Przygotowała się psychicznie na starcie z nim i podeszła bliżej. Jej nerwy były napięte do granic wytrzymałości po znoszeniu przez pół dnia jego nieprzewidywalnych nastrojów. Obserwowała, jak zalepia! ostatnie pudła z książkami, i zapytała:
– Mogę ci w czymś pomóc?
– Raczej nie, już właściwie skończyłem – powiedział, nie racząc nawet się odwrócić.
Zesztywniała. Policzki zaróżowiły jej się. Ostatnim wysiłkiem starała się być grzeczna i powiedziała:
– Idę do pokoju Julie spakować jej drobiazgi. Chcesz, żebym przedtem zrobiła ci kawę?
– Nie – rzucił.
– Może podać ci coś innego?
– Na miłość boską! – eksplodował, odwracając się gwałtownie ku niej. – Przestań zachowywać się jak cierpliwa, świętsza niż święta małżonka i wyjdź stąd.
Wściekłość zabłysnęła w jej oczach, dłonie zacisnęła w pięści. Powstrzymała jednocześnie łzy i chęć wymierzenia mu policzka.
– W porządku – odparła, starając się heroicznie zachować resztki nadszarpniętej dumy. – Możesz sobie zrobić tę cholerną kolację sam i zjeść ją też w samotności.
Odwróciła się na pięcie i zaczęła wchodzić na schody.
– Co to ma znaczyć do diabła? – zapytał agresywnie. Odwróciła się na podeście. Wyglądała jak rozwścieczona, pełna dumy boginka z rozwianymi włosami.
– To znaczy, że uważam cię za beznadziejne towarzystwo! Było to tak delikatne sformułowanie, że Matt roześmiałby się, gdyby nie był tak wściekły na siebie za to, że pragnął jej nawet teraz, kiedy stała tam, rzucając na niego gromy. Patrzył, jak odwróciła się i zniknęła w korytarzu. Podszedł do okna. Oparł dłoń wysoko na framudze i spojrzał na podjazd. Odśnieżony podjazd. Dale O'Donnell musiał się pojawić, kiedy jedli lunch. Przez kilka minut Matt stał przy oknie, zaciskając zęby i starając się opanować impuls, żeby pójść na górę i przekonać się, czy Meredith chce działki w Houston tak bardzo, żeby pójść z nim do łóżka. Istniały gorsze sposoby spędzania zimowych dni… wieczorów, a nie było lepszej metody odwetu, niż pozwolić jej na to, a potem odesłać z niczym. Wahał się jednak powstrzymywany przez trudne do zdefiniowania skrupuły… lub instynkt samoobrony. Odszedł od okna, wziął kurtkę i wyszedł na dwór zdecydowany, żeby tym razem odnaleźć jej kluczyki. Znalazł je zaledwie centymetry od miejsca, w którym poprzednio zaniechał poszukiwań.
– Podjazd jest odśnieżony – oświadczył, wchodząc do pokoju Julie, gdzie Meredith wkładała do pudełka stare zeszyty z wycinkami. – Spakuj swoje rzeczy.
Meredith odwróciła się zaskoczona jego lodowatym tonem. W tym momencie straciła nadzieję na odroczenie konfrontacji, na powrót do wczorajszego nastroju. Zbierając odwagę, zapakowała ostatni zeszyt. Teraz, kiedy nadszedł czas na wyjawienie mu prawdy o poronieniu, bardzo prawdopodobna wydawała się jego reakcja typu: „Doprawdy moja droga, nic mnie to nie obchodzi”. Na samą myśl o tym wrzała gniewem. Przez pół dnia znosiła jego sarkazm i mrożącą ciszę. Była na skraju wytrzymałości nerwowej. Pieczołowicie włożyła pakowany właśnie zeszyt do pudła, wyprostowała się i spojrzała na niego.
– Jest coś, o czym muszę ci powiedzieć, zanim wyjadę.
– Nie jestem tym zainteresowany – wyrzucił z siebie, przesuwając się do przodu. – Zbieraj się.
– Nie ruszę się stąd, dopóki nie powiem tego. Po to tu przyjechałam!
Krzyknęła przerażona, kiedy chwycił ją za ramię.
– Meredith – warknął. – Daruj to sobie i ruszaj.
– Nie mogę! – wybuchnęła wyrywając mu się. – Ja… nie mam kluczyków.
Wtedy zobaczył małą walizeczkę leżącą obok łóżka. Słabo pamiętał wieczór, kiedy przyjechała, ale był pewny, że zauważyłby, jeśli miałaby walizkę, wysiadając z auta. Zapamiętałby na pewno wrażenie, jakie to by na nim zrobiło. Jej samochód miał być jakoby zamknięty, ale walizkę jakimś cudem udało jej się z niego wydostać! Obrócił się na pięcie, chwycił z toaletki jej torebkę i bezceremonialnie wyrzucił jej zawartość. Komplet kluczyków samochodowych wylądował na wierzchu, na portfelu i kosmetyczce.
– Więc to tak – powiedział jedwabistym głosem – nie masz kluczyków?
W panice i desperacji odruchowo położyła dłoń na jego piersi.
– Matt, proszę, posłuchaj mnie…
Zobaczyła, że przeniósł wzrok na tę dłoń, a potem wolno na jej twarz. Kiedy spojrzał jej w oczy, zaszła w nim wyraźna zmiana. Nie była świadoma tego, że spowodowała ją intymność jej gestu. Napięcie zniknęło z jego twarzy, odprężył się: oczy nie były już twarde i obojętne. Nawet głos miał inny: gładki, delikatny jak satyna pokrywająca stalowe ostrze.
– Mów dalej, kochanie, wsłuchuję się w każde twoje słowo. Kiedy spojrzała w te pełne magnetyzmu, szare oczy, w jej umyśle zabrzmiały ostrzegawcze dzwonki. Była zbyt zdesperowana, żeby odezwać się, zwrócić uwagę na to ostrzeżenie czy zauważyć, że jego ręce powoli przesuwały się w górę, i w dół po jej ramionach. Odetchnęła głęboko, żeby się uspokoić, i rozpoczęła przemowę, którą przygotowała sobie rano.
– W piątek wieczorem pojechałam do twojego mieszkania, żeby cię przekonać…
– O tym już wiem – przerwał jej.
– Ale nie wiesz o tym, że twój ojciec i ja pokłóciliśmy się bardzo gwałtownie.
– Jestem pewien, kochanie, że ty nie kłóciłaś się z nim – powiedział, nie starając się ukryć sarkazmu. – Kobieta tak dobrze wychowana jak ty nie zniżyłaby się do tego.
– Cóż, tak się jednak stało – powiedziała poruszona jego zachowaniem, ale zdecydowana przeć dalej. – Twój ojciec powiedział mi, żebym trzymała się z daleka od ciebie. Oskarżył, mnie o zgładzenie naszego dziecka i o to, że niemal zniszczyłam ci życie. Ja… najpierw nie wiedziałam, o czym on mówi.
– Jestem przekonany, że to jego wina, że nie wyraził się dosyć jasno…
– Przestań mówić do mnie tym protekcjonalnym tonem – zagroziła Meredith z mieszaniną paniki i desperacji. – Próbuję ci wytłumaczyć!
– Przepraszam. Co takiego powinienem zrozumieć?
– Ja nie usunęłam ciąży, Matt. Ja poroniłam. To było poronienie – powtórzyła, szukając w jego nieruchomej twarzy oznak jakiejś reakcji.
– Ach tak, poronienie – utkwił wzrok w jej ustach i przesunął dłoń z jej ramienia. Objął nią jej kark. – Taka piękna… – szepnął. – Zawsze byłaś tak cholernie piękna…
Zamarła, słysząc te słowa i namiętne brzmienie jego głosu. Patrzyła na niego niepewna, co myśli. Nie mogła uwierzyć, że zaakceptował jej wyjaśnienia tak łatwo i spokojnie.
– Taka piękna – powtórzył obejmując mocniej jej kark. – I tak kłamie!
Zanim zdążyła zebrać myśli, jego usta spadły na jej wargi. Zamknął je w pełnym brutalnego uczucia pocałunku, zmusił je do rozchylenia się. Wplótł dłonie w jej włosy i odchylił jej głowę do tyłu, unieruchamiając ją w ten sposób. Jego język z rozmyślną agresywnością wsunął się pomiędzy jej wargi.
Ten pocałunek miał ją ukarać i poniżyć, wiedziała o tym. Zamiast przeciwstawić mu się, jak tego najwyraźniej oczekiwał, oplotła ramionami jego kark i przywarła całym ciałem do niego. Oddała mu pocałunek z miażdżącą czułością i bolesnym żalem w sercu. Próbowała przekonać go w ten sposób, że mówi prawdę. Jej reakcja spowodowała, że zamarł zaskoczony. Spiął się, jakby miał zamiar odepchnąć ją, po czym z cichym jęknięciem wziął ją w ramiona i całował powoli, z rozpalającym pożądaniem. Jej mechanizmy obronne przestały działać, doprowadzał ją do szaleństwa i rozbudzał w niej pożądanie. Pogłębił jeszcze pocałunek, jego usta poruszały się nagląco, przekonywająco.