Wtedy zauważył kartkę: leżała na nocnej szafce. Była napisana na takim samym żółtym arkuszu papieru, na jakim robiła notatki na zebranie zarządu. Chwycił ją z nadzieją, że może to tylko informacja, że po prostu pojechała po zakupy.
Matt, to, co się stało tego popołudnia, nigdy nie powinno było się zdarzyć. To nie było dobre. Myślę, że można to zrozumieć, ale źle, że to się wydarzyło. Obydwoje mamy życie zaplanowane już w jakiś sposób, są w nim ludzie, których kochamy i którzy ufają nam. Zawiedliśmy to ich zaufanie. Wstyd mi. Mimo to zawsze będę pamiętać ten weekend jako coś pięknego i wyjątkowego. Dziękuję ci za to.
Stał bez ruchu. Wpatrywał się w te słowa ze wściekłym niedowierzaniem. Zupełnie absurdalnie, głupio, czuł się, jakby został zgwałcony czy wykorzystany, jak jakiś płatny ogier, którego ona może wziąć do łóżka, kiedy tylko chce, przeżyć „coś wyjątkowego” a potem pozbyć się jak nic nie znaczącego poddanego, z którym wstydzi się być.
Ani odrobinę się nie zmieniła przez te wszystkie latał W dalszym ciągu była rozpieszczoną egoistką. Była tak przeświadczona o własnej wyższości, że nawet do głowy jej nie przyszło, że ktoś pochodzący z niższej niż ona klasy społecznej mógłby okazać się wart jej zainteresowania. Nie, nie zmieniła się wcale, ciągle była tchórzem, ciągle…
W tym momencie opamiętał się. Nie mógł uwierzyć, że gniew przesłonił mu wspomnienie tego, czego się dowiedział. Przez kilka ostatnich minut osądzał ją na podstawie błędnego przeświadczenia, jakie miał o niej przez ostatnich jedenaście lat. To był stary nawyk nie mający nic wspólnego z rzeczywistością. Rzeczywistością było to, czego dowiedział się o niej w tym pokoju; prawda była jednocześnie bolesna i wspaniała. Meredith nie była tchórzem. Nigdy nie uciekła od niego, od macierzyństwa, ani nawet od swojego ojca tyrana, z którym musiała sobie radzić przez te lata. Była wtedy osiemnastolatką i myślała, że kocha Matta. W jego oczach pojawił się uśmiech na wspomnienie jej niezwykłego wyznania i zniknął, kiedy pomyślał, jak leżała w szpitalnym łóżku, czekając na niego. Przesłała kwiaty dla ich dziecka, nazwała ją Elizabeth po jego matce… A kiedy on nie pojawił się już nigdy więcej, próbowała żyć dalej. Wróciła do szkoły i stawiła czoło temu, co niosła przyszłość. Nawet teraz wzdragał się na wspomnienie tego, co mówił i robił jej w czasie kilku ostatnich tygodni. Chryste, jak ona musiała go nienawidzić!
Groził jej, zastraszał ją… a mimo to, kiedy dowiedziała się od jego ojca, co się wydarzyło, pokonała śnieżycę, żeby dotrzeć do niego i powiedzieć mu prawdę. Zrobiła to, wiedząc, że kiedy przybędzie tu, zetknie się z brutalną wrogością.
Oparł ramię o oparcie łóżka. Z rosnącą dumą zdecydował, że jego żona nie uciekała przed rzeczami, przed którymi większość ludzi zrejterowałaby natychmiast.
Dzisiaj jednak uciekła od niego.
Zastanawiał się, co ją tak bardzo wystraszyło, kiedy teraz, po raz pierwszy w czasie tego weekendu mogła zapanować między nimi absolutna harmonia?
Szukając odpowiedzi, odtwarzał szybko w myślach wydarzenia dwóch minionych dni. Widział, jak sięga po jego dłoń, prosi o zawieszenie broni. Pamiętał, że patrzyła na ich łączące się dłonie w taki sposób, jakby ten moment znaczył dla niej bardzo wiele. Kiedy dotknął jej palców, wyczuł, że drżały. Widział, jak śmiała się do niego tymi błyszczącymi, niebieskozielonymi oczami: „Zdecydowałam, że kiedy dorosnę, będę dokładnie taka jak ty”. Przede wszystkim jednak pamiętał, jak płakała w jego ramionach, opowiadając mu o ich dziecku… jak objęła go, przytuliła do siebie tak samo naturalnie, jak to robiła w tym właśnie łóżku… przypomniał sobie, jak krzyczała z rozkoszy, kiedy nakrywał ją swoim ciałem, jak wpijała paznokcie w jego plecy, jak jej ciało zapraszało go z takim samym niezwykłym, poruszającym żarem, jaki okazała mu, kiedy była osiemnastolatką.
Wyprostował się powoli uderzony najbardziej oczywistą konkluzją. Najwyraźniej Meredith uciekła dzisiaj dlatego, że to, co zaszło między nimi, poruszyło ją równie mocno jak jego. Jeśli tak było, to jej plany na przyszłość z Parkerem i wszystko inne były zagrożone tym, co się stało w tym domu, a mówiąc precyzyjnie: w tym właśnie łóżku.
Nie była tchórzem, ale była osobą bardzo ostrożną. Zauważył to, kiedy rozmawiali o jej pracy. Podejmowała ryzyko, ale tylko wtedy, kiedy zyski były znaczne, a prawdopodobieństwo porażki stosunkowo małe. Sama przyznała się do tego, kiedy byli na dole.
Biorąc to pod uwagę, można było przyjąć za pewnik, że nie będzie chciała ponownie ryzykować swojego zaangażowania emocjonalnego czy całej przyszłości z powodu Matta Farrella, o ile będzie mogła tego uniknąć – Konsekwencje przespania się z nim i jej ponownego zaangażowania się były dla niej zbyt niepokojące, żeby chciała stawić im czoło. Kiedy ostatnio to zrobiła, jej życie stało się piekłem na ziemi. Uzmysłowił sobie, że dla Meredith prawdopodobieństwo porażki w związku z nim było ogromne, zyski były…
Zaśmiał się do siebie łagodnie: zyski przechodziły jej najśmielsze wyobrażenia. Teraz musiał tylko przekonać ją o tym. Potrzebował czasu, żeby to przeprowadzić. Wiedział, że nie będzie chciała mu go dać. Prawdę mówiąc, zważywszy na to, jak dzisiaj uciekła, spodziewał się niemal, że natychmiast poleci do Reno, czy gdziekolwiek indziej, żeby przy pierwszej nadarzającej się okazji zerwać z nim wszelkie więzy. Im dłużej się nad tym zastanawiał, tym bardziej prawdopodobne wydawało mu się, że tak właśnie zrobi.
Właściwie były tylko dwie inne rzeczy, których był bardziej pewien: wiedział, że Meredith w dalszym ciągu czuła coś do niego i że będzie jego żoną w każdym znaczeniu tego słowa.
Był teraz gotów poruszyć niebo i ziemię dla osiągnięcia tego celu; był nawet skłonny zapomnieć o satysfakcji, jaką dałoby mu dopadniecie jej potwornego ojca i sprawienie, że stałaby się sierotą. W trakcie tych rozważań uświadomił sobie coś, od czego zesztywniał zaniepokojony: drogi, którymi teraz jechała Meredith, były miejscami oblodzone i niebezpieczne, a nie należało oczekiwać, żeby w takim stanie mogła poświęcić im odpowiednio wiele uwagi.
Odwrócił się i ruszył szybko korytarzem do swojego pokoju. Podszedł do walizeczki, wyjął z niej telefon i zadzwonił do trzech osób. Pierwszą z nich był nowy szef policji w Edmunton. Polecił mu, żeby samochód patrolowy odnalazł na obwodnicy czarne BMW i dyskretnie eskortował go do Chicago, upewniając się, że kierowca dotrze bezpiecznie do domu. Szef policji był absolutnie skłonny zadośćuczynić tej niecodziennej prośbie. Matt Farrell wyłożył pokaźną sumkę na jego kampanię wyborczą.
Następnie zadzwonił na domowy numer Davida Levinsona, głównego współwłaściciela firmy Pearson & Levinson. Poinstruował go, żeby razem z Pearsonem pojawili się w jego biurze punktualnie o ósmej rano następnego dnia. Levinson przystał na to bez oporów. Matthew Farrell płacił im rocznie ćwierć miliona dolarów, żeby służyli mu pomocą prawną w najszerszym wymiarze, nieważne, gdzie i kiedy.
Kolejny telefon był do Joego O'Hary. Miał on natychmiast przyjechać po Matta na farmę. Joe O'Hara miał wątpliwości. Matt Farrell płacił mu dużo, żeby był do dyspozycji w każdej chwili, ale Joe uważał się nie tylko za obrońcę Matta, lecz także za jego przyjaciela. Nie sądził, aby w interesie Matta było umożliwienie mu wyjazdu z farmy, jeśli Meredith chciała, żeby tam został. Nie potwierdził natychmiast gotowości wyjazdu, ale zapytał: