Выбрать главу

– I w jaki to sposób mamy to zrobić, zgodnie z twoim planem? – zapytała ostro.

– Tak jak to zwykle bywa: zjemy razem kolację, pójdziemy do teatru…

– Jak często – przerwała mu, zła jeszcze bardziej niż kiedykolwiek dotąd.

– Nie zastanawiałem się nad tym.

– Zapewne byłeś zbyt zajęty doprowadzaniem do perfekcji swoich metod szantażu i obmyślaniem sposobów rujnowania mi życia!

– Cztery razy w tygodniu – rzucił, odpowiadając na jej pytanie o częstość spotkań. – I nie próbuję rujnować ci życia!

– W jakie dni tygodnia? – skontrowała. Przestał się złościć i powstrzymał kolejny uśmiech.

– Piątek, sobota niedziela i… środa – dodał po chwili zastanowienia.

– Czy przyszło ci na myśl, że mam życie zawodowe i narzeczonego?

– Nie chcę przeszkadzać ci w życiu zawodowym. Twój narzeczony będzie musiał się wycofać na jedenaście tygodni.

– To nie w porządku w stosunku do niego… – wykrzyknęła Meredith.

– Trudno!

To ostre sformułowanie, lodowaty ton głosu i niewzruszony wyraz twarzy tak wyraźnie mówiły o jego bezwzględności, że w końcu zrozumiała, że nic, co powie czy zrobi, nie wpłynie na zmianę jego zamierzeń. Stanowiła jego najnowszy obiekt, który miał zamiar bezwzględnie przejąć.

– Te wszystkie okropne rzeczy, które mówią o tobie, to nie są kłamstwa, prawda?

– W większości nie – wycedził, wyglądając, jakby znowu go spoliczkowała.

– Dla ciebie nie liczy się, kogo zranisz i co będziesz musiał zrobić, żeby dostać to, czego chcesz, mam rację?

Spochmurniał.

– Nie w tym wypadku.

Opuściła ramiona, jej odwaga uleciała.

– Dlaczego mi to robisz? Co ci zrobiłam… świadomie… żebyś chciał w ten sposób poszatkować moje życie na drobne kawałki?

Nie znajdował na to pytanie odwiedzi, którą mogłaby zaakceptować teraz bez roześmiania mu się w twarz lub zdenerwowania się.

– Powiedzmy, że uważam, że jest między nami coś… rodzaj wzajemnego przyciągania i chcę sprawdzić, na ile to jest poważne.

– Boże! Nie mogę uwierzyć w to, co słyszę! – wykrzyknęła. – Niczego między nami nie ma! Nic poza przerażającą przeszłością.

– A ostatni weekend? – wytknął jej obcesowo. Meredith pokryła gniewem zażenowanie.

– To był… to był tylko seks!

– Tak myślisz?

– Ty to powinieneś wiedzieć najlepiej! – wykrzyknęła, przypominając sobie coś w związku z nim, co zwróciło ostatnio jej uwagę. – Jeśli chociaż połowa tego, co o tobie czytałam, jest prawdą, to pobiłeś wszelkie światowe rekordy, jeśli chodzi o tanie romanse i nic nie znaczące flirty. Boże, jak mogłeś przespać się z tą różowowłosą gwiazdą rocka?

– Z Mariann Tigobell?

– Tak! Nie próbuj zaprzeczać! To było na pierwszej stronie „National Tattler”.

Matt stłumił uśmiech, obserwował, jak krąży powoli do przodu i do tyłu, uwielbiał sposób, w jaki się poruszała, sposób, w jaki akcentowała słowa, kiedy była zła, sposób, w jaki przywierała do niego, kiedy była bliska orgazmu… jakby nie była pewna, że może jej się to naprawdę zdarzyć. Może nie zawsze mogła liczyć na takie przeżycia z innymi mężczyznami… Była cudowna, z natury namiętna; wiedział, nie miał się co łudzić, że sypiała z innymi. Zadowolił się nadzieją, że wszyscy oni byli egoistami, ludźmi niedoświadczonymi lub nieciekawymi. Najchętniej przypisałby im te wszystkie trzy cechy jednocześnie i dodałby do nich impotencję.

– I cóż? – powiedziała z naciskiem. – Jak mogłeś spać z tą… z tą kobietą?

– Byłem na przyjęciu u niej w domu. Nie spałem z nią.

– I ja mam w to uwierzyć?

– Najwyraźniej nie zanosi się na to.

– To bez znaczenia – rzekła, otrząsając się z tych myśli. – Proszę cię, Matt – próbowała po raz ostatni wpłynąć na niego, żeby zmienił swój szalony plan. – Jestem zakochana w kimś innym.

– Nie było widać tego w niedzielę, kiedy byliśmy razem w łóżku…

– Przestań o tym mówić. Kocham Parkera Reynoldsa. Przysięgam, że tak jest. Kochałam się w nim, od kiedy byłam małą dziewczynką. Kochałam go, zanim poznałam ciebie!

Matt już miał to puścić mimo uszu, jako mało prawdopodobne z tego samego powodu, z jakiego wydawało mu się to teraz wątpliwe, kiedy Meredith dodała:

– Tylko że wtedy on zaręczył się z kimś innym i zrezygnowałam.

To stwierdzenie zraniło go na tyle, że wstał i powiedział szorstko:

– Słyszałaś, Meredith, moją ofertę, decyduj: tak lub nie. Zdała sobie sprawę, że nagle stał się wyniosły i twardy.

Mówił serio. Dyskusja była skończona. Stuart też to wyczuł i już wkładał płaszcz, kierując się do wyjścia. W drzwiach zaczekał na nią. Celowo odwróciła się plecami do Matta, idąc po torebkę. Napawała się przyjemną świadomością pozostawienia go w niepewności. Sprawiała wrażenie, jakby rozważała i oceniała jego propozycję. Jej myśli wirowały w panice. Wzięła torebkę ze stołu konferencyjnego, czując na plecach jego wwiercający się w nią wzrok. Niewzruszona, podeszła do kanapy po płaszcz.

Za jej plecami rozległ się lodowaty, ostrzegawczy głos Matta:

– Czy to jest twoja odpowiedź?

Nie odezwała się, przełknęła nerwowo, próbując w ostatniej chwili wymyślić sposób dotarcia do niego, przemówienia do jego serca. Jedyne, do czego był zdolny, to namiętność: namierność, wybujałe ego i zemsta, to w nim dominowało. Wzięła z kanapy płaszcz, przerzuciła go przez ramię i rzucając Mattowi zaledwie przelotne spojrzenie, skierowała się do wyjścia.

– Chodźmy – powiedziała do Stuarta. Chciała, żeby Matthew Farrell chociaż przez minutę albo dwie myślał, że rzuciła mu jego ultimatum w twarz… miała złudną nadzieję, że zawoła za nią, że to był tylko blef, że nie zrobiłby jej czegoś takiego.

Jednak za jej plecami panowała niczym nie zmącona cisza.

Sekretarka Matta najwyraźniej skończyła już pracę i kiedy Stuart zamknął za nimi drzwi gabinetu, Meredith zatrzymała się i przemówiła po raz pierwszy. Przyduszonym głosem zapytała:

– Czy on naprawdę może zrobić to, czym grozi mojemu ojcu?

Stuart sapnął. Był zły z wielu powodów, a między innymi i dlatego, że Meredith została poddana tej trudnej do zrozumienia presji, z jaką miała podejmować decyzję:

– Nie możemy zapobiec oddaniu przez niego sprawy do sądu albo wytoczeniu procesu twojemu ojcu; myślę, że nie miałby wielkich szans na uzyskanie czegokolwiek poza zemstą, jeśli w ogóle to by mu się udało. Jednak czy wygrałby czy przegrał tego samego dnia, kiedy złoży te pozwy, nazwisko twojego ojca znajdzie się na czołówkach gazet. Jak on się czuje?

– Nie na tyle dobrze, żeby ryzykować poddanie go napięciu, jakie taki rozgłos by spowodował. – Spojrzała na dokument, który Stuart trzymał w dłoni, a potem szczerze w jego oczy. – Widzisz w tym jakieś uchybienia, które moglibyśmy wykorzystać?

– Ani jednego. I żadnej pułapki, jeśli to może być jakimkolwiek pocieszeniem. Jest to sformułowane w sposób prosty i jednoznaczny. Zawiera dokładnie to, co Levinson i Pearson powiedzieli głośno.

Położył papiery na biurku sekretarki, żeby Meredith mogła je przeczytać, ale potrząsnęła przecząco głową. Unikając widoku napisanych tam słów, wzięła z biurka długopis i podpisała dokument.

– Daj mu to i każ, żeby podpisał – powiedziała, wypuszczając z dłoni długopis, jakby parzył. – I każ temu… temu maniakowi wpisać dni tygodnia, które wymienił, i wprowadź pewne zmiany. Niech będzie zaznaczone, że jeśli nie wykorzysta któregoś dnia, to nie będzie go mógł zastąpić innym!

Stuart niemal się uśmiechnął, kiedy to usłyszał, a kiedy podała mu papiery, pokręcił głową.