Nawet Eleanor wyglądała na spiętą.
– Jej sekretarka powiedziała, że nie ma jej jeszcze w biurze, a nawet gdyby była, to zgodnie z instrukcjami panny Bancroft, zobowiązana jest do powiadomienia pana, że macie się państwo komunikować za pośrednictwem prawników.
– To już nieaktualne – powiedział krótko Matt. Uniósł rękę i przesunął nią po karku, nieświadomie masując napięte mięśnie. Chciał dotrzeć do Meredith, zanim spróbuje sama stawić czoło prasie. – Czy jej sekretarka, kiedy z nią rozmawiałaś, sprawiała wrażenie, jakby tam u nich wszystko było w porządku?
– Sprawiała wrażenie osoby oblężonej.
– To znaczy, że odbiera takie same telefony jak ty. – Matt wyszedł zza biurka, chwycił płaszcz i ruszył w stronę drzwi. – Niech prawnicy i pilot dzwonią do mnie pod jej numer – polecił. – I zadzwoń do naszego działu public relations. Powiedz jego szefowi, żeby obchodzili się z prasą łagodnie i nie antagonizowali ich. Prawdę mówiąc, niech traktują ich bardzo uprzejmie i obiecaj wydanie oświadczenia na… pierwszą po południu. Zadzwonię z biura Meredith i przekażę, gdzie mają zgromadzić dziennikarzy. W międzyczasie dajcie im drugie śniadanie czy coś w tym rodzaju, żeby im uprzyjemnić czekanie.
– Mówi pan poważnie o tym poczęstunku? – zapytała, wiedząc, że zwykle gdy prasa ingerowała w jego życie osobiste, albo unikał dziennikarzy, albo mówił im, w niewiele bardziej oględnych słowach, żeby poszli do diabła.
– Poważnie – powiedział przez zaciśnięte zęby. W drzwiach zatrzymał się, żeby wydać jeszcze jedno polecenie: – Dotrzyj do Parkera Reynoldsa. On też będzie oblegany przez prasę. Powiedz mu, żeby dzwonił do mnie do biura Meredith, a na razie przekaż mu, że musi powiedzieć prasie dokładnie to samo, co my im tutaj mówimy.
O ósmej trzydzieści pięć Meredith wysiadła z windy i ruszyła do swojego biura, zadowolona, że będzie mogła popracować i pozbyć się tym samym myśli o Matcie, z powodu których długo nie mogła zasnąć, a rano zaspała. Tutaj nareszcie będzie zmuszona do odsunięcia na bok swoich osobistych problemów i skoncentrowania się na interesach.
– Dzień dobry, Kathy – powiedziała do recepcjonistki i rozejrzała się po niemal wyludnionym pomieszczeniu. Dyrektorzy, pracujący często po godzinach, rzadko zjawiali się przed dziewiątą rano, ale urzędnicy byli obecni i gotowi do pracy dużo wcześniej, punktualnie o ósmej trzydzieści. – Gdzie się wszyscy podziali? Co się dzieje?
Kathy przełknęła nerwowo, wpatrując się w nią.
– Phyllis zeszła na dół, żeby porozmawiać z ochroną. Kazała centrali wstrzymać telefony do pani. Myślę, że niemal wszyscy pozostali są w pokoju śniadaniowym.
Meredith zmarszczyła brwi, słuchając rozbrzmiewających wzdłuż całego korytarza dzwonków nie odbieranych telefonów.
– Czy to czyjeś urodziny? – spytała. Było rytuałem, że urzędnicy z obydwu pięter administracyjnych wędrowali w jakimś momencie dnia do pokoju śniadaniowego na kawę i tort serwowane z okazji urodzin któregoś z pracowników. Nigdy nie powodowało to jednak tak niezwykłej i nie dającej się zaakceptować absencji niezbędnego personelu. Uświadomiła sobie, że jej własne urodziny były już za dwa dni, w sobotę, i przez chwilę pomyślała, że być może w tajemnicy zorganizowano wcześniejsze przyjęcie, żeby zrobić jej niespodziankę.
– Nie sądzę, żeby to było jakieś przyjęcie – niezręcznie odparła Kathy.
– Ach tak – westchnęła Meredith zaskoczona tak bezprecedensowym zaniedbaniem obowiązków przez zwykle sumiennych urzędników.
Zatrzymała się na moment w swoim biurze, żeby zostawić płaszcz i teczkę, i udała się wprost do pokoju śniadaniowego. Z chwilą, kiedy podeszła do dzbanka z kawą, poczuła na sobie spojrzenie dwóch tuzinów par oczu.
– Panie, panowie, to dzwonienie tam na zewnątrz przywodzi na myśl alarm przeciwpożarowy – powiedziała z krytycznym uśmiechem, zaskoczona pełną napięcia ciszą i wpatrującymi się w nią spojrzeniami personelu.
Wydawało się, że niemal każdy z nich trzymał w ręku gazetę.
– Co powiecie na odebranie chociaż kilku z nich? – dodała, właściwie już niepotrzebnie, bo wszyscy już tłoczyli się przy wyjściu, mamrocząc „dzień dobry” i „przepraszam”.
Meredith właśnie zdążyła usiąść przy biurku i wypić łyk kawy, kiedy do jej gabinetu wpadła Lisa, ściskając w objęciach potężną porcję gazet.
– Mer, tak mi przykro! – wybuchnęła. – Wykupiłam cały nakład z kiosku przed wejściem, żeby nie mogli tego sprzedawać. To jedyne, co mi przyszło do głowy, żeby ci pomóc.
– Pomóc mi? – zapytała Meredith zdziwiona.
Lisa otworzyła usta i wpatrywała się w nią, jednocześnie przyciskając mocniej do siebie gazety.
– To znaczy, że nie widziałaś jeszcze dzisiejszych gazet, prawda?
Niepokój Meredith osiągnął wyraźnie wyższy poziom.
– Zgadza się. Zaspałam i nie miałam na to czasu. Dlaczego pytasz? Co się stało?
Lisa, z wyraźną niechęcią, powoli położyła stertę gazet na biurku. Meredith oderwała wzrok od bladej twarzy przyjaciółki, spojrzała na gazetę i aż się uniosła z krzesła.
– O mój Boże! – szepnęła. Oszołomionym wzrokiem przebiegała po zadrukowanej stronie. Odstawiła filiżankę z kawą, wstała i zmusiła się do wolniejszego czytania. Potem, na stronie trzeciej, przeczytała część artykułu najbardziej sensacyjną i dotyczącą rzeczy najbardziej osobistych. Kiedy skończyła, spojrzała w panice na Lisę. – O mój Boże!
Obydwie podskoczyły, kiedy Phyllis z rozmachem otworzyła drzwi i wpadła do gabinetu.
– Byłam u ochroniarzy – powiedziała. Jej krótkie włosy były potargane, zupełnie jakby bezwiednie przeczesywała je palcami. – Reporterzy szturmowali główne wejście, czekając na otwarcie. Kiedy zaczęli wchodzić wejściem dla pracowników, Mark Braden wpuścił ich wszystkich i skierował do audytorium. Telefony dzwonią bez przerwy. Dzwonią głównie dziennikarze, ale miałaś też telefony od członków zarządu. Chcą z tobą natychmiast rozmawiać. Pan Reynolds dzwonił trzy razy, a pan Farrell raz. Mark Braden prosi o dalsze instrukcje. Tak samo zresztą jak i ja.
Meredith próbowała się skoncentrować, ale cała drżała wewnętrznie z czystego strachu. W końcu reporterzy dokopią się do powodów jej małżeństwa z Mattem. Ktoś zacznie mówić: służąca, salowa ze szpitala i cały świat dowie się, że była głupią, niechcianą przez męża nastoletnią panną młodą. Jej duma i prywatność miały zostać rozszarpane na strzępy. Pomyślała gorzko, że inni popełniają błędy, łamią wszelkie zasady i uchodzi im to na sucho. Ale nie jej, ona musi za nie płacić bez końca.
Nagle dotarło do niej, co wszyscy pomyślą, kiedy ten niby – adwokat ujawni szczegóły jej rozwodu. Pokój zawirował jej przed oczami. Ojciec, zabierając się do rozwiedzenia jej, nie zadowolił się czymś miłym i przyzwoitym, w rodzaju nie dającej się przezwyciężyć różnicy charakterów, i dlatego objawi się ona teraz nie tylko jako niemoralna nastolatka, która nie była na tyle mądra, żeby używać środków antykoncepcyjnych, ale będzie też porzuconą i maltretowaną psychicznie ofiarą.
A Parker… dobry Boże, Parker był cieszącym się szacunkiem bankierem, a prasa wciągnie go w to bagno.
Pomyślała nagle o Matcie i o tym, co to wszystko będzie znaczyło dla niego. Poczuła, że robi jej się słabo. Kiedy ludzie dowiedzą się, że maltretował psychicznie swoją smutną, drobną, ciężarną żonę, a potem jeszcze ją porzucił… jego reputacja będzie doszczętnie zrujnowana…
– Meredith, proszę, powiedz, co mam robić – naglący głos Phyllis dobiegał gdzieś z oddali. – Mój telefon właśnie dzwoni.