Выбрать главу

Rozejrzał się i skinął na śliczną kelnerkę krążącą z tacą pełną drinków. Podeszła szybko. Uśmiechnął się do niej.

– Jesteś nie tylko śliczna – powiedział, stawiając na jej tacy pustą szklankę i biorąc nową – ale jeszcze ratujesz mi życie!

Z tego, jak się uśmiechnęła i zarumieniła, wynikało jasno, że metr osiemdziesiąt jego muskularnego ciała i atrakcyjne rysy twarzy nie były jej obojętne. Zauważył to i Jon, i wszyscy pozostali. Przysuwając się do niej blisko, Jon scenicznym szeptem zapytał:

– Czy to możliwe, że pracujesz tu tylko dla żartu, a tak naprawdę twój ojciec jest właścicielem banku lub rekinem giełdowym?

– Co takiego? To znaczy, nie – odparła uroczo podniecona. Uśmiech Jona stał się prowokujący.

– To nie rekin giełdowy? A może ma fabryki albo szyby naftowe?

– On jest… hydraulikiem – wyrzuciła z siebie. Jego uśmiech zbladł i z westchnieniem powiedział:

– W takim razie małżeństwo nie wchodzi w grę. Są pewne ścisłe finansowe i towarzyskie wymagania, jakim musiałaby sprostać zwycięska kandydatka na moją żonę. Aczkolwiek ciągle jeszcze możemy mieć romans. Spotkajmy się za pół godziny w moim samochodzie. To czerwone ferrari przed wejściem. Dziewczyna odeszła zarumieniona i zaintrygowana.

– To było wstrętne – powiedziała z niesmakiem Shelly. Doug Chalfont klepnął go i zaśmiał się.

– Stawiam pięćdziesiąt paczek, że dziewczyna będzie czekała na ciebie.

Jon odwrócił głowę i już chciał odpowiedzieć, kiedy jego uwagę przykuła zapierająca dech w piersiach blondynka w czarnej, zapiętej pod szyję sukni z krótkimi rękawami. Schodziła schodami do salonu. Patrzył ha nią z otwartymi ustami. Widział, jak zatrzymała się, żeby porozmawiać ze starszą panią, a kiedy grupa ludzi przesunęła się i stracił ją z oczu, odchylał się na boki, starając się ją dojrzeć.

– Na kogo patrzysz? – zapytał Doug, podążając za jego wzrokiem.

– Nie wiem, kim ona jest, ale chciałbym się dowiedzieć.

– Gdzie ona jest? – zapytała Shelly i wszyscy zwrócili się w stronę, w którą patrzył.

– O, tam! – powiedział Jon, wskazując ją swoją szklanką, kiedy tłum wokół blondynki przesunął się i zobaczył ją znowu.

Parker rozpoznał ją i uśmiechnął się.

– Wszyscy znacie ją od lat, po prostu nie widzieliście jej przez jakiś czas. – Cztery zakłopotane twarze zwróciły się ku niemu. Uśmiechnął się szerzej. – To, moi drodzy, jest Meredith Bancrof t.

– Postradałeś zmysły! – powiedział Jon. Przyglądał się jej intensywnie. Nie znajdował podobieństwa między niezręczną, raczej nieciekawą dziewczyną, jaką pamiętał, i tą pewną siebie, młodą pięknością, jaką miał przed sobą. Nie było śladu po dziecięcych krągłościach, okularach, aparacie ortodontycznym i spinkach, które zawsze spinały jej włosy. Teraz uczesana była w prosty, jasnozłoty koczek. Drobne loki przy uszach okalały twarz o klasycznie rzeźbionych rysach. W tym momencie podniosła wzrok i spojrzała gdzieś na prawo od grupki Jona, kłaniając się komuś uprzejmie. Wtedy zobaczył jej oczy. Z odległości ponad połowy salonu ujrzał te ogromne oczy w kolorze akwamaryny i nagłe przypomniał sobie te same niezwykłe oczy spoglądające na niego dawno temu.

Meredith stała spokojnie, ale czuła się wyczerpana. Słuchała ludzi, którzy zwracali się do niej, uśmiechała się, kiedy oni się uśmiechali, ale nie mogła przyzwyczaić się do myśli, że jej dziadek nie żyje i że setki ludzi, którzy zdawali się przepływać z jednego pokoju do drugiego, były tu właśnie z tego powodu. To, że nie znała go zbyt dobrze, łagodziło nieco jej żal.

W czasie uroczystości na cmentarzu widziała Parkera, spodziewała się więc, że może być gdzieś w domu. Biorąc jednak pod uwagę smutne okoliczności, szukanie go teraz w nadziei kontynuowania romantycznej znajomości wydało jej się nie na miejscu i byłoby okazaniem braku szacunku dla zmarłego. Poza tym zaczynała czuć się odrobinę zmęczona tym, że to ona zawsze go szukała; miała wrażenie, że teraz nadeszła jego kolej na zrobienie jakiegoś kroku w jej stronę. Tak jakby myślenie o nim nagle przywołało go do niej, usłyszała nagle znajomy głos szepczący jej do ucha:

– W tym wykuszu jest człowiek, który nastaje na moje życie, jeśli nie przyprowadzę cię i nie poznam z nim. – Uśmiechając się, natychmiast się odwróciła, kładąc dłonie w jego wyciągnięte ręce. Poczuła drżenie kolan, kiedy przyciągnął ją do siebie i pocałował w policzek. – Wyglądasz pięknie… ale chyba jesteś trochę zmęczona – dodał. – Może poszlibyśmy na spacer jak za dawnych lat, kiedy już będziemy mieli za sobą przyjemności towarzyskie?

– Chętnie – powiedziała, stwierdzając ze zdziwieniem i ulgą, że jej głos brzmi pewnie.

Kiedy dotarli do wykuszu, znalazła się w absurdalnej sytuacji osoby przedstawianej czwórce ludzi, których już znała. Byli to ludzie, którzy zachowywali się, jakby była niewidzialna, kiedy spotkała ich ostatnio przed kilkoma laty. Teraz zdawali się żądni zaprzyjaźnienia się z nią i włączenia jej w krąg swych działań. Shelly zaprosiła ją na przyjęcie w przyszłym tygodniu, Leigh nalegała, żeby siedziała z nimi przy stoliku w czasie tańców w Glenmoor czwartego lipca. Parker celowo na koniec zostawił „przedstawienie” jej Jonowi.

– Nie mogę uwierzyć, że to ty – powiedział ten ostatni. Alkohol sprawiał, że jego słowa zlewały się ze sobą. – Panno Bancroft – kontynuował ze zwycięskim uśmiechem na ustach. – Właśnie wyjaśniałem tym ludziom, że jestem w gwałtownej potrzebie znalezienia odpowiednio bogatej i olśniewającej żony. Czy wyjdzie pani za mnie w przyszłą sobotę?

Ojciec Meredith wspominał częste kłótnie między Jonathanem a jego zawiedzionymi rodzicami; wywnioskowała, że „gwałtowna potrzeba” ożenienia się z „bogatą” kobietą to prawdopodobnie rezultat jednej z tych sprzeczek. Cała jego poza wydała jej się zabawna. Uśmiechając się promiennie, odparła:

– Przyszły weekend to świetny termin, obawiam się jednak, że ojciec wydziedziczy mnie, jeśli wyjdę za mąż przed ukończeniem studiów, więc będziemy musieli mieszkać z twoimi rodzicami.

– Boże uchowaj! – krzyknął Jonathan drżącym głosem i wszyscy, łącznie z nim, zaczęli się śmiać.

Przed dalszymi nonsensownymi rozmowami uratował ją Parker, biorąc ją pod rękę ze słowami:

– Meredith musi zaczerpnąć świeżego powietrza. Idziemy na spacer.

Na zewnątrz przeszli przez frontowy trawnik i ruszyli wzdłuż drogi dojazdowej.

– Jak to wszystko znosisz? – zapytał.

– Jest w porządku, naprawdę. Może jestem trochę zmęczona. – W przedłużającej się ciszy myślała o powiedzeniu czegoś dowcipnego i zajmującego, ale zdecydowała się na prostotę i szczere zainteresowanie: – Wiele musiało się zdarzyć u ciebie w czasie ostatniego roku…

Skinął głową i powiedział jedną z ostatnich rzeczy, jaką chciała usłyszeć:

– Będziesz jedną z pierwszych, którzy się o tym dowiedzą. Sarah Ross i ja pobieramy się. Mamy zamiar na sobotnim przyjęciu oficjalnie ogłosić nasze zaręczyny.

Świat zawirował wokół niej. Sarah Ross! Meredith znała Sarah i nie lubiła jej. Chociaż niesamowicie piękna i pełna życia, Sarah była płytka i próżna.

– Mam nadzieję, że będziecie bardzo szczęśliwi - powiedziała ostrożnie, starając się ukryć swoje wątpliwości i rozczarowanie.

– Ja też tak myślę.

Przez pół godziny spacerowali, rozmawiając o jego planach na przyszłość, a potem też o jej zamierzeniach. Jak wspaniale się z nim rozmawiało, myślała Meredith z uczuciem bolesnej straty. Parker umiał podtrzymać ją na duchu, był pełen zrozumienia i całkowicie popierał jej pragnienie pójścia do Northwestern zamiast do Maryville.