Выбрать главу

Lisa uniosła dłoń.

– Daj jej zebrać myśli. Kiedy weszłaś, ona dopiero przeczytała gazetę.

Meredith opadła ciężko na fotel. Potrząsnęła głową, żeby dojść do siebie. Wiedziała, że musi coś zrobić… cokolwiek. Nie mogąc wymyślić nic innego, powiedziała powoli:

– Postąpimy zgodnie z procedurą, jaką stosujemy, kiedy mamy w firmie jakieś wydarzenie wzbudzające powszechne zainteresowanie. Powiadomimy centralę, żeby wstrzymała łączenie wszelkich rozmów telefonicznych, a te od dziennikarzy żeby przełączali do działu public relations. – Przełknęła z trudem. – Powiedz Markowi Bradenowi, żeby w dalszym ciągu kierował zjawiających się dziennikarzy do audytorium.

– Dobrze, ale co ludzie z public relations mają mówić dziennikarzom?

Meredith spojrzała na Phyllis, westchnęła z drżeniem i przyznała:

– Jeszcze nie wiem. Powiedz im po prostu, żeby poczekali… – Przerwała, słysząc pukanie do drzwi.

Wszystkie trzy odwróciły się w ich stronę. Do gabinetu zajrzała recepcjonistka i powiedziała z przejęciem:

– Przepraszam bardzo, panno Bancroft, ale jest tutaj pan Farrell i on… on bardzo nalega, żeby zobaczyć się z panią. Wydaje mi się, że nie zgodzi się na odejście z niczym. Czy mogę wezwać ochronę z pani telefonu?

– To nie będzie konieczne – powiedziała Meredith, przygotowując się na odparcie uzasadnionej furii Matta. – Phyllis, bądź tak miła i przyprowadź go tutaj.

Matt obserwował uważnie, do którego gabinetu poszła recepcjonistka, i czekał niecierpliwie przy jej biurku. Ignorował fascynację, jaką jego obecność wywołała wśród sekretarek, urzędników i wysiadających z windy dyrektorów. Zobaczył, że recepcjonistka wychodzi z biura Meredith razem z inną kobietą. Zrobił krok do przodu w pełni przygotowany na pokonanie ich obu, gdyby Meredith była na tyle niemądra, żeby odmówić zobaczenia się z nim.

– Panie Farrell – powiedziała atrakcyjna brunetka około trzydziestki. Udało jej się zachować profesjonalizm pomimo uśmiechu pełnego niezdecydowania. – Nazywam się Phyllis Tilsher, jestem sekretarką panny Bancroft. Przykro mi, że pan czekał. Bardzo proszę za mną.

Pozwolił, żeby poprowadziła go do biura Meredith, zmuszając się, żeby jej nie wyprzedzić. Otworzyła drzwi i stanęła z boku. W każdym innym momencie niesamowity widok, jaki roztoczył się przed nim, spowodowałby, że poczułby przypływ dumy. Meredith Bancroft siedziała za wspaniałym biurkiem w bogato urządzonym gabinecie, którego wystrój aż krzyczał dyskretnym dobrobytem i spokojną dystynkcją. Złote włosy miała upięte w połyskliwy kok i wyglądała jak młoda królowa, która powinna zasiadać na tronie, a nie na obitym krześle z wysokim oparciem. W tym momencie wyglądała też jak bardzo blada i zaniepokojona królowa. Odrywając od niej wzrok, zerknął na sekretarkę i nieświadomie zaczął przejmować inicjatywę.

– Spodziewam się tutaj dwóch telefonów – powiedział szybko. – Proszę mnie o nich natychmiast powiadomić. Wszystkim innym dzwoniącym proszę mówić, że mamy naradę budżetową, której nie można przerywać, i proszę nikomu nie pozwolić przekroczyć progu tego pokoju!

Phyllis skinęła głową i wyszła pospiesznie, zamykając za sobą drzwi. Matt ruszył w stronę Meredith, która powoli wstała i wyszła zza biurka. Energicznym ruchem głowy wskazał rudowłosą dziewczynę stojącą przy oknie, która przypatrywała mu się z nieukrywaną fascynacją.

– Kto to taki?

– Lisa Pontini – powiedziała Meredith nieobecnym głosem. – To moja przyjaciółka. Ona może zostać. Dlaczego – dodała skonsternowana – mamy tu mieć akurat naradę budżetową?

Matt pamiętał sprzed lat nazwisko Lisy Pontini. Musiał powstrzymać chęć przyciągnięcia Meredith w ramiona i pocieszenia jej. Wiedział, że sprzeciwiłaby się i jednemu, i drugiemu, dlatego uśmiechnął się uspokajająco i spróbował nadać głosowi żartobliwe brzmienie.

– Chociaż na chwilę zmylimy dziennikarzy, bo pomyślą, że zajmujemy się tutaj najnudniejszymi i najzwyklejszymi sprawami. Możesz sobie wyobrazić coś bardziej nudnego niż budżet?

Próbowała się uśmiechnąć, słysząc ten logiczny wywód i dowcip, ale nie mogła. Matt, widząc to, powiedział spokojnie i dobitnie:

– Przy odrobinie szczęścia uda nam się przebrnąć przez to wszystko bez większych uszczerbków. A teraz możesz mi zaufać i zrobić to, o co poproszę?

Meredith patrzyła na niego i powoli docierało do niej, że on, zamiast oskarżać ją i jej ojca za ten kataklizm, chce się włączyć i pomóc. Powoli wyprostowała się, czując nagły przypływ siły i wigoru. Skinęła głową.

– Tak, co mam zrobić?

Matt uśmiechnął się do niej w odpowiedzi, myśląc, jak szybko i z jaką odwagą przychodziła do siebie.

– Świetnie – powiedział miękko. – Dyrektorzy naczelni nigdy nie tracą ducha.

– Zwykle blefują – skonkludowala, próbując się uśmiechnąć.

– Racja – przyznał. Chciał jeszcze coś dodać, ale rozległ się dźwięk intercomu. Meredith podniosła słuchawkę, słuchała przez chwilę, po czym przekazała słuchawkę Mattowi. – David Levinson jest na pierwszej linii, a na drugiej dzwoni do ciebie ktoś o nazwisku Steve Salinger.

Nie wziął od niej słuchawki, ale zapytał:

– Czy ten aparat można nastawić tak, żebyśmy wszyscy słyszeli rozmowę? – Meredith nachyliła się i nacisnęła przycisk uruchamiający te funkcje telefonu. Kiedy to zrobiła, Matt nacisnął świecący się przycisk drugiej linii. – Steve – powiedział – czy lear jest gotowy do startu?

– Jasne, Matt, właśnie zrobiłem próbny lot i zachowuje się śpiewająco.

– Dobrze, poczekaj chwilę. – Matt zablokował na moment rozmowę i włączył linię pierwszą. Bez wstępów powiedział do Levinsona: – Czytałeś gazety?

– Widziałem je i Bill Pearson też. To bagno, Matt, a będzie jeszcze gorzej. Jest coś, co możemy zrobić?

– Tak. Pojedź do Belleville i przedstaw się swojemu nowemu „klientowi”, a potem wpłać kaucję i wyciągnij go z więzienia.

– Co takiego?

– Słyszałeś. Wykup go z więzienia i przekonaj, żeby przekazał ci, jako swojemu adwokatowi całą dokumentację. Kiedy będziesz ją już miał, zrobisz co trzeba, żeby nasze orzeczenie rozwodowe nie dostało się w ręce dziennikarzy… o ile ten sukinsyn ma jeszcze jego kopię. Jeśli jej nie ma, przekonaj go, żeby zapomniał wszystkie szczegóły.

– Co to za szczegóły? Jakich powodów użył w pozwie?

– Kiedy dostałem odpis tego cholernego dokumentu, nie myślałem zbyt racjonalnie, ale o ile sobie przypominam, to było porzucenie i psychiczne maltretowanie. Meredith jest tutaj. Zapytam ją. – Spojrzał na Meredith i powiedział łagodniejszym tonem: – Pamiętasz jeszcze jakieś szczegóły… cokolwiek, co mogłoby być żenujące dla ciebie albo dla mnie?

– Czek na dziesięć tysięcy dolarów, który mój ojciec dał ci, żeby cię spłacić.

– Jaki czek? Nic o tym nie wiem. W dokumentach, które mam, nie ma o tym żadnej wzmianki.

– W moim odpisie orzeczenia jest coś takiego i jest jeszcze powiedziane, że potwierdzasz ich odbiór.

Levinson słyszał to wszystko. W jego głosie zabrzmiała ironia:

– To już zupełnie wspaniale! Prasa będzie miała używanie, snując domysły na temat powodów, dla których ty, nie mający wtedy ani centa przy duszy, nie mogłeś strawić swojej żony nawet z jej pieniędzmi. Będą się zastanawiać, co z nią było aż tak nie w porządku.

– Nie bądź głupcem! – przerwał mu Matt z wściekłością, zanim tamten zdążył dodać coś jeszcze bardziej denerwującego dla Meredith. – Oni przedstawią mnie jako uganiające się za pieniędzmi indywiduum, które w dodatku porzuca żonę. Może wszystkie te przypuszczenia okażą się bezprzedmiotowe, o ile pojedziesz do Belleville i usadzisz Spyzhalskiego, zanim spaprze wszystko jutro.