– Jest pan najstarszym z pięciu synów – powiedział Farrell. – Pana dziadek i jego dwaj bracia założyli firmę prawniczą, w której pracuje pan teraz, kontynuując rodzinną tradycję, W wieku lat dwudziestu trzech ukończył pan Harwardzką Szkołę Prawniczą, to też rodzinna tradycja. Zdobył pan tam prestiż jako prezydent roku i twórca „Law Review”. Po ukończeniu studiów chciał pan pracować w biurze prokuratora okręgowego, specjalizując się w przypadkach nadużyć właścicieli domów czynszowych. Ugiął się pan jednak pod presją rodziny i podjął pracę w rodzinnej firmie, gdzie prowadzi pan sprawy bogatej klienteli i właścicieli firm wywodzących się głównie z pańskiego kręgu towarzyskiego. Nie cierpi pan prawa korporacyjnego, ale jest pan geniuszem w jego zakresie; jest pan twardym negocjatorem, wspaniałym strategiem i dobrym dyplomatą, o ile pańskie osobiste uczucia nie są zaangażowane, tak jak to miało miejsce dzisiaj. Jest pan osobą prosto zmierzającą do celu i bardzo dokładną, ale niezbyt dobrze radzi pan sobie z sędziami. Chce pan wywrzeć na nich wrażenie suchymi faktami, zamiast wpływać na ich emocje, kierując się zasadami logiki. Żeby osiągnąć ten cel, zwykle przeprowadza pan bardzo dokładne badania przedprocesowe, a potem przekazuje pan już tak opracowaną sprawę współpracownikowi i nadzoruje pan dalej wszystko… – Przerwał na chwilę swoją recytację, żeby podać Stuartowi drinka. – Mam mówić dalej?
– Ależ oczywiście, o ile ma pan coś jeszcze do dodania – odparł trochę sztywno Stuart.
Farrell uniósł do góry swoją szklaneczkę, napił się i kiedy Stuart zrobił to samo, powiedział:
– Ma pan trzydzieści trzy lata, jest pan heteroseksualny. Uwielbia pan szybkie samochody, ale nie ulega pan tej namiętności. Kocha pan żeglowanie i temu się pan oddaje. Kiedy miał pan dwadzieścia dwa lata, zakochał się pan w dziewczynie z Melrose Park. Poznał ją pan na plaży. Ona jednak pochodziła z robotniczej włoskiej rodziny i przepaść kulturowa między wami była nie do przezwyciężenia. Zdecydowaliście obydwoje, żeby to przerwać. Siedem lat później zakochał się pan w Meredith, ale ona nie mogła odwzajemnić pana uczuć i zostaliście przyjaciółmi. Dwa lata temu rodzina próbowała popchnąć pana do małżeństwa z Georginą Gibbons. Jej ojciec jest też adwokatem w pańskich kręgach. Zaręczyliście się, ale pan zerwał te zaręczyny. Pański majątek jest teraz szacowany na osiemnaście milionów, ulokowanych głównie w najwyżej notowanych akcjach. Kiedy pana dziadek umrze, dostanie pan w spadku kolejne piętnaście milionów albo mniej, jeśli on będzie kontynuował swoje wyprawy do Monte Carlo, gdzie prawie zawsze przegrywa.
Przerwał wyliczanie, na które Stuart zareagował czymś w rodzaju zdziwienia pomieszanego ze złością, i robiąc gest w stronę kanapy, zaprosił tam Stuarta. Biorąc dokumenty i swojego drinka, Stuart podążył tam za nim. Kiedy już siedzieli naprzeciwko siebie, Farrell zapytał:
– Pominąłem coś istotnego?
– Tak – odpowiedział Stuart, uśmiechając się ironicznie. Uniósł szklaneczkę w żartobliwym toaście. – Jaki kolor lubię najbardziej?
Farrell spojrzał mu prosto w oczy.
– Czerwony.
Stuart zaśmiał się nerwowo.
– Ma pan rację co do wszystkiego, poza moją dokładnością. Najwyraźniej był pan lepiej przygotowany do tej konfrontacji niż ja. W dalszym ciągu czekam na pański życiorys, a nie będzie on nawet w połowie tak interesujący jak pańskie dane o mnie. Jestem zaskoczony i pełen niechętnego podziwu.
Farrell wzruszył ramionami.
– Zupełnie niepotrzebnie. Intercorp jest właścicielem biura informacji kredytowej i dużej agencji detektywistycznej wykonującej wiele zleceń dla wielonarodowych korporacji.
Stuarta uderzyło to, że powiedział: Intercorp jest właścicielem”, a nie „jestem właścicielem”. Brzmiało to tak, jakby nie miał ochoty, żeby jego nazwisko było utożsamiane z imperium, które stworzył. Zgodnie z doświadczeniami Stuarta, większość potentatów, którzy świeżo zdobyli bogactwo, to zadufani w sobie ludzie, nie kryjący bynajmniej dumy ze swoich osiągnięć, żenująco chętnie przypominający otoczeniu o stanie swojego posiadania. Oczekiwał czegoś podobnego ze strony Farrella, zwłaszcza po tym, jak media przedstawiały go jako ostentacyjnego playboya – potentata o międzynarodowej sławie, wiodącego życie poświęcone głównie przyjemnościom. Ich zdaniem, Farrell wiódł bogate, satysfakcjonujące życie nowoczesnego sułtana.
Stuart miał wrażenie, że prawda była daleka od tego wizerunku; w najlepszym razie Farrell był po prostu wykształconym, pełnym rezerwy człowiekiem, którego trudno jest dobrze poznać. W najgorszym zaś, był wyzbytym z uczuć, wyrachowanym, pozbawionym wrażliwości człowiekiem, bezwzględnym, o żelaznej, przyprawiającej niemal o dreszcze samokontroli. Za kogoś takiego uważali go niewątpliwie jego partnerzy w interesach.
– Skąd pan wiedział, jaki kolor lubię najbardziej? – zapytał w końcu, gotów do podjęcia kolejnej próby lepszego poznania Farrella. – Nie dowiedział się pan tego z wywiadowni kredytowej.
– Zgadywałem – powiedział sucho Farrell. – Ma pan bordową teczkę i taki sam krawat. Poza tym, większość mężczyzn lubi czerwony, kobiety wolą zwykle niebieski. – Po raz pierwszy Farrell pozwolił sobie poświęcić nieco uwagi dokumentom, które Stuart położył na stole. – Mówiąc o kobietach – powiedział mimochodem – rozumiem, że Meredith to podpisała.
– Dodała kilka warunków – odparł Stuart, przyglądając mu się bacznie. Zauważył trudne do wychwycenia stężenie mięśni twarzy swojego rozmówcy. – Chce, żeby pan wymienił w dokumencie dni, o których pan wspomniał, i chce też zapisu, że jeśli nie wykorzysta pan któregoś z nich, nie może pan zastępować go innym.
Wyraz twarzy Farrella złagodniał i nawet w tym przyćmionym świetle Stuart dostrzegł, rozbawienie w jego szarych oczach. Rozbawienie i… dumę? Nie dane mu jednak było upewnienie się co do tego, ponieważ Farrell nagle wstał, podszedł do stołu konferencyjnego i wrócił z wiecznym piórem. Zaczął przerzucać strony, aż doszedł do ostatniej, na której Stuart wpisał dodatkowe warunki.
– Jak pan widzi, Meredith chce – dodał Stuart – żeby pan się zgodził nie ujawniać publicznie ani faktu waszego małżeństwa, ani sprawy jedenastotygodniowego okresu waszych spotkań.
Farrell zmarszczył brwi, ale kiedy Stuart już miał zamiar zacząć go przekonywać o słuszności jej warunków, tamten spojrzał na dokumenty, szybko podpisał wszystkie trzy zdania, po czym złożył podpis pod całością i przesunął papiery w stronę Stuarta.
– Czy zachowanie tajemnicy było pomysłem pana czy Meredith?
– Jej – odpowiedział Stuart, po czym, ponieważ korciło go, żeby przetestować reakcje Farrella, dodał gładko: – Jeśli usłuchałaby mojej rady, to wyrzuciłaby te papiery do kosza.
Farrell odchylił się wygodnie i obserwował Stuarta z denerwującym natężeniem i czymś, co można by uznać za błysk szacunku.
– Jeśliby to zrobiła – skontrował – ryzykowałaby zdrowie ojca i jego dobre imię.
– Niczego by nie ryzykowała – stwierdził Stuart ze spokojem. – Pan blefował. – Jego rozmówca tylko uniósł brwi, nie mówiąc nic, co skłoniło Stuarta do dalszego przyciśnięcia go. – To, co pan robi, jest nieetyczne i bardzo drastyczne. Jest pan albo światowej klasy draniem, albo człowiekiem szalonym, albo też jest pan w niej zakochany. Która ewentualność jest prawdziwa?
– Absolutnie pierwsza – odparł Farrell. – Możliwe też, że druga. Może wszystkie trzy. Niech pan zdecyduje.
– Już to zrobiłem.
– I która to z nich?
– Pierwsza i trzecia – odparł Stuart. Świetnie się bawił, widząc lekki, niechętny uśmiech Farrella w odpowiedzi na tę mało pochlebną konkluzję. – Co pan wie o Meredith? – zapytał Stuart po kolejnym łyku swojego drinka, zdecydowany znaleźć potwierdzenie dla swojej tezy, że Farrell jest w niej zakochany.