Выбрать главу

– Przepraszam – powiedziała, wpatrując się w Marta, a mówiąc do Meredith. – Czy pani jest Meredith Bancroft? – Nie czekając na odpowiedź Meredith, powiedziała do Matta: – W takim razie, pan jest Matthew Farrell!

– Niezupełnie – powiedział zwięźle Matt i nie złagodził uścisku ramienia Meredith, mobilizując ją tym do wyjścia.

– Jedźmy do mnie. Zamówimy pizzę – powiedziała, kiedy dotarli do jej samochodu.

Matt był wściekły, że przydarza mu się coś takiego. Czekał, aż Meredith otworzy drzwiczki i wsiądzie do środka. Powstrzymał ją jednak, gdy chciała je zamknąć.

– Meredith – powiedział stanowczo – nigdy nie spotykałem się z gwiazdą filmu porno.

– To nie byle jaka ulga dla mnie – odparła, uśmiechając się z ukosa.

Poczuł zaskoczenie i ulgę, że najwyraźniej powraca jej humor i wewnętrzna równowaga.

– I przyznaję – dodała, przekręcając kluczyki w stacyjce i czekając, aż stare BMW zaskoczy – Meg Ryan i Michelle Pfeiffer są blondynkami.

– Michelle Pfeiffer poznałem przelotnie – powiedział, nie mogąc się oprzeć potrzebie bronienia się – a Meg Ryan w ogóle nie znam.

– Doprawdy? – zapytała sucho, gotowa do zamknięcia drzwiczek samochodu. – Pani Millicent była tak podekscytowana właśnie dlatego, że ona miała jakoby być na twoim jachcie w czasie długiego rejsu.

– Ona była na nim, ja nie!

ROZDZIAŁ 46

Kolację zjedli u niej, siedząc na podłodze przed kominkiem niczym na pikniku. Jedli pizzę i popijali ją winem. Przed zabraniem się do pracy dopijali jego resztę. Matt sięgnął po swój kieliszek, zerkając ukradkiem na zapatrzoną w ogień Meredith. Przyciągnięte pod brodę kolana obejmowała ramionami. Pomyślał, że przedstawia sobą absolutnie czarującą kwintesencję przeciwieństw. Kilka tygodni temu widział ją w operze, schodzącą w dół wspaniałymi schodami, wyglądającą niczym królowa. Dzisiaj w biurze, ubrana w kostium odpowiedni do. pracy, otoczona pracownikami, była dyrektorem w każdym calu. A teraz wieczorem, przed tym kominkiem, ubrana w obcisłe spodnie i długi, sięgający niemal kolan, grubo robiony sweter, była… po prostu znaną mu dawno temu młodziutką dziewczyną. Być może to przeistoczenie się jej z dyrektora w niewinną dziewczynę powodowało, że nie mógł wysondować jej nastroju, czy też zgadnąć, o czym myślała. Sądził wcześniej, że wzmianki o rzekomych kobietach w jego życiu zepsuły jej nastrój, ale w czasie całego posiłku była wspaniałym kompanem.

Teraz, kiedy obserwował, jak wpatrywała się w ogień, myślał o tym nikłym uśmiechu, jaki pojawiał się na jej ustach w bardzo dziwnych momentach w czasie całej kolacji.

– Co cię tak rozbawiło? – zapytał obojętnie, a to pytanie spowodowało nieoczekiwanie, że jej ramiona zaczęły drżeć od śmiechu. – Co takiego? – nalegał. Zmarszczył brwi, widząc, jak obejmując ramionami kolana, chowa w nich śmiejącą się twarz. – Meredith! – próbował przywołać ją do porządku, ale on tylko śmiała się jeszcze bardziej.

– To ty – wydusiła z siebie, chichocząc. – To ty z tymi oplątującymi cię pończochami… – Matt zaczął się uśmiechać, zanim jeszcze dodała rozweselona: – Gdybyś mógł zobaczyć wyraz swojej twarzy! – Opanowała się w końcu, ale twarz ciągle jeszcze ukrywała w ramionach, chociaż obróciła ją w jego stronę i rzuciła mu ukradkowe spojrzenie. To spojrzenie wystarczyło. Wzniosła oczy ku górze i wybuchnęła znowu śmiechem. – Carry Grant! – śmiała się. – Pani Millicent chyba traci rozum! Ty tak przypominasz Carry Granta jak pantera kotka!

– Czym jestem, twoim zdaniem? – zaśmiał się, ale już wiedział, że raczej przypisała mu cechy pantery. Odchylił się do tyłu i splótł ręce na szyi. Patrzył uśmiechnięty w sufit, chyba po raz pierwszy całkowicie zadowolony z życia.

– Myślę, że powinniśmy się wziąć do pracy – powiedziała. – Już za kwadrans dziewiąta.

Matt wstał niechętnie, pomógł jej uprzątnąć kilka pozostałości po posiłku, po czym podszedł do kanapy, otworzył leżącą tam teczkę i wyjął z niej trzydziesto stronicowy kontrakt, z którym musiał się zapoznać.

Meredith usiadła naprzeciwko niego na krześle pokrytym kretonem i wyjęła swoje papiery. Pomimo wesołości przez całą kolację była aż nadto świadoma jego bliskości. Czuła się niezręcznie. Mieć go tutaj, zachowującego się łagodnie jak baranek, nie było, prawdę mówiąc, dla jej psychiki rzeczą łatwą, zabawną ani kojącą. W przeciwieństwie do pani Millicent, dostrzegała zagrożenie, jakie sobą reprezentował; był panterą, cierpliwie wyczekującą na swoją zdobycz, działającą niespiesznie, z wdziękiem, ale niebezpieczną, jak każdy drapieżca. Zdawała sobie sprawę z zagrożenia, ale mimo to z każdą godziną była nim coraz bardziej, beznadziejnie zauroczona.

Ukradkiem spojrzała na niego. Siedział naprzeciwko, na kanapie. Rękawy koszuli podwinął wysoko. Stopę oparł na kolanie drugiej nogi. Patrzyła, jak zakładał okulary oprawione w cienkie złote oprawki. Wyglądały na nim bardzo sexy. Otworzył leżący na kolanach skoroszyt i zaczął czytać znajdujące się w nim dokumenty.

Poczuł na sobie jej wzrok. Spojrzał na nią i zobaczył, że zaskoczona, patrzy na jego okulary.

– To przemęczenie oczu – wyjaśnił spokojnie, po czym pochylił głowę nad dokumentami i oddał się ich studiowaniu.

Podziwiała jego zdolność natychmiastowej, szybkiej koncentracji, ale sama niestety nawet odrobinę nie mogła mu w tym dorównać. Patrzyła w ogień, myśląc o tym, co powiedział jej Sam Green. Zaczęła też myśleć o sfingowanym podłożeniu bomby w sklepie w Nowym Orleanie, o problemie z Gordonem Mitchellem i wczorajszym telefonie od Parkera. Powiedział jej, że musi znaleźć innego pożyczkodawcę na zakup ziemi w Houston. Wszystko to opanowało teraz jej myśli. Minęło piętnaście, potem dwadzieścia, w końcu trzydzieści minut.

Matt odezwał się ze swojego miejsca:

– Chcesz o tym porozmawiać?

Gwałtownie odwróciła głowę i zobaczyła, że ją obserwuje. Kontrakt, który czytał, leżał porzucony na jego kolanach.

– Nie – powiedziała odruchowo. – To nic takiego, przynajmniej nic, co mogłoby cię zainteresować.

– A może jednak? – zaproponował tym samym, spokojnym głosem.

Wyglądał na człowieka tak Kompetentnego, rzutkiego i twardego, że zdecydowała się wykorzystać tę propozycję. Odchyliła głowę na oparcie krzesła, przymknęła oczy na chwilę, a to, co mówiła, przerywane było ciężkimi westchnieniami.

– Mam przedziwne, bardzo nieprzyjemne wrażenie – przyznała, unosząc głowę i patrząc na niego otwarcie – że dzieje się coś lub coś się stanie. I że będzie to coś okropnego. Cokolwiek to będzie, będzie to okropne.

– Możesz uściślić źródło tego uczucia?

– Myślałam, że wyśmiejesz to, co powiedziałam.

– To nic śmiesznego, że wyczuwasz coś podświadomie. Istnieje coś takiego jak instynkt i nikt nie powinien go lekceważyć. Z drugiej jednak strony, niepokój może wypływać ze stresu. Jego przyczyną może też być moje ponowne wkroczenie w twoje życie. Kiedy ostatnio się w nim pojawiłem, rozpętało się pandemonium. Możesz nieświadomie bać się, że znowu stanie się coś takiego.

Przyjęła z niechęcią to tak trafiające w sedno podsumowanie jej uczuć, ale potrząsnęła przecząco głową, nie zgadzając się z tezą, że to właśnie był powód jej niepokoju.

– Nie sądzę, żeby był to wynik stresu lub twojej obecności. Nie umiem sprecyzować tego, co mnie niepokoi.

– Spróbuj najpierw przypomnieć sobie, najlepiej z dokładnością co do godziny, kiedy po raz pierwszy to poczułaś. Nie chodzi mi o moment, kiedy to zauważyłaś i zaczęłaś o tym rozmyślać, ale o jeszcze wcześniejszą chwilę. Cofnij się myślami do tego nagłego uczucia niepokoju, niepewności czy też… Uśmiechnęła się bezradnie: