Выбрать главу

Całą sobą poczuła twardy nacisk jego podnieconego ciała.

Kiedy w końcu uniósł głowę, była zbyt oszołomiona, żeby od razu zdać sobie sprawę ze znaczenia ostrego pytania, jakie jej zadał:

– Używasz środków antykoncepcyjnych? Zanim pójdziemy do łóżka i zanim pokażesz mi, jak bardzo chcesz tej ziemi w Houston, wolałbym być pewny, że nie będzie z tego następnego dziecka albo kolejnej aborcji.

Odskoczyła do tyłu. Patrzyła na niego zaskoczona i zagniewana.

– Aborcja? – zawołała – Nie słyszałeś tego, co powiedziałam? Ja poroniłam!

– Do diabła, nie kłam!

– Musisz mnie wysłuchać…

– Mam już dosyć rozmów – powiedział niegrzecznie i pocałował ją szorstko.

Była jak oszalała. Chciała go powstrzymać. Chciała, żeby wysłuchał jej, zanim będzie za późno. Walczyła, aż w końcu udało jej się oderwać usta od jego ust.

– Nie! – wykrzyknęła, opierając dłonie o jego pierś, ukrywając twarz w fałdach jego koszuli. Zacisnął dłoń na jej karku, jakby miał zamiar zmusić ją, żeby uniosła głowę. Przeciwstawiała mu się w panice. Odepchnęła jego ręce i wyrwała mu się. – Nie usunęłam ciąży, nie zrobiłam tego! – wykrzyknęła, cofając się.

Pierś jej podnosiła się i opadała w rytm szybkich płytkich oddechów. Wyrzucała z siebie słowa pełne nagromadzonego bólu i wściekłości. Pieczołowicie zaplanowana i przećwiczona mowa poszła w zapomnienie. Zamiast niej wyrzucała z siebie potok pełnych bólu słów.

– Poroniłam i o mały włos nie umarłam. To było poronienie! Nikt nie zgodziłby się na przeprowadzenie aborcji w szóstym miesiącu ciąży…

Jeszcze kilka minut temu jego oczy żarzyły się pożądaniem, teraz patrzył na nią z pogardą.

– Najwyraźniej znajdują się tacy, jeśli jesteś sponsorem całego skrzydła szpitala.

– To nie kwestia legalności, to jest zbyt niebezpieczne!

– Zdaje się, że tak, skoro leżałaś na oddziale prawie dwa tygodnie.

Zorientowała się, że on dawno już doszedł do swoich konkluzji, logicznych, chociaż błędnych, i że nic, co ona teraz powie, nie wpłynie na ich zmianę. Świadomość tego była druzgocąca. Odwróciła twarz i otarła łzy bezsilności. Nie mogła jednak przestać mówić do niego.

– Proszę cię – błagała łamiącym się głosem. – Posłuchaj. Miałam krwotok i straciłam nasze dziecko. Poprosiłam ojca, żeby wysłał do ciebie telegram. Żeby zawiadomił cię o tym, co się stało, i prosił, żebyś przyjechał. Przez myśl mi nie przeszło, że może skłamać albo uniemożliwić ci wejście do szpitala. Twój ojciec jednak mówi, że tak właśnie zrobił… – Powstrzymywane łzy wymknęły jej się spod kontroli, zalały jej oczy. Szlochała, wyrzucając z siebie roztrzęsionym głosem: – Wydawało mi się, że jestem w tobie zakochana! Czekałam, że przyjedziesz do szpitala. Czekałam i czekałam! – wykrzyknęła. – Ale nie pojawiłeś się!

Opuściła głowę, a jej ramionami wstrząsnęła nowa fala łkań. Widział, że płakała, ale nie był zdolny do żadnej reakcji. Był poruszony wspomnieniami, które ostro produkował jego umysł po jej wzmiance o ojcu. Widział Philipa Bancrofta stojącego w swoim gabinecie, pobladłego z wściekłości. Mówił: „Uważasz się, Farrell, za twardziela, ale ty jeszcze nie wiesz, co to znaczy być twardym. Nic mnie nie powstrzyma przed uwolnieniem Meredith od ciebie!” Kiedy już ochłonął po tej tyradzie, poprosił Matta, żeby dla dobra Meredith spróbowali ułożyć jakoś swoje stosunki. Wydawało się, że Bancroft był wtedy szczery, że zaakceptował to małżeństwo, aczkolwiek zrobił to niechętnie. Teraz Matt zastanawiał się, czy tak rzeczywiście się stało. „Nic mnie nie powstrzyma przed uwolnieniem Meredith od ciebie…”

W tym momencie Meredith spojrzała na niego pełnymi bólu niebieskozielonymi oczami. Czuł się jak sparaliżowany. Był niepewny. Spojrzał w jej oczy i to, co zobaczył, rzuciło go niemal na kolana. Były całe we łzach, biła z nich niema prośba. I prawda. Naga, szarpiąca duszę, trudna do zniesienia prawda.

– Matt – szepnęła z bólem – mieliśmy… mieliśmy maleńką dziewczynkę.

– O mój Boże – jęknął i porwał ją w ramiona. – Boże! Meredith przywarła do niego. Mokry policzek przycisnęła do jego koszuli. Teraz, w jego uścisku, nie mogła powstrzymać emanującego z niej smutku i żalu.

– Nazwałam… Nazwałam ją Elizabeth, po twojej matce.

Jej słowa ledwo do niego docierały; widok Meredith leżącej samotnie w szpitalnej sali, czekającej na niego, torturował go.

– Proszę, przestań – błagał, przygarniając ją mocniej do siebie, pocierając pieszczotliwie podbródkiem jej włosy. – Proszę, przestań.

– Nie mogłam być na jej pogrzebie – szepnęła schrypniętym głosem. – Byłam zbyt chora. Ojciec powiedział, że był na nim… Chyba nie myślisz, że skłamał też wtedy?

Matt przeżywał katusze, kiedy wspomniała o pogrzebie i swojej chorobie.

– Chryste! – jęknął i objął ją jeszcze mocniej, głaszcząc dłońmi jej plecy i ramiona, próbując bezsilnie załagodzić ból, jaki lata temu zadał jej nieświadomie. Uniosła zapłakaną twarz, szukając w nim pocieszenia. – Prosiłam, żeby miała mnóstwo kwiatów na pogrzebie. To miały być różowe róże. Nie… nie myślisz, że skłamał, kiedy powiedział, że je załatwił?

– Przesłał je! – zapewnił ją z przekonaniem. – Na pewno.

– Nie… nie zniosłabym myśli o tym, że nie miała kwiatów…

– Proszę cię, kochanie – szeptał łamiącym się głosem.Proszę, przestań. Już dosyć.

Była oszołomiona żalem i ulgą, jaką poczuła. Wychwyciła jednak i żal przepełniający jego głos, zobaczyła go w wyrazie jego twarzy. Ogarnęła ją wielka czułość dla niego, wypełniła jej serce aż do bólu.

– Nie płacz – szepnęła. Dotknęła palcami jego twardego policzka, a jej własne łzy spływały, wymykając się jej spod kontroli. – To już przeszłość. Twój ojciec powiedział mi, co się stało. To dlatego tu przyjechałam. Musiałam ci powiedzieć co naprawdę się wydarzyło. Musiałam prosić cię, żebyś spróbował mi wybaczyć…

Matt odchylił głowę do tyłu, przymknął oczy, przełknął z trudem.

– Przebaczyć ci? – powtórzył rwącym się szeptem. – Przebaczyć, co?

– To, że nienawidziłam cię przez te wszystkie lata. Zmusił się, żeby otworzyć oczy i spojrzał w jej śliczną twarz.

– Nie mogłaś nienawidzić mnie bardziej niż ja siebie w tej chwili.

Serce Meredith zareagowało nierównomiernym biciem n ten żal malujący się w jego oczach; zawsze uważała go za tak twardego człowieka, nie sądziła, że jest zdolny do głębszych wzruszeń. Może to jej młodość i brak doświadczenia spowodowały taki osąd. W każdym razie, nie myślała teraz o niczym innym jak tylko o tym, żeby go pocieszyć.

– To już minęło. Nie myśl już o tym – powiedziała, przytulając miękkim ruchem twarz do jego mocnej piersi. Była to sugestia, mająca niewielkie szanse powodzenia. W ciszy, jaka zaległa, zanim on znowu się odezwał, było to jedyne, o czym obydwoje myśleli.

– Czy to bardzo bolało? – zapytał w końcu. Już chciała znowu prosić go, żeby o tym nie myślał, kiedy coś podszepnęło jej, że zadając to pytanie, chciał dzielić z nią przynajmniej wspomnienie tego, co wtedy miał prawo przeżywać razem z nią. Jednocześnie z opóźnieniem oferował jej wsparcie, jakiego w tamte dni potrzebowała od niego. Powoli zrozumiała, że chce tego. Nawet teraz. Stała w jego objęciach i czuła powolną, łagodną pieszczotę jego dłoni na karku i ramionach. Nagle nie była dwudziestodziewięciolatką ale znowu miała osiemnaście lat, on miał dwadzieścia sześć, a ona była w nim zakochana. Od niego emanowała siła, bezpieczeństwo i nadzieja.