– Trzy – powiedział Matt, obserwując, jak stara się unikać jego spojrzenia. – Właściwie cztery – poprawił się.
– Co to za pytania? – zapytała, idąc w jego stronę i udając, że jest zaabsorbowana usuwaniem wyimaginowanych pyłków ze swojego płaszcza.
– Pierwsze dwa dotyczyłyby żargonu handlowego, jakiego używaliście, a potem zapytałbym, dlaczego unikasz mojego wzroku?
Dokonała heroicznej próby obrzucenia go długim, spokojnym bezpośrednim spojrzeniem, ale jego szatański uśmiech niemal zniweczył jej wysiłki.
– Nie zdawałam sobie sprawy z tego, że unikam twojego spojrzenia – skłamała. – A to czwarte pytanie? – zapytała, kiedy czekali na windę.
Kiedy w końcu mi zaufasz? – pomyślał. – Kiedy pójdziesz ze mną do łóżka? Kiedy w końcu przestaniesz mi się wymykać? Ostatnie pytanie wypowiedział głośno. Było ono najmniej prowokujące i ciekaw był jej reakcji.
– Jak długo masz zamiar bawić się ze mną w kotka i myszkę?
Odnotowała jego bezceremonialność, po czym rzuciła mu pewne siebie, rozbawione spojrzenie, które sprawiło, że miał ochotę ją pocałować.
– Tylko tak długo, jak długo będziesz mnie zachęcał do tego.
– Wydaje mi się, że zaczyna ci się to podobać – zauważył ponuro, patrząc na nią z ukosa.
Meredith obserwowała zapalone na przyciskach windy strzałki „w dół”. Uśmiechnęła się i powiedziała z większą szczerością, niż zamierzała:
– Zawsze lubiłam twoje towarzystwo, Matt. Tym razem jednak nie podobają mi się motywy twojego postępowania.
– Wczoraj wieczorem powiedziałem ci, jakie są moje motywy – odparował zdecydowanie. Niebieski gruby dywan wyciszył odgłos kroków ludzi idących tuż za nimi.
– Nie podobają mi się motywy kierujące twoimi motywami – sprecyzowała.
– Za moimi motywami nie stoją żadne motywy! – powiedział Matt cichym, mocnym głosem.
Za nimi rozległ się rozbawiony, męski głos.
– Być może nie, ale pewne jest, że za wami, ludzie, idą inni ludzie, którzy zaczynają mieć kłopot ze zrozumieniem bez tłumacza tej waszej coraz bardziej zagmatwanej rozmowy.
W pełnej zgodności gwałtownie odwrócili głowy do tylu. Mark Braden uniósł brwi, akcentując uśmiechem, że celowo ostrzegł ich w ten sposób, że inni pracownicy też ich słyszeli.
– Życzę wszystkim miłego weekendu – powiedziała Meredith, kierując szeroki, wymuszony uśmiech w stronę trzech sekretarek idących z Markiem.
Na pierwszym piętrze przeciskali się przez tłumy kupujących, torując sobie drogę swoimi teczkami. Zmierzali do restauracji znajdującej się po przeciwnej stronie ulicy. Przy jednym z kontuarów Meredith zatrzymała się.
– Chciałabym cię przedstawić pani Millicent – powiedziała do Matta. – Ona jest już na emeryturze, ale przyszła, żeby nam pomóc w okresie przedświątecznym. Będzie zachwycona poznaniem ciebie. Prowadziła spis wszystkich sławnych ludzi, jakich tu widziała przez dwadzieścia pięć lat pracy u nas. Szczególnie hołubi gwiazdy filmowe.
– Nie kwalifikuję się do żadnej z tych kategorii – zaprotestował Matt.
– Jesteś znanym człowiekiem, a poza tym spotykałeś się z różnymi wspaniałymi gwiazdami filmowymi, tak więc z jej punktu widzenia to będzie tak, jakby złapała Pana Boga za nogi.
Poczuł lekkie niezadowolenie, słysząc, jak ostentacyjnie i obojętnie przypomina mu, że jest świadoma istnienia tych innych kobiet, z którymi sypiał. Automatycznie podążał za nią, lawirując wśród tłumu kobiet oblegających ladę i tarasujących przejście między stoiskami.
Jego teczka zderzyła się z czyimś obszernym siedzeniem i zahaczyła o pasek torebki jego właścicielki. Meredith z wyraźną wprawą wyminęła tę przeszkodę. Matt próbował uwolnić swoją teczkę, podczas gdy zaangażowana w zderzenie kobieta, biorąc go za złodzieja sklepowego, wydała przeraźliwy okrzyk i próbowała wyrwać swoją torebkę.
– Pani pasek zaczepił się o rączkę mojej teczki… – wyjaśniał Matt, patrząc na nią.
Zastygła z na wpół otwartymi ustami; rozpoznała go.
– Czy pan nie jest… nie jest pan Mattem Farrellem?
– Nie – skłamał i niegrzecznie przecisnął się obok niej, próbując poprzez morze płaszczy i toreb dotrzeć do Meredith. Ona już rozglądała się za nim najwyraźniej zniecierpliwiona jego opóźnieniem. Wyciągnęła okrytą rękawiczką dłoń, żeby przyciągnąć go bliżej, po czym odwróciła się ponownie do starszej sprzedawczyni, z którą rozmawiała. Z głośników płynęły dźwięki „Jingle Bells”, system przywoławczy odzywał się cichymi dzwonkami, a ponad tym wszystkim rozlegały się głosy klientek, proszących sprzedawczynie o zajęcie się nimi. Matt, czując się coraz bardziej niezręcznie, stał przy obleganej ladzie, otoczonej, jak się teraz zorientował, przez kobiety przebierające w nylonowych pończochach i rajstopach zwieszających się z obrotowych, chromowanych wieszaków. Rajstopy wisiały też na lince przeciągniętej na wysokości powyżej głów i falowały mu tuż przed nosem, ulatując niebezpiecznie w górę, unoszone powietrzem wydobywającym się z grzejników i obrotowych drzwi znajdujących się tuż za stoiskiem.
Poczuł ulgę, kiedy usłyszał głos Meredith wymawiający jego imię. Nachylił się, żeby przywitać się z zafascynowaną sześćdziesięciolatką, poddającą dokładnej analizie każdy rys jego twarzy.
– Dzień dobry – powiedział Matt, nachylając się, żeby uścisnąć jej dłoń. W chwili, kiedy to robił, jedna z pończoch zawieszonych wysoko udrapowała się wokół jego głowy. Zanim się przywitał, musiał wyplątać się z niej, a kiedy wyciągnął ponownie rękę, pończocha w zwolnionym tempie opadła na jego ramię.
– Ależ Meredith! – wykrzyknęła podekscytowana pani Millicent, obserwując, jak uwalnia się od pończochy. – On mi przypomina Carry Granta! – Meredith rzuciła w jego stronę sceptyczne spojrzenie, akurat w chwili, kiedy kolejna pończocha opadła na jego ucho. Tym razem ściągnął ją na dół i położył na ladzie. Meredith szybko odwróciła od niego rozweselone spojrzenie i zakończyła rozmowę z panią Millicent.
Drogę do wyjścia torował tym razem Matt. Niestety, kiedy docierali już niemal do przejścia, trafili na kobietę, która wcześniej wzięła go za złodzieja torebek. Wszystkim, którzy byli w zasięgu jej głosu, pokazała go:
– To on! – krzyknęła nieświadoma obecności Meredith tuż za nim. – To Matthew Farrell, mąż Meredith Bancroft, ten który spotykał się z Meg Ryan i Michelle Pfeiffer!
Dama z prawej strony Matta wcisnęła mu w objęcia swoją torbę z zakupami.
– Czy mógłby pan dać mi autograf? – prosiła, szukając w torebce długopisu, najwyraźniej w nadziei, że podpisze się na torbie. Matt chwyci! ramię Meredith, przeciskając się obok kobiety. Za plecami usłyszał, jak urażona i zagniewana obwieszczała: – Właściwie to kto chciałby mieć jego autograf? Przypomniałam sobie, że on spotykał się z gwiazdą filmu porno.
Nawet kiedy już przedostali się przez obrotowe drzwi na zewnątrz w mroźne nocne powietrze, Matt czuł napięcie emanujące z Meredith.
– Pomimo tego, co sobie teraz myślisz – bronił się, wiedząc, jak ona bardzo nie lubi popularności tego typu – wiedz, że zwykle ludzie nie proszą mnie o autografy. Teraz zdarzyło się tak tylko dlatego, że nasze twarze pojawiają się ciągle w dziennikach.
Nie mówiąc nic, rzuciła mu pełne powątpiewania spojrzenie.
W restauracji naprzeciwko sytuacja przedstawiała się o wiele gorzej niż w jej sklepie. Lokal był zapchany ludźmi, którzy chcieli zjeść wcześniejszą kolację w czasie robienia przedświątecznych zakupów. Potężna, podwójna kolejka czekających ciągnęła się przez cały przedsionek.
– Będziemy czekać? – zapytała. Jeszcze zanim dokończyła zdanie, wokół rozległy się głośne szepty. Naprzeciwko nich, poprzez dwumetrową przestrzeń dzielącą drugą część kolejki od tej, w której stali, wychyliła się kobieta.