Выбрать главу

Odchylił do tylu poły marynarki i myślał o czekającym go spotkaniu. Wiedział, że jego obsesyjne zajmowanie się mało istotnymi detalami nie było mądre. Nawet jeśli warte tysiące dolarów kryształy i inne elementy dekoracji jego małego królestwa zrobiłyby na niej należyte wrażenie, nawet jeśli wchodząc tu, byłaby nastawiona do niego serdecznie, zrelaksowana i uprzejma, to na pewno już w chwilę po rozpoczęciu spotkania otoczenie, jak i gospodarz, przestaną się jej podobać. Było to diablo pewne.

Westchnął, trochę zniecierpliwiony, a trochę niechętny rozpoczęciu tego starcia, po czym nieobecny duchem przypomniał sobie o dwóch, czekających na dalsze dyspozycje kobietach.

– Dziękuję wam. Bardzo mi pomogłyście – powiedział, wracając myślami do wyglądu pokoju. Rzucił obydwu kobietom gorący uśmiech, dzięki któremu poczuły się zauważone, docenione, a w końcu i podziwiane, po czym zepsuł to wszystko całkowicie, pytając sekretarkę: – Czy gdyby była pani kobietą, podobałby się pani ten pokój?

– Podoba mi się – odparła sztywno Joanna – nawet jeśli jestem tylko bezdusznym robotem, panie Farrell.

Dopiero po chwili dotarła do niego ta mrożąca riposta, ale kiedy spojrzał przez ramię, obydwie kobiety były już poza podwójnymi drzwiami i mijały Eleanor Stern.

– Czegóż ona się tak nasrożyła? – zapytał swoją sekretarkę, której głównym zainteresowaniem, jak i jego własnym było jedynie wykonanie koniecznych prac w biurze, a nie prowadzenie życia towarzyskiego i flirtowanie.

Panna Stern poprawiła energicznie swój surowo skrojony szary kostium i wy jęła ołówek zatknięty za uchem.

– Podejrzewam – powiedziała z nieukrywaną pogardą dla tamtej – że miała nadzieję, że będzie pan świadom tego, że ona jest kobietą. Liczyła na to od chwili, kiedy pan się tu pojawił.

– Traci czas – zauważył Matt. – Poza wszystkim innym jest moim pracownikiem. Tylko idiota zabawia się ze swoją podwładną.

– Być może powinien pan się ożenić – odpowiedziała sensownie panna Stern, przeglądając strony w swoim notesie, szukając danych, które chciała z nim przedyskutować. – Za moich czasów położyłoby to kres wszelkim damskim aspiracjom.

Leniwy uśmiech pojawił się na twarzy Matta. Oparł się o stół konferencyjny i nagle zapragnął powiedzieć komuś o nowo odkrytej prawdzie.

– Ja jestem żonaty – powiedział, wypatrując zaskoczenia na jej twarzy.

Panna Stern, nie podnosząc wzroku, przerzuciła kolejną kartkę i powiedziała:

– Najserdeczniejsze gratulacje dla obojga państwa.

– Mówię poważnie – powiedział Matt, marszcząc brwi.

– Czy mam tę wiadomość udostępnić pannie Avery? – zapytała, patrząc obojętnie. – Dzwoniła dzisiaj już dwukrotnie.

– Panno Stern – powiedział zwięźle i po raz pierwszy w ich niczym nie zmąconej sterylnej współpracy naprawdę żałował, że nie nawiązał z nią nigdy bardziej przyjaznych stosunków. – Poślubiłem Meredith Bancroft jedenaście lat temu. Ona przychodzi tu dzisiaj po południu.

Spojrzała na niego sponad stalowych oprawek okularów.

– Ma pan na dzisiaj wieczorem zarezerwowany stolik w Renaldo. Czy panna Bancroft przyłączy się do pana i panny Avery? Jeśli tak, to czy mam zmienić rezerwację na trzyosobową?

– Odwołam spotkanie z… – zaczął Matt, ale otworzył usta i uśmiechnął się lekko. – Czy dobrze odczytuję nutkę reprymendy w pani głosie?

– Z pewnością nie, panie Farrell. Na początku naszej współpracy dał mi pan wyraźnie do zrozumienia, że ocenianie pana działań nie należy do moich obowiązków. O ile sobie przypominam, podkreślił pan, że nie życzy pan sobie moich osobistych osądów, a także tortu na pana urodziny; chciał pan wyłącznie moich umiejętności i mojego czasu. Czy mam robić notatki w czasie tego spotkania?

Matt powstrzymał pełen zaskoczenia uśmiech. Najwyraźniej ta, tak dawno zrobiona uwaga, irytowała ją przez wszystkie te lata.

– Myślę, że to dobry pomysł, żeby robiła pani notatki. Proszę zwrócić szczególną uwagę na wszystko, na co zgodzą się panna Bancroft lub jej prawnik; mam zamiar wyegzekwować dotrzymanie wszelkich obietnic.

– Oczywiście – powiedziała, zamierzając wyjść.

Głos Matta dobiegający zza jej pleców zatrzymał ją w pół kroku.

– Panno Stern? – Odwróciła się, stała wyprostowana, ołówek miała gotowy do notowania. Matt zapytał żartobliwie: – Czy ma pani jakieś imię?

– Jak najbardziej – odparła, marszcząc brwi.

– Czy mógłbym go używać?

– Oczywiście. Chociaż nie sądzę, żeby Eleanor było tak pasującym do pana imieniem jak Matthew.

Zaskoczony jej niewzruszonym spokojem stłumił gwałtowny wybuch śmiechu, niepewny, czy żartowała, czy mówiła serio.

– Czy sądzi pani – powiedział śmiertelnie poważnie – że pani i ja moglibyśmy zachowywać się w stosunku do siebie… trochę mniej oficjalnie?

– Podejrzewam, że sugeruje pan mniej formalny sposób bycia, bardziej typowy dla sekretarki i jej pracodawcy?

– Tak, prawdę mówiąc, to właśnie proponuję.

Uniosła lekko brwi, ale tym razem Matt dostrzegł w jej szarych oczach porozumiewawczy uśmiech.

– Czy to znaczy, że będę musiała obdarowywać pana tortem w dniu urodzin?

– Niewykluczone – powiedział z nieśmiałym uśmiechem.

– Zanotuję to – odparła i kiedy rzeczywiście to zrobiła, nie wytrzymał i wybuchną? śmiechem. – Czy coś jeszcze? - zapytała i po raz pierwszy od tylu lat Eleanor Stern uśmiechnęła się do niego. Ten uśmiech rozpromienił całą jej twarz.

– Tak, mam jeszcze jedno pytanie… – zawahał się… – To bardzo dla mnie ważne i chciałbym, żeby pani się skoncentrowała.

Spoważniała natychmiast.

– Słucham pana.

– Czy pani zdaniem ta sala konferencyjna robi zdecydowanie dobre wrażenie, czy jest ostentacyjna?

– Jestem całkowicie przekonana – odpowiedziała, zachowując kamienną twarz – że panna Bancroft będzie pełna podziwu.

Mart patrzył zaskoczony, jak obróciła się na pięcie i nie pytając, czy ma jeszcze jakieś prośby, wybiegła z pokoju. Był prawie pewien, że ramiona podejrzanie jej drżały.

Peter Vanderwild krążył nerwowo po sekretariacie panny Stern, czekając, aż się pojawi zza drzwi gabinetu Farrella i zezwoli mu na wejście do środka. Wyszła, w niezwykłym dla niej pośpiechu, a Peter przygotował się do roli występnego uczniaka stającego oko w oko ze srogim pedagogiem.

– Pan Farrell chce mnie widzieć – powiedział, starając się ukryć podniecenie wywołane tym pilnym wezwaniem. – Powiedział, że to bardzo pilne, ale nie powiedział, czego to dotyczy, i ja… ja nie wiedziałem, jakie dokumenty przynieść.

– Sądzę – powiedziała dziwnym, przyduszonym głosem – że nie będzie pan potrzebował żadnych dokumentów. Może pan wejść.

Peter spojrzał na nią z zaciekawieniem i szybko wszedł do gabinetu. Dwie minuty później już wycofywał się z biura Matta, tak zdziwiony i pełen obaw, że niechcący wpadł na róg biurka panny Stern.

Spojrzała na niego.

– Był pan w stanie odpowiedzieć na pytania pana Farrella bez swoich dokumentów?

Chciał rozwiać swoje wątpliwości i dlatego podjął wyzwanie, chociaż wiedział, że to ona będzie w tej potyczce wygraną stroną.

– Tak, panno Stern, ale… nie jestem pewien, czy odpowiedziałem prawidłowo – zaczął szczerze. – Czy, pani zdaniem, sala konferencyjna prezentuje się bardzo dobrze czy jest tylko ostentacyjna?

– Prezentuje się bardzo dobrze – zapewniła. Peter wyraźnie się odprężył.

– To właśnie powiedziałem.

– To dał pan prawidłową odpowiedź.

Patrzył na nią zdziwiony. Był przekonany, że w jej spojrzeniu dostrzega sympatię i rozbawienie. Odkrycie, że pod tą lodowatą powłoką czaiło się trochę ciepła, było szokujące. Zastanawiał się, czy jej tak poprzednio niemiłe nastawienie do niego było spowodowane jego własną sztywnością. Zdecydował, że kupi jej na gwiazdkę pudełko czekoladek.