Выбрать главу

– Ostatnio prawie zawsze się tak czuję. Zrewanżował jej się takim samym uśmiechem.

– A to już, mam nadzieję, z mojego powodu.

Wychwyciła zawoalowane znaczenie jego słów i odetchnęła z drżeniem, licząc, że przypomni mu tym gestem, że ten wieczór, jak obiecał, miał być pozbawiony osobistych wycieczek. Honorując to, wrócił do roztrząsanego problemu.

– Miałem raczej na myśli wrażenie, że coś jest dziwne, nawet jeśli wtedy wydawało się to bardzo normalne, korzystne.

Te słowa przypomniały jej, jak się czuła, kiedy ojciec oznajmił jej, że ma prezydenturę, ale tylko dlatego, że Gordon Mitchell ją odrzucił. Powiedziała o tym Mattowi. Rozważył to:

– W porządku. Twój instynkt ostrzegł cię, że Mitchell nie działał rozsądnie ani sensownie. I nie myliłaś się. Popatrz, co zaszło od tamtej pory: teraz to dyrektor, któremu nie ufasz, którego podejrzewasz o branie łapówek. Co więcej, pogwałca ustalone dla twojego sklepu standardy zakupu towarów i jawnie przeciwstawia ci się na zebraniach.

– Przywiązujesz wielką wagę do tego, co mówi ci twój instynkt, prawda? – zapytała zaskoczona.

Pomyślał o tym, jak bardzo ryzykownie polega teraz na swoim instynkcie, wierząc, że nie wygasły w niej jeszcze uczucia, jakie żywiła kiedyś dla niego… że istnieje jeszcze ten nikły płomyk, z którego on próbuje rozniecić prawdziwy ogień. Pozwalał sobie na marzenia o jego gorącu, o tym, że z każdą chwilą spędzoną z nią rośnie w nim potrzeba jego rozniecenia. Jeśli mu się to nie uda, porażka będzie bardzo dotkliwa. Liczył na to zbyt mocno. Ryzykował, zdając sobie z tego sprawę.

– Nawet sobie nie wyobrażasz – powiedział z naciskiem – jak wielką wagę przywiązuję do instynktu.

Szacując to, co usłyszała, powiedziała w końcu:

– Myślę, że źródło mojego uczucia nadciągającej katastrofy uda się zlokalizować łatwiej, niż przypuszczałam… Po pierwsze, mieliśmy w poniedziałek fałszywy alarm o podłożeniu bomby w naszym sklepie w Nowym Orleanie. Ponieśliśmy z tego powodu niemałe straty. To nasz najnowszy sklep, dopiero się rozkręca, a ja osobiście poręczam pożyczkę na niego. Oczywiście, jeśli zacznie przynosić straty, dochody z innych sklepów to wyrównają.

– To dlaczego się tym martwisz?

– Dlatego – odparła z westchnieniem – że rozwijamy się tak szybko, iż poziom naszego zadłużenia jest bardzo wysoki. Właściwie nie mamy wyboru… „Bancroft” musi albo przeć do przodu i stawić czoło konkurencji, albo pozostanie w tyle. Problem tkwi w tym, że nie mamy wystarczających zasobów pieniężnych na zabezpieczenia, jeśli z jakiegoś powodu kilka naszych sklepów zaczęłoby nagle przynosić straty.

– Nie moglibyście wziąć pożyczki, gdyby do tego doszło?

– Nie byłoby to takie proste. Z powodu ekspansji do innych miast zapożyczyliśmy się po uszy. Boję się jednak nie tylko tego. – Patrzył na nią wyczekująco, nie mówiąc nic i w końcu przyznała: – Codziennie w obrocie na giełdzie jest rekordowa ilość udziałów naszych akcji. Przez ostatnich kilka miesięcy dawało się to zauważyć w zestawieniach prasowych, ale sądziłam, że inwestorzy czytają o nas i nabierają przekonania, że jesteśmy dla nich świetną inwestycją. I tak rzeczywiście jest. Ale – odetchnęła głęboko, żeby się uspokoić, zanim zmobilizowała się do wypowiedzenia tych słów – nasz prawnik, Sam Green, uważa, że udziały są wykupywane, ponieważ ktoś przygotowuje się do przejęcia nas. Sam ma kontakty na Wall Street i najwyraźniej krążą tam pogłoski o próbie przejęcia nas. Parkerowi obiło się coś takiego o uszy w październiku, ale zignorowaliśmy to. Mimo wszystko jednak może okazać się, że to prawda. Mogą minąć tygodnie, zanim poznamy nazwiska tych, którzy ostatnio kupili nasze akcje, a nawet jeśli je poznamy, może to nie powiedzieć nam niczego konkretnego. Jeśli jakaś firma chce zachować w tajemnicy chęć przejęcia nas, to nie będzie wykupywać naszych akcji pod własnym szyldem. Wynajmie ludzi wykupujących je dla niej. Mogą nawet nielegalnie gromadzić nasze akcje na kontach firmowanych fałszywymi nazwiskami. – Zreflektowała się i spojrzała na niego z ukosa. – Wiesz dobrze, jak to jest robione, prawda?

Rzucił jej rozbawione spojrzenie.

– Nie skomentuję tego.

– Jedna z firm, którą zacząłeś przejmować kilka miesięcy temu, chciała zapłacić ci pięćdziesiąt milionów, żebyś tylko wycofał się i dał im spokój. My nie możemy zrobić czegoś takiego, nie dysponujemy teraz takimi pieniędzmi, żeby podjąć próbę przeciwstawienia się przejęciu. Boże – zakończyła smętnie – nie zniosłabym tego, gdyby „Bancroft” miał się stać oddziałem jakiejś wielkiej korporacji.

– Można przedsięwziąć kroki zabezpieczające firmę przed taką ewentualnością.

– Wiem o tym. Rada Nadzorcza dyskutuje nad tym przez ponad dwa lata, ale nie zrobili jeszcze niczego naprawdę efektywnego.

Nie mogła sobie znaleźć miejsca. Wstała i poruszyła drewna płonące w kominku.

Za jej plecami Matt powiedział:

– To już wszystkie twoje niepokoje, czy chowasz coś jeszcze w zanadrzu?

– Jeszcze coś? – powiedziała dławiąc śmiech. Wyprostowała się. – Owszem, jest jeszcze coś, ale sprowadza się to wszystko do tego, że wydarzają się teraz rzeczy, które nie zdarzały się nigdy wcześniej, i to wywołuje u mnie generalnie poczucie wiszącego nade mną fatum. Istnieje obawa, że ktoś chce nas przejąć, te rzekome zamachy bombowe, teraz z kolei Parker nie może pożyczyć nam pieniędzy na Houston i będziemy musieli szukać nowego pożyczkodawcy.

– Dlaczego nie może?

– Dlatego, że Reynolds Mercantile sam szuka teraz pieniędzy i nie pożycza dużych sum klientom takim jak my, już nadmiernie obciążonym pożyczkami. Nie zdziwiłabym się, gdyby biedny Parker niepokoił się, czy „Bancroft” jest w stanie spłacać w terminie już zaciągnięte u niego pożyczki.

– To duży chłopiec – rzucił bezbarwnie Matt, wkładając papiery z powrotem do teczki – poradzi sobie z tym. Jeśli pożyczył ci więcej pieniędzy, niż powinien, to jego własna wina. Na pewno znajdzie sposób, żeby pokryć swoje straty. – Za każdym razem, kiedy wspominała Reynoldsa, Matta zżerała zazdrość. Tak było i tym razem, jego nastrój gwałtownie się pogorszył. – Musisz się dobrze wyspać – powiedział.

Zorientowała się, że jego głos zabrzmiał bardzo ostro, a on sam przygotowuje się do wyjścia. Odprowadziła go do drzwi, zaskoczona raczej tym szybkim odwrotem. Czuła się winna za zrzucenie na niego wszystkich swoich problemów.

Już w drzwiach odwrócił się do niej.

– O której spotykamy się jutro przed twoimi urodzinami?

– O wpół do ósmej? – zaproponowała.

– Dobrze.

Wyszedł na korytarz, a Meredith stanęła w otwartych drzwiach.

– Jeśli chodzi o jutrzejszy dzień – powiedziała – ponieważ to moje urodziny, chciałabym cię o coś prosić.

– Co to takiego? – zapytał, stawiając teczkę i wkładając płaszcz.

– Żebyście rozmawiali ze sobą obydwaj, ty i Parker, żadnej „zbrojnej” ciszy – ostrzegła – takiej jak przed konferencją prasową. Zgoda?

Było to o jedno wspomnienie jej drogocennego Parkera za dużo. Matt skinął głową. Chciał coś powiedzieć, ale zawahał się, po czym zbliżył się do niej i starając się zachować spokój, zapytał o to, co go nurtowało:

– Skoro mówimy o Reynoldsie, sypiasz z nim? Była zszokowana:

– Co ma znaczyć takie pytanie?

– Tylko tyle, że rozumiem, że sypiałaś z nim, skoro byłaś z nim zaręczona, a teraz pytam, czy w dalszym ciągu to robisz?