Strażnik w recepcji sprawdził listę oczekiwanych gości, znalazł na niej nazwisko Matta i skinął uprzejmie głową.
– Panna Bancrof t, apartament pięćset pięć – powiedział. – Zadzwonię i poinformuję, że jest pan w drodze na górę. Windy są tutaj.
Meredith była tak spięta, że dłonie jej drżały, kiedy przeczesywała włosy po bokach palcami, nadając im zwykły, naturalny wygląd. Opadały jej na ramiona niczym rozwiane lekkim wietrzykiem. Odsunęła się od lustra i spojrzała na intensywnie zieloną, jedwabną bluzkę i spódniczkę z wełnianej krepy w tym samym kolorze, które włożyła na dzisiejszy wieczór. Zapięła w pasie wąski, nabijany złotem pasek i założyła parę dużych, kwadratowych złotych klipsów. Na przegub dłoni wsunęła złotą bransoletkę. Dodała więcej różu na policzki, ponieważ twarz miała nienaturalnie bladą. Już miała dodać kolejną warstwę szminki na usta, kiedy rozległ się dwukrotnie ostry dźwięk domofonu. Pomadka wyślizgnęła się jej z drżących palców, zostawiając czerwony ślad na wypolerowanym drewnianym blacie toaletki. Ignorując fakt, że Matt prawdopodobnie był w drodze na górę, wzięła pomadkę i zamierzała jej użyć, po czym zmieniła zdanie, zamknęła ją i wrzuciła do torebki. Nie musiała wyglądać ładnie dla Matthew Farrella, który nawet nie był na tyle uprzejmy, żeby poinformować ją, dokąd pójdą, żeby mogła się ubrać odpowiednio do tego. Prawdę mówiąc, jeśli miał zamiar ją uwodzić, to im gorzej wyglądała, tym lepiej!
Ignorując drżenie kolan, ruszyła w stronę drzwi. Otworzyła je energicznie i nie podnosząc oczu wyżej niż na poziom jego piersi, powiedziała szczerze:
– Miałam nadzieję, że się spóźnisz.
Matt spodziewał się tak mało uprzejmego powitania, ale ona wyglądała tak cholernie pięknie w tej mocnej zieleni, z jasnymi włosami, w artystycznym nieładzie opadającymi swobodnie do ramion, że musiał powstrzymać chęć zaśmiania się i przyciągnięcia jej w ramiona.
– Chciałabyś, żebym jak bardzo się spóźnił?
– Prawdę mówiąc, to tak o około trzech miesięcy.
Wtedy już nie wytrzymał i zaśmiał się głębokim, gardłowym śmiechem, który sprawił, że jej wzrok przesunął się kilka centymetrów wyżej, ale jeszcze nie mogła tak naprawdę spojrzeć mu w twarz.
– Czy już zacząłeś się dobrze bawić? – zapytała i utkwiła wzrok w parze bardzo szerokich ramion w jasnobrązowym kaszmirowym płaszczu. Widać było spod niego rozpiętą pod szyją kremową koszulę, która kontrastowała z jego mocno opaloną szyją.
– Wyglądasz ślicznie – powiedział spokojnie, ignorując jej docinek.
W dalszym ciągu nie patrząc na niego, podeszła do szafy, żeby wziąć płaszcz.
– Ponieważ nie byłeś uprzejmy powiadomić mnie, dokąd idziemy – powiedziała do wnętrza szafy – nie miałam pojęcia, jak powinnam się ubrać.
Matt milczał. Wiedział, że zbuntuje się, kiedy się dowie, więc po prostu nie mówił jej nic.
– Jesteś ubrana idealnie – powiedział.
– Dziękuję, to zawiera niezwykłą dozę informacji – odpowiedziała. Wyjęła płaszcz z szafy, odwróciła się i zderzyła się z jego klatką piersiową. – Mógłbyś się przesunąć?
– Pomogę ci włożyć płaszcz.
– Nie pomagaj mi! – powiedziała, omijając go i naciągając płaszcz. – W niczym mi nie pomagaj! Nigdy więcej mi nie pomagaj!
Jego dłoń zacisnęła się na jej ramieniu, łagodnie, ale zdecydowanie obrócił ją do siebie.
– Tak będzie przez cały wieczór? – zapytał spokojnie.
– Nie – powiedziała gorzko. – To ta przyjemniejsza jego część.
– Wiem, jaka jesteś zła… Przestała bać się patrzeć na niego.
– Nie, nie wiesz tego! – powiedziała głosem drżącym ze zdenerwowania. – Myślisz, że wiesz, ale ty sobie tego nawet nie zaczynasz wyobrażać! – Zarzuciła postanowienie, żeby być wyniosła, spokojna i zanudzić go na śmierć. – Prosiłeś, w twoim biurze, żebym ci zaufała, potem użyłeś przeciwko mnie wszystkiego, co powiedziałam ci o wydarzeniach sprzed jedenastu lat! Naprawdę myślisz, że możesz we wtorek zniszczyć mi zupełnie życie, a w środę wejść tutaj i wszystko będzie słodkie i piękne, ty… ty bezduszny hipokryto!
Spojrzał w jej rozgniewane oczy. Na serio rozważał powiedzenie jej: „kocham cię”. Jednak po tym, co się stało wczoraj, na pewno by w to nie uwierzyła. Jeśli jakimś cudem sprawiłby, że uwierzyłaby mu, wykorzystałaby to przeciwko niemu i zerwała umowę, a tego nie pozwoli jej zrobić. Wczoraj powiedziała mu, że łączy ich tylko przeraźliwa przeszłość. Desperacko potrzebował czasu, który pozwoli mu przerwać jej obronę i udowodnić jej, że ich przyjaźń w przyszłości nie spowoduje powrotu tamtego bólu. Biorąc to pod uwagę, nie próbował tłumaczyć i spierać się z nią, tylko przystąpił do realizacji pierwszej fazy psychologicznej kampanii, którą wykreślił sobie w myślach. Tą fazą było przerwanie jej nawyku oskarżania go całkowicie o to, co działo się w przeszłości. Wziął płaszcz, żeby pomóc go jej włożyć.
– Wiem, że wydaję ci się teraz bezdusznym hipokrytą. Nie mam pretensji, że tak myślisz. Oddaj mi jednak sprawiedliwość i przyznaj, że jedenaście lat temu nie byłem łajdakiem. – Wsunęła ręce w rękawy płaszcza i bez słowa zaczęła się odsuwać, ale on położył dłonie na jej ramionach, obrócił ją dookoła i czekał, aż spojrzy na niego pełnym rozdrażnienia wzrokiem. – Nienawidź mnie za to, co robię teraz – powiedział z pełną spokoju mocą – mogę to zaakceptować, ale nie nienawidź mnie za przeszłość. Tak samo jak ty, byłem ofiarą knowań twojego ojca!
– Nawet wtedy byłeś człowiekiem bez serca! – powiedziała. Uwolniła się z jego uchwytu i wzięła swoją torebkę. – Nawet nie wysiliłeś się, żeby napisać do mnie.
– Napisałem do ciebie kilkanaście listów – powiedział, otwierając przed nią drzwi. – Nawet połowę z nich wysłałem. A ty nie możesz mnie krytykować w tym względzie – dodał, kiedy szli pokrytym dywanem korytarzem. – Ty sama przez sześć miesięcy napisałaś do mnie zaledwie sześć razy!
Meredith patrzyła, jak Matt unosi rękę i naciska przycisk windy. Mówiła sobie, że kłamie o tych listach, że chce się oczyścić w jej oczach, ale coś w zakamarkach jej umysłu niepokoiło ją, coś, co mówił jej, kiedy dzwonił z Wenezueli, a co wtedy wzięła za krytykę jej stylu pisania listów: „Nie jesteś zbyt wprawna w pisaniu listów, prawda?…”
Do momentu, kiedy lekarz ograniczył jej aktywność, miała zwyczaj sama wrzucać listy do Matta do skrzynki pocztowej na końcu alejki dojazdowej. Każdy mógł je jednak potem stamtąd wyjąć, ojciec czy ktoś ze służby. Jedyne pięć listów, jakie dostała, to były te, które nadeszły, kiedy kręciła się przy skrzynce i odbierała sama pocztę z rąk listonosza. Być może, jedynymi listami, jakie Matt od niej dostał, były te, które osobiście dała listonoszowi.
Okropne podejrzenie narastało w niej. Spojrzała niechętnie na Matta, zwalczając impuls, żeby poruszyć jeszcze ten temat. Drzwi windy otworzyły się i poprowadził ją przez hall i dalej na zewnątrz, gdzie przy krawężniku, błyszcząc w świetle latarni ulicznych niczym wypolerowany klejnot, stał bordowy rolls – royce.
Meredith wślizgnęła się do obitego perłową skórą wnętrza i utkwiła wzrok w bocznym okienku, podczas gdy Matt włączył silnik i ruszył. Rolls był piękny, ale prędzej by umarła, niż wypowiedziała pod adresem jego samochodu coś, co brzmiałoby pochlebnie. Poza tym jej myśli zaprzątała ciągle sprawa listów.