– Mówiłaś, że chcesz, żeby nasze spotkania były dyskretne.
– Powiedziałam: zachowane w tajemnicy!
Matt zorientował się, że niczego nie wskóra. Jej niechęć rosła z każdą chwilą. Zrobił więc coś, na co nie miał najmniejszej ochoty; zagroził jej.
– Mamy umowę! Czy może już cię nie obchodzi, co się stanie z twoim ojcem? – spojrzenie, jakie mu rzuciła, było tak pełne pogardy, że po raz pierwszy zawahał się, czy rzeczywiście jest niezdolna do nienawiści. – Porozmawiajmy dzisiaj wieczorem – powiedział łagodniejszym już tonem – zrobimy to tutaj lub u ciebie. Decyduj gdzie.
– U mnie – powiedziała gorzko. Piętnastominutową drogę odbyli w kompletnej ciszy.
W chwili, kiedy otwierała drzwi do swojego mieszkania, powietrze zdawało się wibrować napięciem.
Meredith zapaliła lampę, po czym podeszła do kominka, tylko dlatego, że stojąc tam była najdalej od niego.
– Powiedziałeś, że chcesz porozmawiać – przypomniała mu nieuprzejmie.
Oparła się o gzyms kominka, krzyżując ręce na piersiach i czekała, aż zacznie znęcać się nad nią i wymuszać kolejne obietnice. Była pewna, że to właśnie będzie robił. Dlatego też była lekko zdezorientowana, kiedy nie wykazał żadnej inicjatywy, żeby wprowadzić jej przewidywania w czyn. Włożył ręce do kieszeni i stał na środku salonu, rozglądając się po przytulnym wnętrzu. Wyglądał tak, jakby był zafascynowany każdym meblem i każdym bibelotem.
Patrzyła zakłopotana, jak wyjął jedną rękę z kieszeni i podniósł ze stolika znajdującego się na wysokości jego biodra fotografię Parkera oprawioną w ozdobną, zabytkową ramkę. Odstawił zdjęcie na miejsce i przeniósł wzrok z antycznego sekretarzyka, którego używała jako biurka, na stół w jadalni z jego srebrnymi świecznikami, a potem na pokryte kretonem, stojące przed kominkiem krzesełka w stylu królowej Anny.
– Co robisz? – zapytała ostrożnie.
Odwrócił się wtedy ku niej. Spokojne rozbawienie, jakie dostrzegła w jego oczach, było niemal tak samo zaskakujące, jak to, co powiedział:
– Zaspokajam całe lata ciekawości.
– Dotyczącej czego?
– Ciebie – odparł i gdyby nie wiedziała, jaki jest naprawdę, uwierzyłaby, że na jego twarzy malowała się czułość. – Tego, jak mieszkasz.
Poczuła się niepewnie, mając za sobą ścianę. Czułaby się lepiej, gdyby stała w otwartej przestrzeni. Patrzyła, jak szedł w jej stronę, jak zatrzymał się przed nią. Ręce miał znowu w kieszeniach.
– Lubisz kreton – zauważył z chłopięcym półuśmiechem. – Jakoś nigdy nie kojarzyłem sobie ciebie z kretonem. Dobrze ci z tym. Antyki i żywe wzory kwiatowe. To takie ciepłe i pociągające, bardzo mi się to podoba.
– Świetnie, to już mogę umrzeć szczęśliwa – powiedziała coraz bardziej świadoma ciepła czającego się w jego oczach i uśmiechu.
– Tak dla porządku. Chciałbym wiedzieć, dlaczego dzisiaj jesteś nawet bardziej zła niż wczoraj.
– Powiem ci dlaczego – odparła drżącym głosem. – Wczoraj poddałam się twojemu szantażowi i zgodziłam się spotykać z tobą przez jedenaście tygodni, ale nie będę, powtarzam: nie będę brać udziału w farsie, którą najwyraźniej chcesz grać!
– W jakiej farsie?
– Myślę o tym, jak udajesz, że chcesz zgody między nami. Tak było we wtorek, kiedy obecni byli twoi prawnicy, i dzisiaj przy twoim ojcu! A tak naprawdę chcesz tylko zemsty i znalazłeś bardziej subtelny i tańszy sposób, żeby dopiąć celu, niż skarżenie mojego ojca!
– Po pierwsze – wytknął jej – za pięć milionów, które ci daję, jeśli to się nie uda, mogłem urządzić twojemu ojcu pikantną publiczną masakrę na sali sądowej. Meredith – zaakcentował mocno – nie chodzi mi o zemstę. Powiedziałem ci w czasie spotkania dokładnie, dlaczego proszę o ten czas spędzony z tobą. Między nami jest coś… zawsze to coś było… i nawet jedenaście lat tego nie wymaże! Chcę dać temu czemuś szansę.
Meredith zapatrzyła się w niego z niedowierzaniem, rozdarta między złością na jego bezczelne kłamstwo i rozweseleniem, że on rzeczywiście sądził, że ona w nie uwierzy.
– Czy oczekujesz, że pomyślę… – musiała przerwać, żeby powstrzymać zabarwiony złością histeryczny śmiech – że przez wszystkie te lata zachowałeś jakiegoś rodzaju słabość do mnie?
– Uwierzyłabyś, gdybym powiedział, że to prawda?
– Musiałabym być chyba niespełna rozumu! Powiedziałam ci dzisiaj, że wiem o setkach twoich romansów, tak samo jak każdy, kto prenumeruje pisma i czyta gazety!
– Takie twierdzenie to ohydne wyolbrzymianie, i dobrze o tym wiesz!
Milcząc, sceptycznie uniosła brwi.
– Do diabła! – przeklął Matt, ze złością przeczesując włosy palcami. – Nie spodziewałem się tego. Wszystkiego, tylko nie tego. Odszedł kilka kroków od niej, po czym odwrócił się na pięcie. Jego głos przepełniony był gorzką ironią: – Czy jeśli przyznałbym, że myśli o tobie prześladowały mnie przez całe lata po naszym rozwodzie, pomogłoby cię to przekonać? No cóż, tak było! Chciałabyś wiedzieć, dlaczego zapracowywałem się na śmierć i podejmowałem szalone ryzyko, próbując podwoić i potroić każdy zarobiony cent? Chciałabyś wiedzieć, co zrobiłem tego dnia, kiedy osiągnąłem na czysto milion dolarów?
Patrzyła na niego zadziwiona, pełna sceptycyzmu. Siłą rzeczy była pod wrażeniem tego, co słyszała, i nie mając wcale takiego zamiaru, lekko skinęła głową.
– Tak, zrobiłem to – warknął – kierując się jakąś obsesyjną, szaloną chęcią udowodnienia ci, że potrafię tego dokonać! Tego wieczoru, kiedy moje inwestycje przyniosły zysk i przekroczyłem punkt oznaczający milion, otworzyłem butelkę szampana i wzniosłem toast na twoją cześć. To był przyjacielski toast, ale dla mnie był on bardzo wymowny. Powiedziałem: twoje zdrowie, moja interesowna żono, obyś długo żałowała dnia, w którym odwróciłaś się do mnie plecami. Mam ci powiedzieć – ciągnął gorzko – jak się czułem, gdy w końcu uświadomiłem sobie, że każda kobieta, którą brałem do łóżka, była blondynką, tak jak ty, miała niebieskie oczy jak twoje i że nieświadomie za każdym razem to z tobą się kochałem?
– To niesmaczne – szepnęła Meredith. Była zaskoczona.
– Dokładnie tak się czułem! – Wrócił i stanął przed nią. Jego głos zabrzmiał łagodniej, ale tylko trochę. – Skoro urządzamy tutaj spowiedź, teraz twoja kolej.
– Co przez to rozumiesz? – powiedziała. Ciągle nie mogła uwierzyć we wszystko, co powiedział, chociaż właściwie była przekonana, że mówił jej to, co jego zdaniem było prawdą…
– Zacznijmy od twojej, pełnej sceptycyzmu reakcji, kiedy powiedziałem, że uważam, że przez cały ten czas coś było między nami.
– Niczego między nami nie ma!
– Nie wydaje ci się dziwne, że żadne z nas przez te lata nie poślubiło nikogo innego?
– Nie.
– A na farmie, kiedy prosiłaś mnie o zawieszenie broni, nic do mnie nie czułaś?
– Nie – powiedziała, ale kłamała i zdawała sobie z tego sprawę.
– Albo w moim biurze – naciskał, zasypując ją pytaniami niczym inkwizytor – kiedy to ja prosiłem cię o zawieszenie broni?
– W żadnym z tych momentów nie czułam nic więcej poza… poza normalnym uczuciem przyjaźni – powiedziała trochę desperacko.
– I kochasz Reynoldsa? – Tak.
– To co robiłaś u diabła ze mną w łóżku w czasie ubiegłego weekendu?
Odetchnęła trochę niepewnie.
– No cóż, to było coś, co się po prostu stało. To nie miało żadnego znaczenia. Próbowaliśmy pocieszyć się nawzajem i to wszystko. To było… nawet przyjemne, ale tylko przyjemne, nic ponadto.
– Nie kłam! W tym łóżku nie mogliśmy się sobą nasycić i doskonale o tym wiesz!