Выбрать главу

ROZDZIAŁ 38

Matt schodził pospiesznie po schodach, zapinając guziki koszuli. Meredith odwróciła się gwałtownie, kiedy mijał w pędzie drzwi do kuchni. Wkładał po drodze skórzaną kurtkę i kierował się ku drzwiom frontowym.

– Dokąd idziesz?

– Wychodzę, żeby znaleźć twoje kluczyki. Pamiętasz, gdzie upadły?

Aż otworzyła usta ze zdziwienia, widząc niewzruszoną determinację malującą się w rysach jego twarzy, zaciśnięte szczęki.

– One… upadły mi, kiedy obchodziłam samochód od przodu, ale nie ma powodu, żebyś wychodził na dwór teraz…

– Jest powód – powiedział lakonicznie – to udawanie trwa już zbyt długo. Nie bądź taka zaskoczona. – Jesteś równie zaskoczona tą małżeńską sielanką jak ja. – Poczuła się, jakby właśnie ją spoliczkował, a on dodał lodowato: – Podziwiam twoją wytrwałość, Meredith. Chcesz dostać ziemię w Houston za dwadzieścia milionów i chcesz szybkiego, bezproblemowego rozwodu. Spędziłaś dwa dni, opiekując się mną, żebym zgodził się na jedno i drugie. Próbowałaś tego dokonać i nie udało ci się. Teraz wracaj do miasta i zachowuj się, jak przystoi odpowiedzialnemu dyrektorowi, jakim jesteś. Pozwij mnie do sądu w sprawie ziemi w Houston, złóż pozew o rozwód, ale przerwij tę żałosną farsę! Rola kochającej żony nie pasuje do ciebie i musisz mieć jej już dosyć tak samo jak ja.

Odwrócił się na pięcie i wypadł na zewnątrz. Meredith wpatrywała się w miejsce, w którym stał jeszcze przed chwilą. Czuła panikę, rozczarowanie i upokorzenie. Nagle zdecydował, że te dwa dni były nudnym udawaniem.

Zamrugała powiekami, żeby usunąć łzy frustracji, które napłynęły jej do oczu, przygryzła dolną wargę i odwróciła się do kuchenki. Najwyraźniej przegapiła najodpowiedniejszy moment, żeby powiedzieć mu, że nie usunęła ciąży. Nie miała najmniejszego pojęcia, dlaczego nagle wpadł w tak agresywny nastrój. Nie cierpiała tej agresywnej, trudnej do przewidzenia strony Matta. Zawsze był taki. Nigdy nie można było przewidzieć, co myśli ani jak się zachowa. Zanim opuści ten dom, powie mu prawdę o tym, co się stało jedenaście łat temu. Teraz jednak nie była pewna, czy w ogóle będzie go to obchodzić, nawet jeśli jej uwierzy. Wzięła do ręki jajko i rozbiła je o brzeg patelni tak energicznie, że wyciekło na zewnątrz.

Matt przeczesywał śnieg wokół przedniego koła BMW, bezowocnie próbując znaleźć kluczyki Meredith. Kopał i przesypywał śnieg, aż rękawiczki przemiękły mu zupełnie, a ręce niemal zamarzły. W końcu zaniechał tych działań i sprawdził system alarmowy samochodu, zaglądając do środka przez boczną szybę. Nie było widać stacyjki, co prawdopodobnie znaczyło, że była unieruchomiona jej kluczykami. Nawet jeśli sforsowałby zamek w drzwiczkach, system alarmowy tego typu unieruchamiał samochód tak, żeby nie można go było prowadzić po uruchomieniu silnika poza stacyjką.

– Śniadanie jest gotowe – powiedziała Meredith, wchodząc do pokoju w chwilę po tym, jak usłyszała trzaśniecie frontowych drzwi. – Znalazłeś kluczyki?

– Nie – powiedział, usiłując trzymać w ryzach nerwy. – W mieście jest zakład ślusarski, ale w niedziele jest zamknięty.

Meredith nałożyła jajecznicę i usiadła naprzeciwko niego. Próbując za wszelką cenę odnaleźć chociaż cień porozumienia, jakie było między nimi wczoraj, zapytała spokojnym, rzeczowym tonem:

– Może mógłbyś mi powiedzieć, dlaczego nagle zdecydowałeś, że cały ten weekend był uknutą przeze mnie, nudną intrygą?

– Ustalmy po prostu, że sprawność mojego umysłu powróciła do normy razem z moim zdrowiem – powiedział zwięźle.

Przez pięć minut, kiedy jedli, Meredith próbowała nawiązać z nim rozmowę, ale jej wysiłki doczekały się z jego strony tylko krótkich, skąpych odpowiedzi. Z chwilą, kiedy skończył jedzenie, wstał mówiąc, że zacznie pakowanie rzeczy w salonie.

Meredith z ciężkim sercem patrzyła, jak odchodzi, po czym odruchowo zaczęła porządkować kuchnię. Kiedy wszystkie naczynia były już umyte i odstawione na miejsce, poszła do salonu.

– Masz dużo pakowania – powiedziała zdeterminowana; żeby w jakiś sposób dotrzeć do niego. – Co mogę zrobić, żeby ci pomóc?

Matt wychwycił łagodną prośbę w jej głosie i jego ciało zareagowało natychmiast nowym przypływem pożądania. Wyprostował się i spojrzał na nią. Mogłabyś pójść ze mną na górę i zaoferować mi to swoje wspaniałe ciało.

– Rób to, na co masz ochotę.

Dlaczego, zastanawiała się, on musi być teraz tak cholernie nieprzystępny i dlaczego nagle uznał ją za nudną i irytującą? Jego ojciec mówił, że Matt szalał z żalu po rzekomej aborcji ich dziecka, a kiedy potem odmówiła zobaczenia się z nim, niemal go to zabiło. Pomyślała, że Patrick musiał potężnie wyolbrzymić uczucia Matta do niej. Teraz była tego pewna i ta świadomość sprawiła, że poczuła się dziwnie, niewytłumaczalnie przygnębiona. Nie było to jednak dla niej zaskoczeniem. Matt zawsze był zdolny do brania na swoje barki wielkiej odpowiedzialności, ale nie sposób było wiedzieć, co naprawdę myślał albo czuł. Miała mimo wszystko nadzieję, że humor mu się poprawi, o ile pozostawi go samemu sobie. Poszła na górę. Spędziła ranek na pakowaniu serwet, pościeli i zawartości szaf, co jak powiedział przy śniadaniu, miało być w większości przekazane dla biednych. Tylko pamiątki rodzinne miały zostać zachowane. Sortowała z uwagą szafę jego rodziców, żeby mieć pewność, że nic, co mogło mieć jakąś wartość sentymentalną, nie znalazło się w pudełkach przeznaczonych do oddania. W czasie przerwy w tych czynnościach usiadła na łóżku i zaczęła przeglądać album z fotografiami, który najwyraźniej należał do matki Matta. Był wypełniony tak starymi zdjęciami, że większość z nich była już wyblakła. Przedstawiały one głównie krewnych ze starego kraju; dziewczęta o cukierkowych twarzyczkach, długich włosach i czepkach na głowach, poważni mężczyźni o irlandzkich nazwiskach takich jak Lanigan, O'Malley czy Collier. Pod każdym z nich widniała data zrobienia zdjęcia i nazwisko osoby sfotografowanej. Ostatnie zdjęcie było najbardziej aktualne. Było to zdjęcie ślubne rodziców Matta. Widniała pod nim data 24 kwietnia 1949 napisana schludnym charakterem pisma. Różnorodność nazwisk pojawiających się w tym albumie pozwalała przypuszczać, że Elizabeth Farrell miała w starym kraju wielu kuzynów, ciotek i wujów. Meredith uśmiechała się łagodnie z tęsknotą i zastanawiała się, jak by to było, gdyby ona sama pochodziła z dużej rodziny.

W południe zeszła na dół. Na lunch zjedli kanapki i chociaż Matt nie był przyjazny, to przynajmniej z pełną wyższości uprzejmością odpowiadał na jej pytania i komentarze. Uznała to za podtrzymujący na duchu znak, że nastrój mu się poprawia. Kiedy skończyła sprzątanie po lunchu, spojrzała na błyszczącą czystością kuchnię i przeszła do salonu, gdzie Matt metodycznie pakował do pudeł książki i bibeloty. Zatrzymała się w drzwiach, patrząc, jak irchowa koszula napina się na jego ramionach i wraca do poprzedniego kształtu w chwili, kiedy podnosi ręce. Nie miał już na sobie dżinsów, które przemoczył, szukając jej kluczyków, zamiast nich włożył szare spodnie miękko przylegające do jego bioder i długich umięśnionych nóg. Przez jedną szaloną chwilę miała ochotę stanąć tuż za nim, opleść ramionami jego talię i przytulić policzek do tych mocnych pleców. Zastanawiała się, co by wtedy zrobił. Najpewniej odepchnąłby ją, zdecydowała chmurnie.