Kiedy Meredith weszła do hallu budynku Intercorpu, Stuart z teczką w dłoni już na nią czekał.
– Wyglądasz cudownie – powiedział, ujmując jej dłoń. - Doskonale. Spokojna i pewna siebie.
Po godzinnych deliberacjach tego poranka, Meredith zdecydowała, że włoży żółtą wełnianą suknię, a do tego, dla kontrastu, granatowy płaszcz też z żółtymi wykończeniami. Wybrała ten zestaw tylko dlatego, że wyczytała gdzieś, że mężczyźni odbierają osobę noszącą żółty jako kogoś gotowego na wszystko, pewnego siebie, ale nie wrogiego. Żeby wzmocnić jeszcze to wrażenie, nie rozpuściła włosów, ale upięła je w kok.
– Farrell tylko spojrzy na ciebie i da nam wszystko, o co poprosimy – prorokował, kiedy szli do wind. – Jak mógłby ci się oprzeć?
To właśnie fakt, że nic nie miała na sobie, kiedy Matt patrzył na nią ostatnio, powodował, że perspektywa konfrontacji z nim teraz była dla niej wręcz torturą i sprawiała, że czuła się bardzo nieswojo.
– Nie mam dobrych przeczuć, jeśli o to chodzi – powiedziała niepewnie i weszła do windy.
Niewidzącymi oczami patrzyła na błyszczące drzwi i próbowała skoncentrować się na wspomnieniu śmiechu i spokojnych rozmów, jakie były ich udziałem na farmie. Powtarzała sobie, że nie należało myśleć o nim teraz jako o przeciwniku. Opłakiwała w jego ramionach stratę ich dziecka, a on przytulał ją i próbował pocieszać. To o tym powinna pamiętać, żeby nie być tak niemądrze zdenerwowana. Matt nie był jej przeciwnikiem.
Recepcjonistka na sześćdziesiątym piętrze wstała natychmiast w chwili, kiedy Stuart podał ich nazwiska.
– Bardzo proszę, tędy. Pan Farrell czeka na państwa. Pozostali już przybyli.
Po wejściu do biura Matta wewnętrzny spokój, jaki starała się za wszelką cenę zachować, doznał lekkiego uszczerbku: kompletne nie rozpoznawała tego wnętrza. Ściana w lewym jego krańcu została rozsunięta, tak że gabinet przechodził w salę konferencyjną o wymiarach krytego kortu tenisowego. Przy stole konferencyjnym siedziało dwóch mężczyzn, prowadząc z Mattem luźną rozmowę. Ten ostatni uniósł głowę, zobaczył ją i natychmiast wstał, kierując się ku niej długim, pewnym krokiem. Jego twarz była zrelaksowana i pełna ciepła. Miał na sobie doskonale skrojony granatowy garnitur, lśniąco białą koszulę i bordowo – niebieski jedwabny krawat. Z jakiegoś powodu jego elegancki, formalny wygląd spotęgował jeszcze jej uczucie niezręczności.
– Pozwól, że pomogę ci zdjąć płaszcz – powiedział, ignorując Stuarta, który zajął się zdejmowaniem swojego.
Zdenerwowana, starała się omijać spojrzeniem wzrok Matta i automatycznie dostosowała się do jego sugestii, obracając się lekko, próbując powstrzymać mrowienie, jakie przebiegło jej ciało, kiedy zdejmując płaszcz, musnął palcami jej ramiona. W obawie, że zauważył jej reakcję, opuściła głowę, koncentrując się na zdejmowaniu niebieskich rękawiczek i pieczołowitym przełożeniu ich do jednej ręki razem z niebieską torebką. Ponieważ Stuart przeszedł już do stołu konferencyjnego, żeby przywitać się z prawnikami gospodarza, Meredith ruszyła w ich stronę. Kiedy Stuart już miał ją przedstawić, Matt pojawił się przy niej, ujął ją pod łokieć i zaczął zachowywać się absurdalnie, jakby było to kameralne, organizowane przez niego na jej cześć zebranie towarzyskie.
– Meredith – powiedział, patrząc na nią z uśmiechem. – Chciałbym ci przedstawić Billa Pearsona i Dave'a Levinsona.
Oderwała pełne zaskoczenia spojrzenie od jego twarzy. Była świadoma subtelnej, władczej i opiekuńczej postawy, jaka emanowała od niego, kiedy był w pobliżu niej. Spojrzała na przedstawianych sobie mężczyzn i wyciągnęła dłoń do każdego z nich. Obydwaj mieli ponad metr osiemdziesiąt wzrostu. Byli nieskazitelnie ubrani w szyte na miarę, trzyczęściowe garnitury. Otaczała ich aura elegancji i pewności siebie. Stojący naprzeciw nich Stuart wyglądał, w porównaniu z ich posturami i pełnym dystynkcji wyglądem, na niskiego i niepozornego. To wrażenie pogłębiały jeszcze jego przerzedzone włosy i okulary w rogowej oprawce. Prawdę mówiąc, pomyślała Meredith, Stuart wyglądał na pokonanego liczebnie, osaczonego i zdeklasowanego.
Matt, zupełnie, jakby wyczuwał jej myśli, powiedział:
– Bill i Dave są tutaj, żeby bronić twoich interesów tak, jak i moich własnych.
Ta uwaga spowodowała, że Stuart zamarł, siadając i rzucił Meredith spojrzenie pełne bezwstydnej kpiny, mające ją ostrzec, żeby nie wierzyła temu ani przez chwilę. Odebrała to i poczuła się podbudowana. Być może Stuart był niższy i młodszy od tych dwóch, ale nie był ani wyprowadzony przez nich w pole, ani osaczony.
Matt też dostrzegł to spojrzenie, ale zignorował je. Odwracając się ku Meredith, która już miała usiąść, powstrzymał ją, biorąc ją pod łokieć. Zaczynał wprowadzać w życie swój plan.
– Właśnie zamierzaliśmy napić się czegoś, kiedy przyszliście – skłamał, kiedy już stała zdezorientowana. Zerknął znacząco na swoich prawników. – Co dla panów?
– Szkocka z wodą – odparł natychmiast Levinson. Zrozumiał w lot, że właśnie mu powiedziano, żeby napił się czegoś, czy tego chce, czy nie. Posłusznie odsunął na bok teczkę, którą już miał zamiar otwierać.
– To samo – odezwał się niczym echo Pearson, wyczuwając sytuację. Przyjął pełną relaksu pozycję, jakby czas zupełnie się nie liczył.
Zwracając się do Stuarta, Matt zapytał:
– Czego pan się napije?
– Perrier – rzucił zwięźle – z cytryną, jeśli macie.
– Mamy.
Matt spojrzał na Meredith, ale ona potrząsnęła przecząco głową i powiedziała:
– Na nic nie mam ochoty.
– W takim razie, czy pomożesz mi przynieść te drinki? – skontrował, zdecydowany zaaranżować coś, co stworzy okazję do porozmawiania z nią na osobności. – Ci trzej panowie, jak mi powiedziano, spotykali się już wcześniej przy konferencyjnym stole, jestem pewien, że znajdą tematy do rozmów, kiedy my będziemy przygotowywać drinki.
Poinstruowawszy w ten sposób Levinsona i Pearsona, żeby zajęli rozmową Stuarta, ujął ją pod łokieć. Za jego plecami Levinson już zagłębiał się w pełną wigoru rozmowę na temat kontrowersyjnego procesu relacjonowanego przez gazety. Pearson też dodawał swoje uwagi, a zachowywali się przy tym na tyle głośno, żeby zapewnić Mattowi prywatność, jakiej, jak zrozumieli, oczekiwał, by porozmawiać z Meredith.
Barek miał kształt półkola wykonanego z pionowych tafli luster, a ponieważ był wbudowany w ścianę, Matt, kiedy znalazł się za kontuarem, zniknął z pola widzenia pozostałych. Meredith jednak uparcie pozostawała po przeciwnej stronie barku, wpatrując się jak zahipnotyzowana w przycięte tafle luster i tańczące w nich kolorowe światła odbite od kryształowych szklanek. Matt zdjął nakrycie pojemnika z lodem i włożył kostki do pięciu szklanek, potem otworzył karafki i nalał do trzech szklanek szkockiej, a do pozostałej wódkę. Zerknął na lodówkę stojącą pod kontuarem i powiedział lekko:
– Czy mogłabyś mi podać Perriera?
Skinęła głową. – Obserwował, jak z wyraźną niechęcią przeszła na jego stronę barku. Unikając skrupulatnie jego wzroku, wyjęła na ladę butelkę Perriera i cytrynę. Zaczęła się odwracać.
– Meredith – powiedział spokojnie Matt i położył na jej ramieniu dłoń, unieruchamiając ją tym samym. – Dlaczego nie możesz na mnie spojrzeć?
Podskoczyła, czując jego dotyk. Puścił jej ramię, ale ona już spojrzała mu w oczy, napięcie prawie zniknęło z jej twarzy. Udało jej się nawet uśmiechnąć z żalem.