Kiedy w dalszym ciągu milczała uparcie, nacisnął ją mocniej:
– I absolutnie nie masz ochoty kochać się ze mną jeszcze kiedykolwiek, tak?
– Oczywiście, że nie!
– Co powiesz na to, żebyś mi dała pięć minut na udowodnienie ci, że się mylisz?
– Nie zrobię tego – odskoczyła do tyłu.
– Naprawdę sądzisz – powiedział już spokojniej – że jestem na tyle naiwny, żeby nie wiedzieć, że wtedy w łóżku pragnęłaś mnie tak samo mocno, jak ja pragnąłem ciebie?
– Jestem przekonana, że masz wystarczające doświadczenie, żeby w ułamku sekundy zorientować się w uczuciach kobiety! – odkrzyknęła, zbyt zła, żeby zauważyć, że mówiąc to, potwierdziła jego słowa. – Powiem ci dokładnie, jak się czułam tego dnia. Czułam się tak, jak czułam się zawsze w łóżku z tobą: jak naiwna, niezręczna i niedoświadczona!
Wyglądał, jakby za chwilę miał wybuchnąć.
– Jak się czułaś?
– Słyszałeś, co powiedziałam – odparła, ale niedługo cieszyła się uczuciem satysfakcji z jego zaskoczenia.
Zamiast złościć się dlatego, że przeliczył się co do jej uczuć w stosunku do niego, oparł się o gzyms kominka i zaczął się śmiać. Śmiał się tak długo, aż Meredith rozzłościła się na tyle, że chciała się odsunąć. Wtedy nagle spoważniał.
– Przepraszam – powiedział usprawiedliwiająco, patrząc dziwnie czule. Był zdziwiony i bezwstydnie zadowolony, że pomimo wrodzonego temperamentu najwyraźniej nie sypiała z aż tyloma partnerami. Jeśliby to robiła, wiedziałaby na pewno, że nie miała powodu czuć się niezręcznie i jak osoba niedoświadczona w łóżku z nim, bo najmniejszym dotknięciem rozżarzała całe jego ciało. – Boże, jesteś urocza – szepnął. – I w środku, i na zewnątrz.
Pochylił głowę, zamierzając ją pocałować, ale odwróciła twarz i pocałował jej ucho.
– Jeśli teraz ty mnie pocałujesz – szepnął szorstko, muskając wargami zarys jej podbródka, podwyższam stawkę do sześciu milionów. Jeśli dzisiaj wieczorem pójdziesz ze mną do łóżka - ciągnął dalej, zatracając się w zapachu jej perfum i delikatności jej skóry – rzucę ci do stóp cały świat. Ale jeśli zamieszkasz ze mną – mówił dalej, przesuwając usta poprzez jej policzek aż do kącika warg – zrobię o wiele więcej.
Nie mogła dalej odwrócić twarzy, bo na przeszkodzie stało jej jego ramię, nie mogła też cała się odsunąć, bo jego ciało też było przeszkodą. Spróbowała nadać swojemu głosowi ton pogardliwy, a jednocześnie starała się ignorować podniecający dotyk jego języka na uchu.
– Sześć milionów dolarów i świat u stóp! – powiedziała lekko drżącym głosem. – Co jeszcze mógłbyś dać, gdybym z tobą zamieszkała?
– Raj – uniósł głowę, ujął jej podbródek między kciuk a palec wskazujący i zmusił ją, żeby spojrzała mu w oczy. Poruszającym, pełnym powagi głosem powiedział: – Dam ci raj na ziemi. Wszystko, czego tylko zapragniesz. Włącznie ze mną oczywiście. To transakcja wiązana. – Meredith przełknęła głośno, oczarowana obezwładniającym spojrzeniem jego srebrzystych oczu, głębokim tembrem jego głosu. – Będziemy rodziną – ciągnął, snując wizje raju, który jej oferował, jednocześnie pochylał znowu ku niej głowę. – Będziemy mieli dzieci… chciałbym mieć sześcioro – droczył się z nią. Ustami dotykał jej czoła. – Ale zadowolę się jednym. Nie musisz decydować teraz. – Usłyszał jej rwący się oddech i uznał, że posunął sprawy tak daleko, jak to było możliwe jednego wieczoru. Wyprostował się gwałtownie i pogłaskał jej podbródek. – Pomyśl o tym – zasugerował z uśmiechem.
Patrzyła z niedowierzaniem, jak odwrócił się i bez żadnego już słowa ruszył w stronę drzwi. Zamknęły się za nim, a ona wpatrywała się w nie jak skamieniała, próbując zrozumieć wszystko, co powiedział. Sięgnęła na oślep do oparcia krzesła, obeszła je dookoła i usiadła na nim ciężko. Nie była pewna, czy ma się śmiać, czy płakać. On musiał kłamać. Jest szalony. To tłumaczyłoby wyznaczenie sobie tak niemądrego celu, jaki najwyraźniej postawił przed sobą jedenaście lat temu… Udowodnienie, że był na tyle dobry, żeby nadawać się na jej męża, na męża kogoś z rodziny Bancroftów. Czytała artykuły o jego zatargach z konkurencyjnymi firmami lub tymi, które chciał przejąć. Ludzie uwikłani w te spory sugerowali, że był niemal nieludzko twardy i bardzo niezależny.
Meredith zaśmiała się histerycznie, sama do siebie. Najwyraźniej, pomyślała w panice, rzeczywiście była najnowszym „celem do przejęcia” w rozkładzie zajęć Matthew Farrella. Nie powinna, nie pozwoli sobie uwierzyć, że przez te lata po ich rozstaniu był ciągle w jakiś sposób z nią związany. Mój Boże! Kiedy byli małżeństwem, on nawet nigdy nie powiedział, że ją kocha. Nie zdarzyło się to ani w chwilach największej namiętności, ani też w innych nastrojowych momentach.
Była skłonna uwierzyć w niektóre rzeczy, o których powiedział jej tego wieczoru. Być może spędził te pierwsze lata na zapracowywaniu się na śmierć, żeby udowodnić jej i niewątpliwie jej ojcu też, że może zbić fortunę. Z krzywym uśmieszkiem pomyślała, że to było podobne do Matta, tak samo zresztą jak ten toast szampanem za jej zdrowie, wypity w dniu, kiedy zdobył pierwszy milion dolarów. Pełen chęci odegrania się aż do końca, zdecydowała z rozbawieniem. Nic dziwnego, że w świecie biznesu stał się potęgą, z którą należało się liczyć! Zdała sobie sprawę, że jej myśli, zważywszy na sytuację, stają się zbyt łagodne. Niechętnie spojrzała prawdzie w oczy. Matt powiedział jeszcze jedną prawdziwą rzecz: zawsze było coś między nimi. Już tamtego pierwszego wieczoru, kiedy się spotkali, nastąpiło między nimi natychmiastowe, niewytłumaczalne porozumienie, jakaś więź, która bez trudu przyciągała ich do siebie w czasie tamtych, dawno minionych dni spędzonych na farmie. Ona wtedy to czuła, ale odkrycie, że Matt też był tego świadom, było szokiem. Ta sama niewytłumaczalna więź zaczęła pojawiać się między nimi, kiedy spotkali się na tamtym pechowym lunchu. Wtedy, kiedy droczył się z nią, że nie wie, czego chce się napić. Ponownie to „coś” rozkwitło w całej pełni na farmie, kiedy jej dłoń znalazła się w jego dłoni i kiedy prosiła go o zawieszenie broni. Ta więź wzmacniała się i była bardziej wyczuwalna, kiedy siedzieli razem tamtego wieczoru w salonie i rozmawiali o interesach. W pewnym sensie było tak, jakby byli przyjaciółmi od zawsze. Nie umiałaby nienawidzić Matta.
Czuła się zestresowana. Wstała, zgasiła lampę i poszła do sypialni. Stała koło łóżka i rozpinała bluzkę, kiedy do jej umysłu przedarła się reszta słów, które powiedział, te, których uparcie starała się nie pamiętać. Jej dłonie zastygły na guzikach bluzki. „Chodź ze mną do łóżka dziś wieczorem, a rzucę ci świat do stóp. Zamieszkaj ze mną, a dam ci raj na ziemi. Wszystko, czegokolwiek zapragniesz. Włącznie ze mną oczywiście. To transakcja wiązana”.
Stała bez ruchu zahipnotyzowana wspomnieniem, po czym otrząsnęła się i skończyła rozpinanie bluzki. Ten człowiek był śmiertelnie niebezpieczny. Nic dziwnego, że kobiety traciły dla niego głowę. Ręce zaczęły jej drżeć na samo tylko wspomnienie jego głosu szepczącego jej do ucha tamte słowa. Naprawdę, zdecydowała, próbując ukryć pozbawiony entuzjazmu uśmiech: jeśli mógłby butelkować cały ten swój sex appeal, to nie musiałby pracować, żeby mieć pieniądze. Przestała się uśmiechać, kiedy zadała sobie pytanie, ilu jeszcze kobietom oferował ten swój raj? Uświadomiła sobie, że odpowiedź musiała brzmieć: żadnej. We wszystkich, pełnych emocji doniesieniach prasowych, dotyczących jego życia osobistego, nigdy nie widziała nawet pojedynczej wzmianki sugerującej, że nie mieszka samotnie. Mając świadomość tego, poczuła się o wiele lepiej. Była zbyt wykończona emocjonalnymi przejściami poprzednich dni, żeby zastanowić się, czy taka jej reakcja nie była odrobinę dziwna.