Выбрать главу

Jej serce chciało tego desperacko, ale jakiś wątły głos rozsądku ostrzegał, że to byłby błąd.

– To nierozsądne… – szepnęła, kiedy nachylił się nad nią. Patrzyła na jego nagą opaloną pierś i ramiona.

– To nie jest nierozsądne – powiedział z mocą. Jego usta spadły na jej wargi, rozchylił je w tak dobrze jej znany, zdecydowany sposób.

Przymknęła oczy. Pozwoliła, żeby sen się ziścił.

Tyle tylko, że w tym śnie nie była biernym obserwatorem, brała w nim czynny udział. Najpierw wahała się, była nieśmiała i zawstydzona, jak zawsze kiedy stawała oko w oko z jego emanującą męskością i bezbłędną maestrią. Jego usta nieprzerwanie niepokoiły i uwodziły jej wargi, podczas kiedy dłonie bezustannie przesuwały się wzdłuż jej nóg, zmierzały ku piersiom, wprowadzając ją w stan emocjonującego transu. Jęknęła. Była to kombinacja budzącej się rozkoszy i powracającej samokontroli. Niepewnie wsunęła dłonie w sprężyste, kręcone włoski na jego klatce piersiowej. Dotykała ich, jego usta stały się jeszcze bardziej wymagające, dłonie znalazły się bardzo blisko jej aż bolących w tej chwili piersi. Nie dotknęły ich jednak. Kiedy już myślała, że nie zniesie dłużej tej niezaspokojonej potrzeby, jego język wślizgnął się mocno do jej ust, a ręce zagarnęły piersi, naciskały, drażniły, pocierały instynktownie twardniejące sutki. Powstrzymywany przez nią krzyk eksplodował. Przestała się kontrolować. Całe jej ciało wygięło się ku niemu, gorączkowo przesuwała dłońmi wzdłuż napiętych mięśni jego ramion, ulegała inwazji jego języka, odwzajemniała się tym samym, obróciła się z nim na bok. Oderwał wargi od jej ust, a ona jęknęła, protestując, po czym zadrżała z rozkoszy, kiedy pocałował jej ucho, przesunął usta w dół po jej szyi, potem na piersi, w końcu objął nimi mocno jej sutki. Była zagubiona w mrocznym, bezgłośnym pragnieniu i nagle poczuła jego dłoń zsuwającą się ku jej łonu. Szukał i odnajdował każdy gorący, wilgotny skrawek jej ciała. Wiła się pod jego dotykiem i pieszczotą.

Matt dokładnie wyczuł moment, kiedy oddała mu całkowicie swoje ciało: wyczuł, jak opada z niej napięcie, poczuł, jak jej nogi odprężają się, a potem rozchylają łagodnie dla niego. Poruszająca słodycz tego dobrze przez niego zapamiętanego poddania spowodowała, że pożądanie zaczęło pulsować w całym jego ciele. Serce waliło głośno, a całe ciało drżało. Kiedy znalazł się tuż nad nią, poczuł drżenie ud. W zapomnienie poszły mgliste obietnice, żeby przedłużyć ten nieprawdopodobny, wyjątkowy moment połączenia z nią; teraz liczyło się tylko to, żeby stać się jej częścią. Żyły na ramionach miał napięte, zacisnął powieki. Zagłębiał się w nią centymetr po centymetrze, zwalczając potężniejące z każdą chwilą pragnienie całkowitego zanurzenia się w tym niesamowitym cieple, pochłonięcia jej swoimi dłońmi i ustami.

Kiedy wygięła biodra, a potem oplotła dłońmi jego ramiona i szeptała jego imię, zaczął tracić nad sobą kontrolę. Otworzyła oczy. Spojrzał na nią i zatracił się zupełnie; to nie był wybryk jego rozgorączkowanej wyobraźni: dziewczyna, którą kochał, była kobietą, którą trzymał w ramionach; śliczna twarz prześladująca go w marzeniach była o centymetry od niego, zaróżowiona pożądaniem. Jej włosy rozrzucone były na jego poduszce. Wtedy w szpitalu czekała na niego; nigdy nie próbowała pozbyć się ani jego dziecka, ani jego samego. Przyszła tu do niego, pomimo emanującej z niego nienawiści, Stawiła czoło jego gniewowi… a potem poprosiła, żeby jej przebaczył. Świadomość tego wzruszyła go do głębi, ale nawet wtedy udałoby mu się w dalszym ciągu poruszać w niej powoli, w stałym rytmie, gdyby nie wybrała tego właśnie momentu na zagłębienie palców w jego włosach na karku, uniesienie bioder i szepnięcie:

– Matt, proszę.

Niesamowita słodycz brzmienia jego imienia w jej ustach i podniecający ruch jej ciała sięgającego do niego wyrwały, z niego jęk. Rzucił się w nią, zagłębiając się znowu i znowu, aż obydwoje stali się szaleni z żądzy, razem sięgnęli po nie -, uniknione… odnaleźli to jednocześnie, eksplodowali w tym samym momencie. Ich biodra splatały się, serca waliły. Obejmował ją i nie przestawał zagłębiać się w nią, przelewając w nią całych jedenaście lat tęsknoty. Meredith przytulała go do siebie, jej ciało zaczynało znowu pulsować, aż jej rytmiczne ruchy wyzuły go ze wszystkiego, poza wszechogarniającym uczuciem radości i spokoju.

Opadł na nią. Skórę miał rozpaloną, oddychał ciężko. Po chwili odwrócił się na bok, żeby uchronić ją przed zgnieceniem. Pociągnął ją za sobą, obejmował ramieniem jej plecy, a palce zanurzył w jej satynowe włosy. W ciszy, ciągle był połączony z nią w najbardziej intymny sposób. Pozwolił, żeby jej dłoń wędrowała z góry na dół wzdłuż jego kręgosłupa. Rozkoszował się wilgotnym ciepłem jej ciała, muśnięciami jej warg na swoim obojczyku.

Zamknął oczy, upajając się tymi odczuciami. Przed jedenastoma laty został pozbawiony czegoś wyjątkowego. W czasie tego weekendu odzyskał to. Zrobiłby wszystko, żeby nie stracić jej ponownie. Wtedy nie miał jej do zaoferowania niczego poza samym sobą. Teraz mógł jej ofiarować cały świat… i siebie. Zaczęła oddychać równomiernie. Zasypiała. Uśmiechnął się do siebie trochę zażenowany swoim brakiem samokontroli, co wyczerpało ich obydwoje tak całkowicie i tak szybko… Zdecydował, że pozwoli jej pospać godzinkę. Sam też zaśnie, a potem obudzi się i będzie się z nią kochał. Tym razem bez pośpiechu, celebrując ten akt. Potem będą rozmawiać. Będą musieli zrobić plany. Wiedział, że ona może się wahać z zerwaniem zaręczyn tylko po jednym popołudniu spędzonym z nim w łóżku, ale wiedział też, że ma szanse, żeby nakłonić ją do tego, używając prostego argumentu: byli dla siebie przeznaczeni. Ich przeznaczeniem było być razem, od zawsze…

Ze snu wyrwał go jakiś dźwięk dobiegający gdzieś z głębi domu. Otworzył oczy i zdezorientowany spojrzał na pustą poduszkę obok siebie. W pokoju było ciemno, odwrócił się na bok i spojrzał na zegarek. Dochodziła szósta. Uniósł się na ramieniu zaskoczony, że spał prawie trzy godziny. Przez kilka chwil leżał w bezruchu, nasłuchując, próbując zorientować się, gdzie była Meredith. Pierwszy odgłos, jaki usłyszał, był tym najmniej przez niego oczekiwanym; dochodził z zewnątrz: był to odgłos uruchamianego samochodu, pracującego silnika.

W stanie szczęśliwości, w jakim był, pomyślał w pierwszym odruchu, że Meredith musiała niepokoić się, że akumulator nie wytrzyma mrozu. Odrzucił nakrycie, przeczesując dłonią włosy wyskoczył z łóżka. Podszedł do okna, zamierzając je otworzyć i powiedzieć jej, że on się tym zajmie. Odsunął zasłony. Jedyne, co zobaczył, to jarzącą się intensywnie parę tylnych czerwonych świateł samochodu. BMW oddalało się ku głównej drodze długą aleją dojazdową. Był tak zaskoczony tym widokiem, że pierwszą jego reakcją była obawa, że jechała o wiele za szybko… dopiero wtedy dotarła do niego prawda. Ona odjeżdżała! Przez ułamek sekundy wydawało się, że jego umysł nie jest w stanie przyswoić sobie tego szokującego faktu. Wyślizgnęła się z łóżka i uciekła w środku nocy. Przeklinając wściekle pod nosem, zapalił lampkę i wciągnął spodnie. Oparł dłonie na biodrach, stał i patrzył na puste łóżko. Był jak sparaliżowany. Nie mógł uwierzyć, że uciekła tak, jakby zrobili coś, czego należało się wstydzić i czemu trudno byłoby stawić czoło w blasku dnia.