Nie byłam jednak pewna, czy nie zostanę uznana za słabą kobietkę, jeśli spróbuję bardziej otwartego dialogu.

– I? – dopytywał się z nieznacznym uśmiechem.

– Ty, tamtego dnia, postępowałeś dokładnie w ten sposób ze swoimi pracownikami, a mimo to nikt nigdy nie posądziłby cię o słabość. I w związku z tym – zakończyła, tłumiąc nieśmiały uśmiech i koncentrując się na szufladzie ze sztućcami – zdecydowałam, że kiedy dorosnę, będę dokładnie taka sama jak ty.

W pokoju zaległa niemal namacalna cisza. Meredith czuła się niepewnie i była onieśmielona, a Matt był o wiele bardziej zadowolony z tej pochwały, niż chciał się do tego przyznać.

– To mi bardzo pochlebia – powiedział formalnie. – Dziękuję.

– To drobiazg. Teraz usiądź, a ja przygotuję kolację.

Po kolacji przeszli do pokoju i Meredith podeszła do biblioteczki. Przeglądała stare książki i gry leżące na półkach. Miała za sobą wspaniały, niezapomniany dzień. Czuła się z tego powodu winna wobec Parkera i nieznacznie zażenowana… zażenowana z powodu czegoś, czego właściwie nie potrafiła określić. Nie. Właściwie mogła to zrobić, pomyślała z brutalną szczerością. Mogła to łatwo sprecyzować, chociaż nie mogła zrozumieć, dlaczego ją to tak bardzo poruszało. W tym domu było zbyt wiele przytłaczającej męskości, zbyt wiele męskiego uroku, wspomnień, które zaczynały ożywać. Przyjeżdżając tu, nie oczekiwała niczego takiego. Nie spodziewała się widoku nagiego torsu, co rozbudziłoby wspomnienia z czasów, kiedy to widywała… z czasów, kiedy kochała się z Mattem.

Przesunęła powoli palcem wzdłuż zakurzonych grzbietów książek, właściwie nie dostrzegając ich tytułów. Zastanawiała się, ile innych kobiet miało takie same intymne wspomnienia ciała Matta. Dziesiątki, zdecydowała, nie, prawdopodobnie setki. Zabawne było to, że patrząc na sprawę obiektywnie, już nie potępiała Matta za te wszystkie szeroko nagłaśniane seksualne wyczyny. Tym bardziej że w głębi duszy nie mogła w dalszym ciągu patrzeć z góry na kobiety, które ulegały jego urokowi. Teraz, kiedy sama była w pełni ukształtowaną kobietą, rozumiała doskonale to, z czego jako dziewczyna zdawała sobie sprawę tylko częściowo: Matt Farrell z pewnością emanował czystym sex appealem i pełną siły męskością. Już to samo w sobie było niebezpiecznie atrakcyjne, jeśli jednak dodać do tego niesamowite bogactwo, jakie zgromadził, i władzę, jaką teraz dysponował, jasne było dla niej, dlaczego ta kombinacja była dla większości kobiet absolutnie nie do odparcia.

Jej samej to nie zagrażało. Ani trochę! Ostatnią rzeczą, jakiej potrzebowała, był oblegany przez pożądliwe kobiety, pełen seksu atleta o nieprzewidywalnych reakcjach. Zdecydowanie preferowała mężczyzn o wysokim morale, takich, na których można polegać. Parker był kimś takim. Towarzystwo Matta jednak lubiła, nie mogła temu zaprzeczyć. Być może lubiła je nawet za bardzo.

Matt, siedząc na kanapie, obserwował ją. Miał nadzieję, że nie znajdzie sobie książki i nie spędzi całego wieczoru na jej czytaniu. Kiedy na dosyć długo zatrzymała się przy półce ze starymi grami, pomyślał, że może szuka „Monopolu”… i przypomina sobie, jak ostatnio grali w te grę.

– Chciałabyś zagrać? – zapytał.

Odwróciła gwałtownie głowę. Miała nieodgadniony wyraz twarzy. Była pełna rezerwy.

– Zagrać, w co? – zapytała.

– Myślałem, że patrzysz na jedną z gier, tę na samej górze. Wtedy Meredith zobaczyła „Monopol”. Poczuła się wolna od wszelkich problemów i obaw, mając w perspektywie spędzenie najbliższych kilku godzin na robieniu czegoś tak błahego i szalonego jak granie z nim w „Monopol”. Uśmiechnęła się przez ramię i sięgnęła po grę.

– Masz ochotę?

Nagle poczuł, że ma na to taką samą ochotę, jaką najwyraźniej i ona miała.

– Myślę, że możemy spróbować – powiedział, zdejmując narzutę z kanapy, tak żeby siedząc, mogli mieć planszę do gry między sobą.

W dwie godziny później Matt był właścicielem „Boadwalku”, „Park Place”, zestawu zielonych działek, czerwonych żółtych, wszystkich czterech linii kolejowych, obydwu zakładów użyteczności publicznej. Plansza była niemal całkowicie pokryta jego domami i hotelami. Za każdym razem, kiedy pionek Meredith znalazł się na jego terenie, musiała płacić czynsz.